Filmowe podsumowanie 2018 roku: 25 najlepszych horrorów (cz. II)

ZOBACZ POPRZEDNIE POZYCJE (25–14)

13. „Mój przyjaciel Dahmer”

MyFriendDahmer-TOP

     W tragi-horrorze „Mój przyjaciel Dahmer” wykonana zostaje wiwisekcja bardzo specyficznej psychozy. Z tytułowego (anty)bohatera uczynił Marc Meyers swoją muzę: jego projekt to ballada o postradanym rozumie, o samotności i braku podstawowej kompetencji społecznej. Jeffrey Dahmer ukazany zostaje jako postać zblazowana własnym obłędem; osoba wyrażająca swoje „ja” tylko za pośrednictwem dziwactw, ekscentryzmu, umiłowania do brzydoty i pasywnej brutalności. „Mój przyjaciel…” niewiele ma wspólnego z filmem biograficznym; to przede wszystkim studium postaci – wrażliwe, pełne niuansu i ambiwalentne, pobrzmiewające echem „Przekleństw niewinności”. Podobnie jak dramat Sofii Coppoli, obraz stanowi refleksję nad dniem codziennym, nad prozaicznością, którą łatwo wziąć za beztroskę. Film nie przyniesie widzowi uczucia katharsis – między innymi z powodu niedopowiedzianego zakończenia, które niemal każdy będzie potrafił sobie dopowiedzieć. Uderzającą rolę kreuje Ross Lynch. Jego uśpiona, niemal katatoniczna twarz sprawi, że długo będziecie zastanawiać się, gdzie szaleństwo Dahmera miało swój początek.

12. „Kształt wody”

ShapeOfWater

     W Kształcie wody upodobanie del Toro do fantastyki przeplata się z zeitgeistowskimi lękami. Reżyser sporo uwagi poświęcił napięciom na tle rasowym, dojmującej homofobii oraz łamaniu norm społecznych – za które można zostać sowicie ukaranym. Bohaterowie filmu, outsiderzy i odszczepieńcy, przeprowadzają rewolucję w skali mikro: zamiast mierzyć się z ostracyzmem, niespolegliwie walczą o swoje. Elisa (świetna Sally Hawkins) i „Potwór” (Doug Jones) tworzą duet, jakiego kino dotąd nie znało, i ekscentryzmu którego – jak zdążyłem zauważyć – wielu radykalnych widzów nie było w stanie przełknąć. Dzięki odważnym kreacjom Hawkins i Jonesa „Kształt…” nabiera podtekstu osobliwie erotycznego; staje się filmem o uwalnianiu blokad emocjonalnych i seksualnych. Nade wszystko pozostaje jednak opowieścią o akceptacji i rozumieniu – a właściwie nierozumieniu – inności, o potrzebie nawiązania odwzajemnionych kontaktów uczuciowych. To potrzeba tak rzadko we współczesnym świecie spełniona, że poniekąd można odebrać „Kształt wody” jako bajkę dla dorosłych. Film bywa i mroczny, i piękny (bo brzydota potrafi być urodziwa), a przede wszystkim pozwala wymknąć się nieprzerwanej gonitwie współczesności – choć na krótką chwilę.

11. „Rytuał”

Ritual-David Bruckner

     Mgliste kłęby martwej materii, kolczaste drzewa, gęste, niemal namacalne powietrze o dżdżystej objętości. Europa to kontynent nie tylko stary, ale też nad wyraz piękny. Elementy świata przedstawionego zostają w „Rytuale” uwznioślone: stanowią część nietkniętej od tysięcy lat natury, z którą lepiej nie igrać, która była niegdyś domem dla bogów. A może nadal nim jest? W górach Bucegi – lub, jeśli wolicie na nawiedzonej północy Europy – wieczoru nie chciałby spędzić nawet największy śmiałek. Film ma w zanadrzu kilka niespodzianek i zaskakujących zwrotów akcji; przez straszliwy w swej dziczy las wiedzie nas krętymi ścieżkami. Wielu widzów dostrzeże w nim inspiracje kultowym „Blair Witch Project” – ze względu na wszechobecne, pogańskie symbole, którymi straszy bohaterów niewidoczny byt.

     „Rytuał” to projekt o dużej energii kinetycznej. Jest imponująco sfilmowany, śródleśną izolację i uczucie narastającej klaustrofobii, akompaniujące postaciom, obrazuje w sposób niemal poetycki. Zło, czyhające na bohaterów, odkrywa reżyser powoli, a napięcie dawkowane jest umiejętnie. Świetnie spisał się charakteryzator Keith Thompson; „antybohatera”, będącego jego autorską kompozycją, cechuje designerska świeżość. Geniusz FX supervisora objawia się zwłaszcza w natchnionym „Wicker Manem” finale, w scenach brutalnej konfrontacji.

10. „The Barn”

BarnThe

     Krew, bebechy, nagie cycki i dużo rock and rolla. Wszystkiego tego możecie spodziewać się po „The Barn” − mikrobudżetowym retro horrorze w reżyserii młodego zdolniachy, Justina M. Seamana. Film stara się odwzorować styl ejtisowych slasherów i spisuje się na tym polu doskonale. Seaman z dużą wprawą replikuje archaiczne rzemiosło: operując wyłącznie sztucznym oświetleniem, kamerą zoomując masakrowane ciała i teatralnie przerażone twarze. Na grindhouse’ową estetykę pozytywnie wpływa ziarnisty, „przybrudzony” obraz. Morderstwa są przesadnie makabryczne i, co za tym idzie, absurdalne − bo schyłek lat 80., wraz ze zdobywającymi Manhattan Jasonami czy hollywoodzkimi dziwkami uzbrojonymi w piły łańcuchowe, był przecież pełen nonsensu. Filmowa perełka.

9. „Niepoczytalna”

Unsane

     Film nakręcono przy użyciu iPhone’a 7 Plus: proporcjami obrazu manipulowano tak dalece, że chwilami nie chce się wierzyć w związek Stevena Soderbergha z projektem. Jest „Niepoczytalna” oszczędna wizualnie, a świat przedstawiony (tj. szpital psychiatryczny) zamyka w przywąskim formacie 1.56:1. Zdjęcia − realizowane, oczywiście, przez Soderbergha − bywają ostre, niekiedy zadziwiająco i nienaturalnie jaskrawe, ale całość wygląda jak rejestrowana telefonem, co nadaje filmowi realizmu. Pozostaje jednak reżyser mistrzem kinowej magii: dowodzą temu ujęcia kręcone w trybie nocnym, zastosowanie barwnych filtrów, zabawa zniekształceniami perspektywicznymi, wreszcie wykorzystanie drona jako kamery.

     Soderbergh wkracza na dotąd nieznane sobie terytoria, lecz czarować potrafi nawet ze smartfonem w garści. Ciekawie wypadają zbliżenia na ogarnięte niepokojem twarze, gęsią skórkę wywołują ujęcia ciasnych, lodowatych korytarzy − szpital to przecież miejsce opresyjne. Film nagrywano w ciemnych pomieszczeniach, co zapewniło obrazowi efekt ziarnistości. Słuszna to decyzja: „Unsane” jest horrorem posępnym, chwilami odpychającym, zanurzonym w stylu retro. Jego obłędne zakończenie skrojono pod gusta wszystkich, którzy cenią sobie seventisowe kino exploitation. Reżyser rozprawia się w „Niepoczytalnej” ze stalkingiem, zwraca uwagę na zagrożenia, z jakimi borykają się kobiety w patriarchalnym społeczeństwie, podnosi temat dynamiki władzy w relacjach płciowych. Zainspirowany twórczością Kafki, prawi też o bezradności człowieka wobec biurokratycznej machiny prawnej.

8. „Ghostland”

Ghostland

     Akcja zagęszcza się w „Ghostland” szybko: jeszcze przed dziesiątą minutą dowiadujemy się bardzo wiele o bohaterkach oraz antagonistach, a około minuty 20. mamy już za sobą pierwszy akt fabularny. Film dostaje się głęboko pod skórę. Bywa bolesny − jak „Martyrs” − chociaż uderzenia Laugiera są tym razem lżejsze. Pomimo znacznej dawki ekranowego sadyzmu, nie nazwiemy „Ghostlandu” ordynarną, gore’ową popisówą. Sceny bezpośredniej przemocy goszczą w kadrze rzadziej niż w przypadku „Skazanych na strach”: co i raz malują się na celuloidzie sekwencje snów oraz halucynacji, które wyrywają nas z piekła gwałtu, odrazy, agresji.

     Film jest ciężki w odbiorze, bo wpisuje się w nurt post-torture porn. Niemniej zachwyca też psychodeliczną, nieco baśniową scenografią oraz ponurymi, głęboko nasyconymi i pięknie wykadrowanymi zdjęciami, które budują aurę grozy. Nie pozostaje „Ghostland” bezmyślną sieczką: to historia o dojrzewaniu, o powolnym zrywaniu z dziecięcą fantazją. W rękach oprawców bohaterki uczą się dorosłości, stają się zaradne, odnajdują w sobie nadludzką moc. Zarówno Hickson, jak i Jones wypadają w swoich kreacjach przekonująco: na tytuł „scream queen” obie zapracowały sobie bardzo skrupulatnie.

7. „Pyewacket”

Pyewacket-2017

     Horror głęboko osadzony w prozie życia codziennego, a nawet niosący pewne przesłanie moralne. Reżyser (i scenarzysta zarazem) zaszczepia w umyśle widzów przestrogę: uważaj, czego sobie życzysz. Odprawiając niebezpieczny rytuał, Leah (Nicole Muñoz) wykazuje się egoizmem o potężnie destrukcyjnej mocy. Po utracie ojca i przyjaciół dziewczyna pała nienawiścią do świata – niestety, zostaje ona ukierunkowana na troskliwą, w gruncie rzeczy, matkę. Wiedźma, prześladująca bohaterki, wyłania się z kłębów gniewu. I to całkiem dosłownie: po raz pierwszy widzimy ją, gdy pod osłoną nocy wypełza z czarnej chmury, zawieszonej tuż obok śpiącej Leah.

     MacDonald rzadko pokazuje czarownicę widzom; zamiast bić grozą po oczach, woli igrać z naszą percepcją. Metody straszenia, z jakich korzysta, są sugestywne: reżyser buduje w odbiorcy przekonanie, że na ekranie pojawia się coś, czego wcale nie widać. Jest MacDonald minimalistą; zredukowane bywa nawet oświetlenie planu zdjęciowego, co tylko wzmaga aurę niepewności. Sercem filmu okazują się emotywne kreacje aktorskie; Muñoz i Holden zbudowały wiarygodne, targane smutkiem postaci o nader złożonym usposobieniu. Zachowaniem zarówno Leah, jak i jej matki kieruje gorliwa, gorzka w swej nieustępliwości żałoba. „Pyewacket” to film bazujący na skomplikowanych, niekiedy ambiwalentnych emocjach – jest surowy i szczery, aktorsko cholernie intensywny. To kino wzburzonych sentymentów, pięknie i instynktownie sfotografowane przez Christiana Bielza.

6. „Mama i tata”

MomAndDad

     Matka-wariatka, tata-psychopata, okolica dziesiątkowana przez morderczy wirus. I jak tu normalnie dorastać? „Mamę i tatę” rozpoczyna grindhouse’owe intro, stylistycznie bardzo bliskie horrorom z lat 70. Skojarzenia z takimi pozycjami, jak „Szaleńcy” (1973) czy „Hungry Wives” (’72) nie są tu przypadkowe. Apokalipsa (z którą radzą sobie wszyscy bohaterowie niepełnoletni) to przecież motyw bardzo romerowski. Film jest frenetyczny, przesycony dynamizmem – chaotyczny w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu. Dzięki znakomitemu aranżowi scen akcji sprawia, że gonitwy rodziców za dziećmi ogląda się z wypiekami na twarzy (przykład: atak na boisku szkolnym).

     Sprawdzi się też „Mom and Dad” jako gratka dla maniakalnych audiofilów, bo Taylor do perfekcji opanował sztukę montażu i oprawy dźwięku. Soundtrack – oparty na hałaśliwych, niemal przemysłowych odgłosach – naładowany jest ożywczą energią; wkręca się w mózgownicę jak wiertarka, ale „ból” ten okazuje się przyjemny. Nie dziwi fakt, że projekt miał swoją premierę na Festiwalu Torontowskim, w sekcji „Midnight Madness”. „Mama i tata” to film o agresji, jaką większość rodziców, chcąc-nie chcąc, sporadycznie odczuwa wobec swoich dzieci. To projekt wspaniale nieetyczny i nonszalancki, do tego wybornie zagrany. Taylor odnalazł w Nicolasie Cage’u nieprzebrane pokłady komicznego drygu, choć rola aktora nie jest ograniczona żadnymi konwenansami. Selma Blair – jako zmęczona życiem Matka – też przejawia koncertowe wyczucie gagu.

5. „Nieznajomi: Ofiarowanie”

StrangersPreyAtNight

     Sequel, na który czekaliśmy równą dekadę. Tym różni się „Ofiarowanie” od swojego poprzednika, że nie jest pełnym suspensu thrillerem. W filmie znalazło się kilka sekwencji okrutnego, psychologicznego zastraszania, choć tytułowych nieznajomych częściej widzimy w akcji – i to całkiem dosłownej. Kontynuacja jest bardziej dynamiczna niż prequel, bywa soczyście sensacyjna, chwilami wręcz wykrzyczana. Oryginał z 2008 roku wielu krytyków uznało za intymną, ale burzliwie emocjonującą odtrutkę na splat-packową ekstremę. W sequelu kameralność schodzi na drugi, może nawet piąty plan, a Roberts korzysta z innych niż Bertino środków wyrazu. Jego projekt to rasowy, ejtisowy slasher – o intensywnej barwie i bardzo „kompaktowym” scenariuszu.

     „Ofiarowanie” to film zbudowany na schematach, ale tych najlepszych. Narracyjnie rozegrano go w interesujący sposób, a widzom nie dano powodów do nudy. Przestrzeń kadru zbudowana została z wyczuciem nostalgii i pozwala z radością wspominać ulubione pozycje stalk n’ slash. Akcja toczy się na terenie potężnego trailer parku, gdzie długo można bawić się w kota i mysz. Najlepsza z sekwencji rozgrywa się na kempingowym basenie, oświetlanym przez kiczowate, neonowe palemki – to tu Lewis Pullman staje do walki z agresywnym psychopatą. Chwilom grozy towarzyszy szlagier, „Total Eclipse of the Heart” – być może by nawiązać do złotej ery uroczej, slasherowej tandety, być może nie. Jakimś cudem to właśnie ta scena wzbudza najpłomienniejsze emocje i pozostaje z widzem na długo po seansie. Na pewno pomocna okazuje się w tym biegłość, jaką wykazują twórcy w kwestii obróbki technicznej. Ciepłe, jaskrawe odcienie, padające na zimny beton i podejrzanie błękitny akwen, mają dość abstrakcyjny charakter, ale operator posługuje się kamerą ze śmiertelną powagą: każdy jego ruch jest równie precyzyjny i bezpardonowy, jak zamachnięcia walczącego siekierą psychopaty. Nowi „Nieznajomi” – podobnie, jak ci starsi – potrafią zmrozić krew w żyłach, a nade wszystkim okazują się solidnym throwback horrorem.

4. „Zemsta”

Revenge-TOP.jpg

     „Zemsta” traktuje feminizm w bardzo przewrotny sposób: Coralie Fargeat długo każe nam oglądać cierpienia Jen (Matilda Lutz), ale finalnie to jej postać nasyca siłą, o jakiej męscy bohaterowie mogą tylko marzyć. Dochodzi do budującej rewaloryzacji – Jen z upodlonej ofiary przeobraża się w nieustraszonego łowcę. Od tego momentu górę nad akcją wezmą krwawe pragnienia: zgwałcona dziewczyna na drodze do wendety nie cofnie się przed niczym. Usłyszymy w „Zemście” naprawdę niewiele dialogów, ale będą one zbędne, bo najgłośniej huczy w filmie suspens. Ciekawa inscenizacja i mocne efekty gore sprawią, że blisko dwugodzinny seans ani przez chwilę nie wyda się nudny.

     Film, choć traktuje o gwałcie, pomście i niczym więcej, zrealizowany został w sposób transgresyjny. By odrodzić się na nowo, Jen musi najpierw spłonąć. Jej ciało, nabite na wysuszony przez pustynię konar, opada na podpaloną glebę, a potem powstaje z popiołów. Bohaterka piętnuje swoją ranę rozpaloną puszką piwa (o wdzięcznej nazwie Phoenix Beer) i w rezultacie jej zmaltretowaną powłokę zdobi symbol majestatycznego ptaszyska z mitu o zmartwychwstaniu. W parze z podniosłymi metaforami Fargeat serwuje też krzykliwą plastyczność. Ujęcia złocistego piasku palą w oczy; barwy światła zmieniane są za sprawą kolorowych filtrów, które natychmiast nasuwają na myśl takie tytuły, jak „Neon Demon”. Szansę powinni dać „Zemście” nawet mizogini.

3. „Suspiria”

Suspiria-Swinton.jpg

     Guadagnino − reżyser empatyczny, o nowoczesnej wrażliwości − interesuje się w „Suspirii” kobietami i ich siłą, poglądem na sztukę, wreszcie zmartwieniami. Film, z akcją osadzoną w 1977 roku, egzaminuje zatrważające czasy kryzysu państwowego; za tło polityczne służy tu tzw. niemiecka jesień − pamiętana przez pryzmat zmasowanych ataków na społeczeństwo. Guadagnino prawi o okrucieństwie wiedźm, ale też ludzi, „zwykłych” śmiertelników. Historia Niemiec ma niebagatelną wagę i w czasach sprzyjających zaangażowanym horrorom warto ten ciężar wyeksponować. Reżyser pozwala swoim heroinom wyjść z podziemi, a w zasadzie stworzyć swój własny padół łez; pozwala im otworzyć się na doznania, także te diabelskie.

     Uwagę w filmie poświęcono hierarchii sił nieczystych oraz macierzyństwu: substytutu matki po omacku szuka przecież główna bohaterka (Dakota Johnson). Rodzicielskie instynkty przemawiają przez Madame Blanc (Tilda Swinton). Przebiegła wiedźma rzuca na Susie czar, który sprawia, że każdy jej ruch podczas treningu odbija się na innej uczennicy, uwięzionej piętro niżej. To świadomy i sadystyczny manewr; w ten sposób paraliżuje instruktorka tańca swojego wroga − łamiąc każdą jego kość. Ucierpi na tym nieszczęsna Olga (Elena Fokina); Susie przekazana zaś zostanie „matczyna” mądrość. Scenę maglowania oparto na szybkich, ale obrazowych cięciach: każde kolejne ujęcie następuje niczym cios, którego nie jesteśmy w stanie odeprzeć. Brutalność efektów gore idzie w parze z teatralną stylistyką. „Suspiria” przypomina kultowe dziwowiska Kena Russella, „Opętanie” Żuławskiego oraz duszne kino kontestacyjne z czasów RFN. To obraz wichrzycielski, niepodobny do wersji Dario Argento sprzed lat. Nie zmienił się w reboocie tylko taniec: wciąż napędza on fabułę w ruch, jest hipnotyzujący, a w bohaterkach uwalnia zwierzęce popędy.

2. „Climax”

Climax-Noe

     W „2001: Odysei kosmicznej” – ulubionym klasyku Gaspara Noégo – małpy ewoluują w ludzi. „Climax” zaś przedstawia degradację człowieka, jego drogę na moralne dno. Akcja tego niepokojącego filmu toczy się w 1996 roku i rzekomo zainspirowana została wydarzeniami autentycznymi. Noé, najwyraźniej fan numerologii, liczbę 69 postrzega jako zbiorową możliwość, a 96-tkę – jako kolektywną niemożliwość. Obserwujemy, jak ścierają się temperamenty, orientacje seksualne, postawy życiowe kolejnych bohaterów – halucynogenna sangria tylko podkreśla ich naturalną impulsywność.

     Noé odwołuje się do kina o zabarwieniu psychodelicznym: wspomina „Suspirię”, „Querelle”, „Opętanie” Żuławskiego. Podobnie jak Fassbinder, pracował tanio i szybko, a swoich aktorów zamknął w teatralnym pudełku – wyznaczając przestrzeń kadru, dążył do naturalizmu, wyrafinowanej prostoty. Pomimo oszczędnej aranżacji wnętrz, miejsce akcji bywa surrealne, nie mniej niż przystanie morskie w „Querelle”. Jak Argento, operuje Noé obłędnie neonowymi kolorami: na sali tanecznej, gdzie dochodzi do scysji, panuje alarmująca czerwień, sypialnie zaś zatopione są w zieleniach, bo to tam uczestnicy zdarzeń szukają schronienia. Symboliczny jest też sam internat; przecież w „Suspirii” to korytarze szkoły baletowej spływają krwią młodych uczennic. Freak-outu Sofii Boutelli trudno zaś nie przyrównać do najbardziej pamiętnej sceny w karierze Isabelle Adjani.

     Po emisji na Nowych Horyzontach „Climax” określono jako doświadczenie – a nie film sensu stricto. Żywiołowy wstęp, w którym dwudziestu tancerzy vogue’uje jak na konkursie drag, sprawi, że sami przed sobą szepniecie: chwilo, trwaj.

1. „Dziedzictwo. Hereditary”

Hereditary-TOP

     „Dziedzictwo. Hereditary” rozpoczyna się dramatem rodzinnym, by wkrótce ewoluować w metafizyczny tragi-horror. W otoczeniu Grahamów dochodzi do mrożących krew w żyłach sytuacji, a reżyser sugeruje, że wytłumaczeniem tych incydentów może być choroba psychiczna lub opętanie. Może, ale nie musi. W powietrzu wisi coś strasznego; uwydatnia to gęsta, orkiestrowa ścieżka dźwiękowa autorstwa Colina Stetsona, który wyprowadza w kierunku naszych przewodów słuchowych serię hucznych, dezorientujących ciosów. Rozwikłanie filmowej zagadki okazuje się nie lada wyzwaniem − i chwała Asterowi za to.

     Film jest nabuzowany i nieprzewidywalny niczym rollercoaster. Historia wywołuje zadyszkę; mnożą się w niej zwroty akcji, które intrygują, ale też stale destabilizują obraz sytuacji. Aster przybrał nietypowy styl narracji: „Hereditary” to dramatyczny horror, ale nie zabrakło w filmie scen wyraźnie i niepokojąco komediowych. Po części wpływa na to fakt, że są Grahamowie ludźmi niebywale zamkniętymi emocjonalnie, negującymi nawet demoniczne objawienia, do których dochodzi w ich własnym salonie. Zjawiskową rolę pierwszoplanową tworzy Toni Collette. Annie w jej interpretacji jest kobietą pełną wewnętrznych konfliktów. Nieustannie zmaga się z bólem, gniewem i rozczarowaniem; kolejnymi tragediami wydaje się oszołomiona. „Hereditary” to projekt cholernie intensywny, a najprawdziwsze, najbardziej płomienne emocje malują się właśnie na twarzy Collette. Chwilami są tak ostre, że szczypią w oczy. Dopełnieniem wybitnych kreacji aktorskich są oniryczne zdjęcia Pawła Pogorzelskiego − jego kamera płynie po planie z przewrotną, surrealistyczną gracją. „Hereditary” to horror zarówno subtelny, jak i wstrząsający. Po jego obejrzeniu nie będziecie tacy sami.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s