No braaain, just pain. [„Dead Trigger − Oddział śmierci”, 2017]

     Świat pogrążył się w chaosie po tym, jak tajemniczy wirus przemienił ludzkość w wygłodniałe zombie. Specjalna jednostka wojskowa ma opuścić tak zwaną bezpieczną strefę i odnaleźć antidotum, które pomoże opanować pandemię. Żołnierzami dowodzi były policjant Kyle Walker (Dolph Lundgren), doskonale władający zarówno przyciężkimi karabinami, jak i śmiertelnie ostrą maczetą. Czy zdoła on ocalić Ziemię przed zagładą?

Untitled 3

     Rozumiem, dlaczego wystąpił w „Dead Trigger − Oddziale śmierci” Isaiah Washington. Niegdysiejszy gwiazdor hitowego serialu − zasłużenie oddalony przez showrunnera z planu − dziś jest aktorem trzecioligowym. Ale Dolph Lundgren posiada przecież więcej honoru, a na pewno ma lepszego nosa do teoretycznie trashowych filmów, które wcale nie okazują się kulawe (przykład: „Don’t Kill It”). Nie wiem, co pchnęło go w objęcia Scotta Windhausera; może perspektywa zafarbowanej głowy i nostalgicznego powrotu do przeszłości.

     Lundgren przypomina w „Dead Trigger” Franka Castle’a. Bronią palną wymachuje z równie dużą wprawą, a do tego pozuje na bad assa już nie 30-, lecz 60-letniego. Z tego powodu „Dead Trigger” w niejednym sercu obudzi stare afekty i niejednemu widzowi posłuży za nieoficjalną kontynuację „Punishera”. Tyle że klasyczna adaptacja Marvela (tak, chodzą po tym świecie osoby uznające ten tytuł za niszowy klasyk) miała w sobie grację, jakiej Windhauser nie potrafił odtworzyć. Zombie horror na ogół nie jest gatunkiem wymagającym, a gdy łączy się z kinem akcji, urasta wręcz do rangi filmowego łubu-du. Ale strzelaniny i rozwałkę też trzeba umiejętnie przedstawić, a reżyseria „Dead Trigger” mocno szwankuje.

     Nie brakuje w filmie pokaźnego body countu, lecz rozlew krwi wygenerowano komputerowo. Współcześni twórcy efektów specjalnych często mają tendencję do bagatelizowania i tutaj dobitnie rzuca się to w oczy. „Dajmy widzom gore, ale będą musieli zadowolić się wstrętnym CGI, bo tak wyjdzie taniej”. Jeśli kadry od FX myślały w takich kategoriach, to przepraszam − ja tego nie kupuję. I wątpię, bym był w tej decyzji osamotniony.

     Przyjemne, skąpane w słońcu miejsce akcji sprawia, że da się „Dead Trigger” oglądać. Tyle tylko, że częściej niż incydentalnie spoglądamy na zegarek, odliczając minuty i czekając na rychły koniec. Jeśli rekomendacja rzędu: „oglądalny” − albo jeszcze lepiej, „film fabularny, kolorowy” − dużo dla Was znaczy, dajcie produkcji Windhausera szansę. Wiedzcie tylko, że przymierzacie się do pełnometrażowej adaptacji… gry na urządzenia mobilne. Z czym, notabene, wiąże się jeden z absurdalnych plot twistów.

     Albert Nowicki – dziennikarz, tłumacz i copywriter, absolwent studiów filmoznawczych Instytutu Sztuki PAN. Miłośnik kina, zwłaszcza filmowego horroru. Jego teksty pojawiały się między innymi na łamach serwisów Filmweb, Movies Room oraz Filmawka. Blog His Name is Death prowadzi nieprzerwanie od 2012 roku.

Untitled 1

04

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s