„No one leaves Paris”. [„Samochody, które zjadły Paryż”, 1974]

     „Samochody, które zjadły Paryż” − celuloidowy asamblaż, który niejako rozpoczął karierę Petera Weira w przemyśle filmowym. Dla jednych do dziś pozostaje osiągnięciem awangardy, innych zaś bezlitośnie nuży. Znajduję się w tej drugiej grupie. Film o takim tytule nie powinien tulić do snu, bo ma w sobie zawadiackość i surrealnie poetycki wydźwięk. W „Samochodach…” odrzuca Weir tendencje, jakie dotychczas panowały w kinie australijskim, ale sam fakt, że jest to projekt niemożliwy do sklasyfikowania, nie świadczy jeszcze o niczym. Zamiast niezatartym klasykiem − jak „Rocky Horror Picture Show” czy rówieśnicza „Teksańska masakra piłą mechaniczną” − pozostaje projekt Weira irracjonalną ciekawostką.

CarsParis2

      Akcja rozkręca się tu bardzo powoli, choć zaczyna się od huku: Arthur Waldo (Terry Camilleri) ulega kraksie i trafia do szpitala w małej mieścinie na australijskiej prowincji. Paryż niewiele ma wspólnego z francuską elegancją; mieszkają w nim ludzie brudni, biedni i podejrzani. Parają się też czymś zupełnie nietypowym: wywołują kolizje drogowe, a następnie przywłaszczają sobie należności ofiar. Arthur poznaje sekrety Paryża, a także dowiaduje się, dlaczego tak ważne są dla lokalsów uszkodzone samochody.

     „Samochodofilia” zostaje potraktowano u Weira w sposób suchy i nieinteresujący, a tytułowej wyżerki nie zobaczycie przez bitych siedemdziesiąt minut. To mniej więcej 80% filmu w całej jego okazałości… Zwodniczy jest tytuł, a zamiary reżysera wydają się niejasne: „Samochody” mają niewiele wspólnego zarówno z mainstreamową formułą „Szybkich i wściekłych”, jak i z nostalgicznym charakterem wendersowskiego „Paris, Texas”. Nie jest to ani film artystyczny, ani stuprocentowy horror − tym bardziej popcornowy. Prosty punkt wyjścia dla fabuły (nawet pośród piękna przyrody mogą zdarzyć się okropne rzeczy) szybko ustępuje miejsca niezrozumiałym komentarzom. Z jednej strony maluje się obraz krytykujący konsumpcjonizm, z drugiej zaś nadciąga fala groteski. Film tonie pod przypływem usilnej ironii, sprawia wrażenie schizofrenicznego. Brak tu integracji i balansu: scenarzyści „Samochodów…” równie dobrze mogli tworzyć zespół dziesięciorga osób. W pierwszej scenie atrakcyjna para wybiera się na przejażdżkę sportowym samochodem. Nie trwa ona długo: po rekreacyjnym odpaleniu papierosów marki Alpine znikąd wyłania się opona, a kosztowny pojazd spada ze wzgórza i dachuje kilkanaście dobrych metrów. To najwymowniejsza „reklama telewizyjna”, jaką gdziekolwiek ujrzycie. Później flirtuje Weir z innymi gatunkami, podgatunkami, z kinowymi fasonami. „Samochody, które zjadły Paryż” przeistaczają się w szorstkie ozploitation, uwspółcześnioną opowieść w stylu Australian Gothic, mad scientist horror movie, wreszcie w western na wyrywki. Da się wyłapać podobieństwa łączące film z brytyjskim „Kultem” (1973).

CarsParis3

     Niech Was nie zwiedzie ikoniczny plakat, na którym uroczy Volkswagen ostrzy sobie metalowe kolce na ludzkie ciała. To jedyne ukazane nam auto budzące respekt za sprawą swojego wyglądu (oczywiście, gdy przymkniemy oko na materiał, z jakiego powstały szpice). Ogólnie jest film wizualnie mętny, pomimo anamorficznych zdjęć i dzikości australijskiej natury. W późniejszych latach tworzył Weir kino dużo bardziej eteryczne lub po prostu bardziej intrygujące od strony operatorskiej: niech za przykład posłuży tu „Piknik pod Wiszącą Skałą”, zrealizowany zaledwie rok po filmie niniejszym. „Samochodom, które zjadły Paryż” też przydałaby się szczypta poetyckości.

     Ofiary paryskich wypadków określa Weir jako „warzywa” i zamyka je w szpitalu psychiatrycznym. W jednej ze scen widzimy nieszczęśników, jak ślinią się bezwiednie i uczestniczą w sekciarskiej potańcówce. Mają na sobie kuriozalne stroje − wykonane z opatrunków i pudełek po Rice Krispies − a dla miejscowych lekarzy są eksperymentalnym materiałem. Ponieważ film urywa się znienacka, nie poznajemy ich dalszych losów. Brakuje w „Samochodach…” nie tylko wyjaśnień, ale też zakończenia; obecne w scenariuszu są za to motywy charakterystyczne dla późniejszej twórczości reżysera: na przykład bohater, który nie potrafi żyć w zgodzie ze społeczeństwem, oraz zamknięta, tajemnicza wspólnota. Choć archaiczny i nieczytelny, film do dziś pozostaje ważną relikwią australijskiego kina drogi. Przyczynił się do powstania takich pozycji, jak „Stone” (1974), „Summer City” (’77), „Mad Max” (’79) czy amerykański „Wyścig śmierci” (’75).

     Albert Nowicki – dziennikarz, tłumacz i copywriter, absolwent studiów filmoznawczych Instytutu Sztuki PAN. Miłośnik kina, zwłaszcza filmowego horroru. Jego teksty pojawiały się między innymi na łamach serwisów Filmweb, Movies Room oraz Filmawka. Blog His Name is Death prowadzi nieprzerwanie od 2012 roku.

CarsParis4

04

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s