Filmowe podsumowanie 2018 roku: 25 najlepszych horrorów (cz. I)

Honorable mention: „Puppet Master: The Littlest Reich”

PuppetMaster-TheLittlestReich

     Jedno z większych zaskoczeń: „Puppet Master: The Littlest Reich” to tak naprawdę dobry film. Nie tylko jako reboot − ogólnie, bo piętrzące się zalety z rozmachem biorą górę nad kilkoma wadami. Zgrało się tu wszystko: począwszy od fantazyjnego soundtracku w wykonaniu Fabio Frizziego (niegdysiejszego kolaboranta Fulciego), a na fantastycznych efektach gore kończąc. Pośród aktorów najciekawszą rolę kreuje cyniczny, pogrążony w geekowskim półśnie Thomas Lennon, a jedną z bardziej charyzmatycznych − twardziel-etatowiec, Michael Paré.

25. „Dom, który zbudował Jack”

DomKtoryZbudowalJack

     Lars von Trier, enfant terrible europejskiego kina, popełnił kolejną zbrodnię: jego horror, „Dom, który zbudował Jack”, oburzył wrażliwość canneńskiego widza. Film stanowi dekonstrukcję thrillera o seryjnym mordercy. Nie zabrakło w nim ani gorszącego ekstremizmu, ani typowej dla reżysera megalomanii (w jednej ze scen przywołany zostaje fragment art-house’owego arcydzieła: mianowicie „Melancholii”). Niektórzy kinomani mogliby powiedzieć, że kurwi się von Trier dla uwagi, ale jego „Dom…”, poza obliczonym na efekt szokiem, oferuje też doznania wyższe.

     Za pośrednictwem filmu medytuje reżyser nad sztuką, moralnością, ziemskimi rozkoszami oraz rozpaczami – kolejne konteksty bywają wielopłaszczyznowe i fascynujące, chwilami nawet przeintelektualizowane. Nie da się czerpać z „Domu…” radości, jeżeli jest się odpornym na kulturę niefilmową. To obraz wymagający, stworzony m. in. z myślą o amatorach poezji Williama Blake’a, którego wiersze o tygrysich instynktach i jagnięcej czystości zgrabnie komponują się z obecnymi w scenariuszu metaforami. Jack jest więc cichym i zwinnym drapieżcą, a kolejne ofiary konsumowane są powolnie, ku pochwale sadyzmu. Imponują w filmie niuanse wizualne, a końcowa, inspirowana motywem katabazy sekwencja to uczta dla duszy. Szkoda, że w scenie z udziałem Riley Keough poniósł von Triera pusty brutalizm: za kamerą stanął wówczas i geniusz, i obleśny mizogin, nieliczący się z cudzą wrażliwością.

24. „Cam”

Cam-Brewer

     Frapujący filmowy eksperyment − udany bardziej niż „Unfriended: Dark Web”, nie mniej niż „Unsane” Stevena Soderbergha. To nie tylko nowoczesny i pomysłowy techno-thriller, ale też film umiejętnie żonglujący klasycznymi motywami. Uwagę zwracają odwołania do „Alicji w krainie czarów”: główną bohaterkę ochrzczono tak, aby oddać cześć heroinie z powieści Lewisa Carrolla, a jeden z jej ekscentrycznych klientów posługuje się nickiem „MrTeapot”. W finale Alice staje do walki ze swym lustrzanym odbiciem, a dużo wcześniej znajduje swoje antagonistyczne odzwierciedlenie po drugiej stronie… telewizyjnego ekranu. Obsadzona na pierwszym planie Madeline Brewer tworzy rolę pełną konfliktów, wymagającą taktu i wyrozumiałości. Reżyser Daniel Goldhaber rozumie natomiast istotę feminizmu: „Cam” jest filmem o niezależności i potrzebie polegania wyłącznie na sobie samym.

23. „Mrok”

DarkThe

     Mrok” generyczny, niebudzący głębszych emocji, trochę nudny tytuł, pod którym kryje się naprawdę wartościowy film. Swoim pełnometrażowym debiutem Justin P. Lange uwrażliwia widzów na bardzo niewygodne kwestie społeczne. Opowiada o dehumanizacji i przemocy, która przemienia człowieka w potwora, ale jego bohaterami nie są dorośli, a niewinne dzieci. Nadia Alexander i Toby Nichols wcielają się w parę skrzywdzonych nastolatków, którzy wzajemnie przypominają sobie, czym są ciepło i empatia. On jest ofiarą pedofilii z syndromem sztokholmskich, ona nieumarłą kreaturą, która wykształciła w sobie szereg mechanizmów obronnych i żywi się wyłącznie nienawiścią do ludzi. Kiepski casting pogrzebałby „Mrok” na etapie preprodukcji, ale młodzi aktorzy doskonale odczytują emocje swoich postaci nawet te trudne do ubrania w słowa. Film urzeka za sprawą stylowych, chłodnych zdjęć, a jego scenariusz nie pozostawia obojętnym. Czyżby horror austriacki przebudził się z długiego snu?

22. „Halloween”

Halloween-Curtis

     Opłaciło się powierzenie nowego „Halloween” Jasonowi Blumowi − bo choć kontynuacja nie zmiotła nikogo z nóg, i tak wypadła naprawdę przyzwoicie. Nie ma w filmie bohaterów miałkich i bezbarwnych, co doskonale widać na przykładzie Laurie Strode: niegdysiejszej damy w opałach, a dziś − bad assa w spódnicy. W 2018 roku final girl to już nie tylko archetypiczna, slasherowa heroina − to emancypantka walcząca o lepszy świat. Michael Myers zaszlachtował tak wiele kochających życie niewiast, że zemsta, jakiej dokonują na nim Laurie, jej córka oraz wnuczka, ma niemal feministyczny wymiar.

     Imponuje również sam The Shape, z którego ponownie uczyniono dziką siłę natury. Świetnie wypadają sceny toczące się po zmroku, 31 października. Ulubiony złoczyńca kinomanów spaceruje po ulicach z kuchennym nożem w dłoni i nikogo ten fakt nie zastanawia, bo przecież wszyscy już dawno założyli swoje kostiumy. Michael „odwiedza” mieszkańców Haddonfield w ich własnych domach i dla nikogo nie ma litości. Jest niczym kocur: nieśpieszny, pełen gracji; nie ma przed nim ucieczki. Komuś urwana zostaje szczęka, głowa innej postaci zostaje zadeptana i wypływają z niej płyny ustrojowe. Sequel nie mógłby konkurować z minimalizmem pierwszego „Halloween” − zbyt dużo w nim sensacji. To jednak film nad wyraz efektowny, lepszy niż wielu z nas przewidywało.

21. „Zabij i żyj”

WhatKeepsYouAlive-TOP

     Zabij i żyj”, czyli polowanie na żonę. Minihan z minuty na minutę coraz bardziej zagęszcza atmosferę, bo opowiada o trudnej dynamice związku skażonego przemocą. Zwraca uwagę, że nawet osoby doskonale nam znane, te, przy których budzimy się każdego dnia, kryją pewne sekrety − nigdy nie odgadniemy, co tak naprawdę tkwi w ich głowach. Bohaterki cierpią nie tylko z racji filmowych ram gatunku, ale też z miłości − do rozlewu krwi, do siebie samych. Scena, w której Jackie najpierw kąpie posiniaczoną Jules w wannie, a później ją podtapia, uwypukla, że nie wszystko bywa w związkach uczuciowych czarne lub białe. „Zabij i żyj” to horror o partnerskich współzależnościach, obrazujący je w sposób nietypowy, chwilami szokujący. Obie bohaterki są wyraziste i nadają filmowi ożywczego tonu (nawet, gdy wydaje się on przeciągnięty). Jackie to postać wyrachowana i nieustraszona w swym obłędzie, trochę przypominająca Annie Wilkes. Jest dobrą aktorką: by osiągnąć swój cel przeistoczy się w zupełnie inną osobę, nie mrugając przy tym powiekami. Jules wykazuje podobieństwo do Shelley Duvall w „Lśnieniu”. Na jej twarzy maluje się mnóstwo skonfliktowanych emocji, z których najjaśniej błyszczy wielkooka bezsilność.

20. „Downrange”

Downrange

     Snajperski slasher, w którym z zimną krwią mordowani są zarówno dorośli, jak i dzieci. Tak − w generalnym skrócie − można by podsumować „Downrange”, makabryczny horror Ryûheiego Kitamury. Fabuła jest tu umowna, wręcz minimalistyczna i bardzo przypomina tę z niskobudżetowego thrillera „The Wall” w reżyserii Douga Limana − pozbawiono ją jednak aspektu socjologicznego, by w efekcie powstał bezpretensjonalny film o fascynacji przemocą. „Downrange” wyzuty jest z głębszego sensu, ale nie pozostaje horrorem beznamiętnym. Zapewnia mnóstwo rozrywki, niekiedy wręcz wbija w fotel, a efekty gore autorstwa Kurta Ewella, kolokwialnie rzecz ujmując, robią robotę.

     Choć miarowy i niepozbawiony sporadycznych dłużyzn, film nigdy nie sprawia wrażenia monotonnego. Jest też projektem mocnym z technicznego punktu widzenia: atrakcyjnie sfotografowanym, kalifornijskie słońce spijającym niczym nektar. Ponad przeciętność wznoszą „Downrange” eksperymentalne, choć przypuszczalnie zainspirowane „Intruderem” ujęcia − kamera zerka na bohaterów z wnętrza demontowanej opony lub z lufy karabinu. Interesują Kitamurę szerokie, panoramiczne wizje oraz nasycone przebłyski światła, dochodzące spoza zoomowanych głów, co nadaje projektowi niespodziane, art-house’owe zacięcie.

19. „Mandy”

Mandy-Cage

     Mandy” przystrojona została po królewsku − czemu zawdzięczamy poetycką formę jej realizacji − ale przede wszystkim jest to film o przekraczaniu granic zwierzęcości, które tkwią w każdym z nas. Ten prymitywny pierwiastek odkrywa w sobie protagonista grany przez Nicolasa Cage’a − aktora głęboko wierzącego, że to w amoku tkwi metoda na sukces. Film miesza ze sobą art house i grindhouse, jednak nawet średnio przytomny widz zauważy, jak bliskie są Cosmatosowi midnight movies. Pociąg do brutalności, typowej kinu exploitation, odcisnął na całości wyraźniejsze piętno. Tytułowa bohaterka ginie spalona żywcem, a Cage musi się temu przyglądać − przeprowadzona zostaje specyficzna forma gwałtu. Mężczyzna, jak w horrorach rape and revenge, odnajduje w sobie siłę i wyrusza na polowanie. „Mandy” to projekt przejaskrawiony, napędzany zarówno patosem, jak i chorym dowcipem. Powstał z myślą o specyficznych preferencjach filmowych; zachwycać ma głównie tripowym fasonem oraz odjechaną stylizacją. Nikogo nie rzuci na kolana scenariusz filmu, bo jest on szczątkowy.

18. „Thelma”

Thelma-TOP

     Tragi-horror o byciu innym w niesprzyjających odmienności warunkach. Thelma, niczym Carrie White, odkrywa w sobie zdolności psychokinetyczne. To dla filmu punkt zwrotny: w końcu wierząca w Boga owieczka nie może okazać się silną i niezależną wiedźmą. Okazuje się jednak, że może – i ma też prawo do pożądania, kochania osoby tej samej płci, budowania (tutaj akcent) własnej tożsamości. Joachim Trier sugeruje, że religia to kajdany, a katolicyzm pozbawiony jest swobody: uciska tych, o których wie, że są inni lub niewierni, stale wymusza na nich poczucie winy. Nie brak w „Thelmie” ujęć rodem z horroru folklorystycznego, a także scen fantazji erotycznych: wpojono w nie surrealną, katolicką symbolikę, którą niektórzy uznają za świętokradztwo. Film nie jest jednak obrazoburczy: ścierają się w nim paradoksy religii, inteligentnie eksplorowane są młodociane emocje.

17. „Terrifier”

Terrifier-Art

     Klasycznie napisany, brutalny slasher, którego miejsce akcji jest jak labirynt bez wyjścia – wszystkie postaci zobowiązuje to do uczestnictwa w niekończących się ucieczkach, pogoniach i gierkach psychologicznych. To horror sugestywnie wyciszony – najhuczniejszym jego elementem mają być towarzyszące chwilom grozy syntezatory, niespiesznie wbijające się w uszy. Art, nasz psychopatyczny klaun, wyjęty został jakby z ery kina niemego: nie wydaje z siebie żadnych dźwięków, operuje wyłącznie językiem ciała. Jego maniakalny, plugawy uśmiech w zakłopotanie wprawiłby nawet Pennywise’a, a dentystom śniłby się w najgorszych koszmarach przez kilka tygodni. Obłęd tej postaci nie podlega żadnej kwestii. „Terrifier” jest odtrutką na mdłą układność straszaków multipleksowych. Gdyby trafił do kin, cenzorzy nadaliby mu kategorię „R”. Co najmniej.

16. „Nóż + serce”

Knife+Heart-France

     Thriller whodunit, widziany oczami Kennetha Angera. Dzieje się w Paryżu wczesnych lat 80. i stanowi ukłon zamaszyście składany François Aboutowi − znanemu z pracy nad vintage’owym porno dla gejów. Film powstał na złość heteronormie. Niemal wszystkie jego postaci określimy jako LGBT lub bi-curious; większość to aktorzy erotyczni. Gonzalez posługuje się frywolnym językiem i ta dzikość − niekiedy wręcz wściekłość − udziela się kolejnym bohaterom. Anne (Vanessa Paradis) oraz członkowie jej „rodziny” kochają to, co robią i kroczą przez świat z podniesioną głową − aż do momentu, gdy ich dumę pokaleczy psychopata w czarnych rękawiczkach.

     „Nóż + serce” spowito sennym nastrojem: zacierają się tu granice między tym, co realne, a fikcją. Bierzemy udział w lesbijskiej burlesce, która z pozoru nie ma żadnego sensu, ale jej wulgarna i ociekająca sztuczną krwią pointa stanowi przepowiednię nadchodzących zdarzeń. Niezwykła jest scena pikniku, której finisz przypomina trochę śródleśną sekwencję z „Zawrotu głowy”. Jedna z postaci ginie w psychotycznym uścisku zamaskowanego „adoratora”. Najpierw widzimy, jak zamaskowany oprawca zbliża się do swojej ofiary, podczas gdy kamera wiruje dookoła jej osi. Później, gdy krew zalewa pokłute ciało, las pokryty zostaje deszczem − momentalnie, jakby na znak dramatu. Film inspirowany jest dziełami Hitchcocka i Briana De Palmy; skomponowany zaś został z włoskim giallo tętniącym w sercu.

15. „Tilt”

Tilt-Farahani

     Kino niespokojne, pulsujące dramatyzmem, za sprawą kontemplacyjnej formy przypominające perłę mumblecore’u sprzed paru lat, „They Look Like People”. To film o rozpadzie osobowości i narodzinach psychozy. Joe (Joseph Cross), inteligentny, odrobinę wyniosły artysta, czuje się w pełni uprawniony do odnoszenia sukcesów. Gdy jednak zdaje sobie sprawę, że nie osiągnął – i prawdopodobnie nie osiągnie już – niczego nadzwyczajnego, jego życie staje się maratonem upokorzeń. Ciągłe frustracje sprawiają, że w głowie Joego kłębią się niepokojące myśli. Pod osłoną nocy mężczyzna wznieca niebezpieczne sytuacje, chcąc dowieść swojej męskości. Z tych prowokacji nie zawsze wychodzi obronną ręką. Jest skończoną ofiarą losu czy może sam szuka ofiar? Odpowiedź tkwi gdzieś pomiędzy.

     „Tilt” to film mikrobudżetowy, ale technicznie spełniony. Farahani posiłkuje się estetyką mise-en-scène: kompozycja planu jest nie tyle oszczędna, co chwilami wręcz hermetyczna; rekwizyty żyją nostalgicznym życiem i to one określają charakter postaci. Twarze bohaterów gryzą miniekspresje, w których skryty jest nieodparty ból. Uwagę zwracają ujęcia na kalifornijskie palmy, które mają być symbolem smutku. Brzydkie i zniekształcone przez półmrok, zwiastują tragiczny finał.

14. „Ciche miejsce”

CicheMiejsce-TOP.jpg

     W postapokaliptycznym dreszczowcu – „Cichym miejscu” – przytoczona zostaje historia odpowiedzialności, rodziny w czasie kryzysu oraz pułapek rodzicielstwa. Bohaterowie zmagają się z głęboko zakorzenionym lękiem pierwotnym: każdego dnia boją się, że nie będą potrafili ocalić swoich dzieci przed napaścią śmiercionośnych bestii. John Krasinski na bok odstawił ograne jump scare’y i gatunkowe uproszczenia. Zainspirował go stoicyzm Ridleya Scotta: celebrowana jest w jego filmie cisza, nie efekciarstwo. Przez pierwszych kilkadziesiąt minut w ogóle nie widzimy kreatur, przed którymi skrywają się Abbottowie. Jak w „Obcym – 8. pasażerze Nostromo”, straszniejszy okazuje się fakt, że zagrożenie gdzieś się na nas czai; że szczerzy kły w ukryciu i opieszale przymierza się do ataku. Milczący aktorzy czarują rzadko wyrywającymi się z ich gardzieli słowami: Emily Blunt tworzy jedną z najbardziej wysublimowanych kreacji w swojej karierze.

ZOBACZ WIĘCEJ (miejsca 13–1)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s