Diabelski urok. [„Podły, okrutny, zły”, 2019]

     Amerykanie zdają się być ogarnięci pewną obsesją na punkcie seryjnych morderców. Ich wypaczone figury obecne są wszędzie: w serialach fabularnych, tych true-crime’owych, wreszcie na ekranach kin. Gacy, Dahmer i Bundy wymieniani są jednym tchem jako grzeszna trójca, która w annałach kryminalistyki zapisała się wybitnie krwawymi zgłoskami. Najbardziej niesławnemu z tych panów swoją uwagę postanowił poświęcić reżyser Joe Berlinger.

PodlyOkrutnyZly4

     Theodore Robert Bundy swoim ofiarom przedstawiał się jako Ted. Był konwencjonalnie przystojny, sprawiał wrażenie szarmanckiego bystrzaka. Nic dziwnego, że w filmie „Podły, okrutny, zły” gra go bożyszcze publiczności, Zac Efron. Tytuł zdradza na temat antybohatera wiele: dziś nikt nie próbowałby wybielić jego niecnych czynów, choć w latach siedemdziesiątych prędzej niż potwora widziano w Bundym szlachetnego everymana oraz wschodzącą gwiazdę kancelarii prawniczych. Berlinger rozpoczyna swój film cytatem: „niewielu wystarcza wyobraźni, by pojąć rzeczywistość”. Bliscy Teda, w tym jego dziewczyna Liz, odpierali od siebie bolesną prawdę tak długo, jak pozwalał im na to wyprany rozsądek. Z początku zaś nawet nie podejrzewali, co robi Bundy po opuszczeniu domu.

     U boku Efrona pojawia się między innymi Lily Collins jako Elizabeth Kendall (w istocie Kloepfer) − kobieta uzależniona od miłości, usiłująca pogodzić się z myślą, że jej ukochany to tak naprawdę agresywny socjopata. Widzimy Liz, która zasypia u boku Bundy’ego i zastanawiamy się, jakie myśli szturmują jej głowę, gdy na jaw wychodzą mordercze sekrety kochanka. To oczami granej przez Collins nieszczęśnicy oglądamy Teda po raz pierwszy − w momencie, kiedy wszystko jest już stracone. Późniejsze retrospekcje dowodzą jednak, że romans, łączący tę dwójkę, był szczery. „Podły, okrutny, zły” nosi znamiona historii miłosnej, mocno zniekształconej, wyprutej z sentymentów. Podskórny niepokój budzą sceny, w których Efron trzyma w garści nóż kuchenny i kroi nim urodzinowy tort, albo gdy dominuje nad Collins w akcie seksualnego uniesienia, a palcami z zafascynowaniem wędruje po jej tętniącej życiem szyi. To chwile zwodniczej idylli, które ogląda się w oczekiwaniu na wybuch niekontrolowanego szaleństwa.

PodlyOkrutnyZly2

     Bundy − kiedy wymagała tego sytuacja − był jednak bardzo zachowawczy i zdyscyplinowany. Jako inteligentny szaleniec, emanował kłamliwą charyzmą, roztaczał wokół siebie fałszywy urok, który wywołuje ciarki na plecach (przekonajcie się o tym, oglądając netfliksowy dokument, „Rozmowy z mordercą”). Berlinger pokazuje nam Teda w całej jego „okazałości”: mizoginię skrywającego za przystojnym uśmiechem, maniakalnego, wierzącego we własne łgarstwa. Nawet w konfrontacji z niepodważalnymi dowodami zbrodni utrzymuje on swoją niewinność. Do zabójstwa przyznaje się tylko raz: w szokującym finale, kiedy na zaparowanej, więziennej szybie kreśli, czym zbezcześcił zwłoki. Efron dobrze opanował gesty, manewry i dziwactwa Bundy’ego. Bije od niego zuchwałość, która płynęła w żyłach „bohatera” i tak wielu młodym kobietom wydała się naturalną pewnością siebie. Wiele dziewcząt umarło w objęciu Teda z powodu chwilowego zauroczenia. Tych scen nie ujrzymy w „Podłym…” prawie w ogóle, bo jest to film bezkrwawy, a przy tym świetnie zarysowane character study. Można tu mówić o pewnej antytezie thrillera o seryjnym mordercy. Berlinger machnął ręką na odtworzenia bestialstw; jako nagradzany dokumentalista legitymuje się przecież bezceremonialną empatią. „Podły, okrutny, zły” to film znacznie subtelniejszy niż można się spodziewać.

     Gdy jedyna pamiątka po przybranej córce zostaje Tedowi wyrwana z rąk, w jego oczach maluje się dotkliwa rozpacz. Głębokich ran przysparza mu też Liz, kiedy po latach procesów i wewnętrznych wojen postanawia go porzucić. Chwilami reżyser doszukuje się w Bundym cząstek człowieczeństwa, co − naturalnie − może wydać się decyzją kontrowersyjną. Sympatyzuje się też z ocalałymi „ofiarami” mordercy: jego dziewczyną, matką, manipulowaną kochanką. Emocje nie biorą góry nad faktografią − „Podły, okrutny, zły” to bowiem film koncertowo relacjonujący głośne wydarzenia. Są za to ważnym komponentem poruszającego melodramatu i wciągającej historii sądowej. Żaden inny zabójca nie grał na ludzkich emocjach tak popisowo, jak Ted Bundy.

PodlyOkrutnyZly3

     Rola Efrona, choć trochę naznaczona frat-boyowym piętnem, przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Trzydziestojednoletni aktor to kolejny, po Rossie Lynchu, gwiazdor Disneya, któremu przyszło wcielić się w obmierzłego złodzieja ludzkich żyć. Okazuje się, że nie warto skreślać młodych przez dokonane w przeszłości, kiepskie wybory (vide: „High School Musical”, „Teen Beach Movie”). Efron, podobnie jak Lorenzo Ferro w „Aniele”, udowadnia, że za piękną twarzą mogą kryć się najbrzydsze popędy. Lepiej niż on wypada w swej roli Lily Collins − przepełniona zakamuflowanym poczuciem winy, wiecznie nieobecna i rozpamiętująca minione lata. To ona ma do odwalenia cięższą robotę, bo postać Liz tkwi w mroku niedopowiedzeń, a uwaga większości widzów i tak skupiona jest niemal wyłącznie na Efronie w nowej, dojrzalszej odsłonie. Aktorka błyszczy nawet w najprostszych scenach, między innymi dlatego, że gra rolę raczej spoza swojego emploi, a wcale nie brak w jej słowach i odruchach wiarygodności. Na drugim planie bryluje też John Malkovich, choć za castingowe faux pas uznamy obsadzenie Jima Parsonsa jako stanowczego adwokata: podczas rozprawy Bundy’ego nie próbuje pogrążyć Larry Simpson, a Sheldon Cooper. Sporo uwagi poświęca reżyser cyrkowi medialnemu, jaki towarzyszył procesom sądowym; nie bawi się jednak w tani sensacjonalizm. Całość uzupełniają akcenty humorystyczne. Ucieczkę Teda z aresztu trudno postrzegać inaczej niż farsę, a kiedy stróż prawa kieruje do naszego antybohatera słowa „jeszcze się złapiemy”, uśmiech sam gości na ustach.

     Niektórzy krytycy uważają, że Berlinger wychwala w „Podłym, okrutnym, złym” rockstarstwo okrutnego mordercy. To jednak nadmierne uproszczenie. Obraz traktuje o charyzmatycznym potworze i sam też nie jest pozbawiony zawadiackiego uroku. To pozycja obowiązkowa dla wszystkich, którzy lubią przyglądać się pełnokrwistym portretom filmowym.

     Albert Nowicki – dziennikarz, tłumacz i copywriter, absolwent studiów filmoznawczych Instytutu Sztuki PAN. Miłośnik kina, zwłaszcza filmowego horroru. Jego teksty pojawiały się między innymi na łamach serwisów Filmweb, Movies Room oraz Filmawka. Blog His Name is Death prowadzi nieprzerwanie od 2012 roku.

PodlyOkrutnyZly5

7-i-pol

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s