Twarz w lustrze. [„To my”, 2019]

     Obraz „La reproduction interdite” belgijskiego surrealisty René Magritte’a przedstawia ciemnowłosego mężczyznę, który, stojąc przed lustrem, przygląda się odwróconemu brunetowi. W szklanej tafli nie ma jego odzwierciedlenia: czai się w niej zupełnie obca, choć cieleśnie łudząco podobna osoba. W porównywalnej sytuacji postawiona zostaje Adelaide Wilson − mała dziewczynka, która gubi się w lunaparku i trafia na rówieśnicę, stanowiącą żywy obraz siebie samej. Od tego momentu jej życie naznaczone będzie niezatartą klątwą. Adelaide każdego dnia budzi się z traumą uciskającą serce; po latach wciąż obawia się, że wróci po nią „zła bliźniaczka”. Uczucie lęku jest jak najbardziej podstawne, a dzień ponownego spotkania nadchodzi wielkimi krokami.

Us-01

     Jordan Peele rozpoczyna swój nowy film zbliżeniem na złowieszczo czerwone, królicze oko. Zającowata, spłoszona kulka trzymana jest w przyciasnej klatce, bo i „Us” (tytuł polski „To my”) uznać można za horror zniewalający. Motyw gryzonia rozwiązany zostanie dopiero w finalnych minutach, jednak do wykopanej przez Peele’a „nory” warto wskoczyć dużo wcześniej. Reżyser przenosi nas w fantasmagoryczny świat, gdzie straszne nie są wcale potwory o nadludzkich mocach − to my jesteśmy straszni. Już w swojej pierwszej fabule pokazał Peele, do czego zdolny jest człowiek, zwłaszcza ten, który zupełnie próżne wartości przedkłada ponad godność i dobro drugiej osoby. „Uciekaj!” okazało się inteligentną satyrą, pogrążoną jednak przez banalne rozwiązanie akcji. W „Us” nie ma miejsca na błędy i nieścisłości − to projekt, który z terminem „sophomore slump” nie jest w żaden sposób związany.

     Film garściami czerpie z klasycznego odcinka „Strefy mroku”, „Mirror Image”; jest na równi horrorem i thrillerem społecznym. Zaczyna się jak „Funny Games” Hanekego (oto wyrwana ze snu rodzina terroryzowana jest przez czwórkę uzbrojonych agresorów), choć to tylko solidne lepszego zalążki. Peele celowo myli tropy. Kłamie nam prosto w twarz, sugerując, że oglądamy home invasion movie. Wspomina o sieci nieużywanych, podziemnych tuneli, które zamieszkane mogą być przez bóg wie kogo; oprowadza widzów po „nawiedzonym” gabinecie luster. „Us” nijak nie przystaje jednak do sprawdzonych konwencji, jest horrorem szalenie oryginalnym. Pojawiają się w filmie intertekstualne nawiązania: zawieszona w powietrzu kamera podąża za autem, sunącym po przecinającej las drodze; gdzieś na skraju kadru kurz zbiera na sobie stare, VHS-owe wydanie „C.H.U.D.-a” (ot, zmyślnie wpleciony w fabułę easter egg). Odwołania nie są wymuszone, a całość co najwyżej ubarwiają − jest ona nienaśladowcza, stroniąca od sztampy. „Us” to film o zdarciu cywilizacyjnej maski.

Us

        Uwaga na spoilery.

     Dominuje w filmie motyw doppelgängera − trochę jakby wellsowskiego, przypominającego o Morlokach. Antybohaterami „Us” są sobowtóry, które przez lata przebywały w zamknięciu i żywiły się surowym mięsem zwierząt. Są ludzkimi klonami o niezbyt ludzkich odruchach; z „krewniakami” połączeni mają być też duszą lub przynajmniej jej namiastką. Po latach życia w podziemiu sobowtóry wydostają się na zewnątrz i składają kolejne wizyty swoim „kuzynom” − jak nietrudno się domyślić, nie są to pokojowe odwiedziny. Alternatywna Adelaide różni się od tej ze świata rzeczywistego: jest nie tyle kochającą matką, co drapieżcą, dyrygującym armią bezwzględnych bestii. W całej operacji to ona pociąga za sznurki, kieruje się ukrytym celem, którego rozpoznanie wbije Was w fotel. Sobowtóry pozwalają „prawdziwym” bohaterom odkryć, jak wiele zła kryje w sobie amerykańskie społeczeństwo. Peele przygląda się granicom klasowym: Wilsonowie korzystają z komfortu, który dla poddanych ostracyzmowi klonów przez dziesięciolecia był zupełnie nieznany. Doppelgänger to człowiek-cień − zawsze w tyle za swoim rzeczywistym korelatem, zawsze wypchnięty poza margines, w boleściach. Maluje się w filmie zjadliwa alegoria, nawiązująca do uwarunkowań socjopolitycznych USA. Uprzywilejowani są tylko niektórzy mieszkańcy tego kraju: miliony żyją przecież w skrajnej biedzie, bo nie udało im się urealnić etosu amerykańskiego snu. Peele opowiada w „Us” o strachu przed obcymi, odrzucaniu brzydoty, o przemilczanych dramatach. Sobowtóry − zignorowane przez społeczeństwo, w podziemiach wijące się niczym w piekle − stają się apokaliptyczną zarazą. Stale przytaczane są w filmie aluzje biblijne, a reżyser odsyła nas do księgi Jeremiasza, który majaczy o fałszywych bogach. W toku akcji przywołana zostaje między innymi Ophelia − asystentka głosowa, która ma łagodzić małżeńskie zgrzyty.

Us-03

     Sobowtórom obce są ludzie reakcje. Struktura ich osobowości jest stanowczo ograniczona: to jednostki sterowane przez pierwotne instynkty, o upośledzonym aparacie psychicznym. Nie oddziałuje na antybohaterów superego − tylko freudowski id. Wyraziściej nakreślone są postaci przodujące, zwłaszcza nasza protagonistka, musząca uporać się z paraliżującym strachem, z głęboko zakorzenionymi fobiami. Tylko tak zdoła ocalić najbliższych. Wilsonowie wykazują silne przywiązanie do kultury afroamerykańskiej i jej spuścizny (wysoko cenią czarnoskórych artystów, noszą bluzy upamiętniające swoją dawną uczelnię − nota bene, popularną wśród mniejszości rasowych). W filmowym uniwersum wartością nadrzędną jest tożsamość − jej poczucie, groźbą zaś − utrata tożsamości, prowadząca do rozpadu osobowości. Alter ego Adelaide − Red − jest do niej podobne nie tylko ze względu na cechy fizyczne. Kiedy Adelaide rozwijała swoje umiejętności w tańcu, Red była miotana przez biologiczno-duchową siłę. W finale obie podejmują równą walkę: ich pojedynek nosi znamiona krwawego baletu, w którym dozwolone są wszystkie chwyty, manewry i skinienia. To walka klas.

     Peele nie wyjaśnia w kwestii sobowtórów wiele, nie wykłada wprost, po co i w jaki sposób zostały one powołane do życia − wie, że zrujnowałoby to film, odebrało mu głębie i metaforyczną wymowę. O doppelgängerach wiemy przede wszystkim, że nie spoczną, póki nie wymordują swych bliźniaków − albo nie zginą, próbując. „Us” to horror przyjemnie makabryczny, choć podejście reżysera do rozlewu krwi jest dwojakie. Nigdy nie wiadomo, kiedy będziemy świadkami brutalnego ataku, bo kamera raz uczestniczy w krwawych łaźniach, a raz nie. Gdy tylko przedstawieni zostali główni bohaterowie, usłyszałem głos dochodzący z przodu sali: „wszyscy zginą, bo są czarni” (co przykre, tym skrótem myślowym kierował się młody chłopak). Tymczasem Wilsonowie uchodzą z życiem; co więcej, stosunkowo wcześnie uśmierceni zostają ich przyjaciele − biała, heteroseksualna para. „Us” − podobnie zresztą jak „Uciekaj!”, przed swym agonijnym finałem − unika generalizacji.

Us-05

     Nie brakuje w tym wszystkim ani humoru, ani dobrej muzyki (wystarczy wspomnieć kontrast między Adelaide i Gabem lub scenę, w której wykorzystane zostają kawałki N.W.A i The Beach Boys). Epicki finał nie tylko opiera się na wybitnym, choreograficznym pas de deux − rozegrano go w akompaniamencie szlagieru Czajkowskiego. Bogata jest ścieżka dźwiękowa, oparta na brzmieniu takich instrumentów, jak taiko czy cymbały. Jest piekielnie intensywna, nasuwa skojarzenia z twórczością Bernarda Herrmanna. Za pomocą muzyki buduje w nas reżyser poczucie nadchodzącego zagrożenia: w scenie z udziałem malującej się Elisabeth Moss wykorzystano psychodeliczną, starohollywoodzką nutę o melancholijnym tonie, kiedy indziej straszyć mają perfekcyjnie zsynchronizowane, cieniutkie głosy. Najbardziej niepokoi utwór „Anthem”, skomponowany przez Michaela Abelsa. To tak naprawdę zbiór monosylab, upiornie przywoływanych przez dziecięcy chór. Kontekstu nie ma w tym żadnego: chodzi o zdeptanie niewinności, nadanie dziecku cech diabelskich, nakreślenie wizji armagedonu, który wkrótce nadejdzie. Nagranie, często przewijające się przez film, jest inwazyjne i apokaliptyczne. Świetne są też zdjęcia, za które odpowiada Mike Gioulakis („Coś za mną chodzi”) − zwłaszcza diopter shoty, a Lupita Nyong’o zdobywa się na prawdziwy tour de force aktorskiego kunsztu. Film pełen jest podtekstów i subtelnych aluzji; posiada wiele nieoczywistych znaczeń. Nie odarto go przy tym z humoru, nie podszyto przerafinowaną, art-house’ową powłoką. Z czystym sumieniem polecę „Us” zarówno zjadaczom popcornu, jak i fanom nietypowych, ambitnych horrorów.

     Albert Nowicki – dziennikarz, tłumacz i copywriter, absolwent studiów filmoznawczych Instytutu Sztuki PAN. Miłośnik kina, zwłaszcza filmowego horroru. Jego teksty pojawiały się między innymi na łamach serwisów Filmweb, Movies Room oraz Filmawka. Blog His Name is Death prowadzi nieprzerwanie od 2012 roku.

Us-04

08

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s