Rozmowa o śmierci. [„Smętarz dla zwierzaków”, 1989]

     W latach osiemdziesiątych hollywoodzcy filmowcy podjęli próbę zekranizowania wszystkich najważniejszych pozycji w dorobku Stephena Kinga. Trend ten utrzymywał się jeszcze przez kolejną dekadę, choć nad adaptacjami ciążyła swego rodzaju klątwa: większość była bowiem pomiatana przez dziennikarzy, a i widzowie kręcili nosem na „Dzieci kukurydzy” czy „Kosiarza umysłów”. Źle oceniono też „Smętarz dla zwierzaków” w reżyserii Mary Lambert. W „The Washington Post” czyniono wręcz sugestie, że projekt jest dyletancki, z miejsca stracony − przy użyciu tyleż kąśliwej, co absurdalnej parafrazy „dog on arrival”… Horror nie cieszył się przed trzydziestoma laty taką reputacją, jak dziś; wybitne „Lśnienie” też nie uchroniło się przed złośliwymi docinkami i zyskało nominację do Złotej Maliny. „Smętarz…” ma nad wieloma kingowskimi ekranizacjami tę przewagę, że wiernie adaptuje literacki pierwowzór. Nawet zdjęcia do filmu postanowiono realizować w górzysto-leśnym stanie Maine.

PetSem3

     Creedowie − rodzice oraz dwójka dzieci − przybywają na prowincję i próbują dostosować się do nowych warunków. Sielankowo wcale nie jest. Młody lekarz Louis dostaje pracę na kampusie uniwersyteckim i już pierwszego dnia musi operować ofiarę nieszczęśliwego postrzału. Jego żona Rachel zmaga się z dawnymi traumami, a parę malców fascynuje lokalna legenda o cmentarzysku dla pupili. Okazuje się, że tytułowy „smętarz” postawiono niedaleko domu bohaterów. Znikąd wyłania się Jud Crandall − mieszkający w pobliżu starzec, który zdobywa serca sąsiadów przy pomocy wrodzonej charyzmy. Mężczyzna ostrzega Creedów przed cmentarzykiem: jak mantrę powtarza, że martwi powinni zostać martwi. Nie jest to bowiem zwykłe miejsce pochówku: zakopane głęboko pod ziemią ciała wracają do życia, na skutek indiańskiego czaru. Wkrótce dochodzi do tragedii, w której ginie trzyletni Gage…

     Film Lambert wcale nie jest tak płytki, jak zarzucano mu w starych recenzjach. Co więcej, złamane zostaje w nim tabu, podjęty zostaje temat, któremu w świecie ejtisowego horroru konsekwentnie zaprzeczano. „Smętarz dla zwierzaków” można odczytać jako półtoragodzinną rozmowę o śmierci: wiele pytań o przyczyny odejścia ze świata płynie z ust małej Ellie, która traci brata w wypadku samochodowym. Dziś zachwycamy się nad filmami Ariego Astera czy Michaela O’Shea, ale w 1989 roku ekranową śmierć zrównywano z kolejnym powrotem Jasona czy Freddy’ego. Lambert, bardziej niż szlachtowaniem kończyn, zainteresowana jest wewnętrznym spustoszeniem, wyniszczającą udręką, jaka wynika z żałoby. Na płaszczyźnie emocjonalnej „Smętarz…” bywa uwierający. Wystarczy wspomnieć pogrzeb Gage’a i konfrontację dwóch bohaterów, którym z gardzieli urywają się ostre jak nóż despekty. Wszystkiemu temu towarzyszy widok niemal wypadających z trumny, dziecięcych zwłok.

PetSem2

     Postanawiając przywrócić swojego syna do życia, Louis Creed igra z prawami tego świata − wydziera naturze jej sekrety, chce zniweczyć jej plan. To czyn moralnie ambiwalentny, choć sam film dwuznaczny nie jest: on tonie w nihilizmie. Uwagę Lambert zwracają rozterki związane z utratą, urojone widma, wreszcie nadzieja, której trzymamy się jak brzytwy. Bohaterowie cierpią, lecz żaden z nich nie potrafi zaakceptować swojego bólu, a próby wyrwania się z jego szponów kończą się kolejnymi dramatami. Wspomnienie przedwcześnie zmarłej siostry (chorującej na zapalenie rdzenia Zeldy) powoduje, że Rachel ukazuje się wychudzone, połamane truchło. Wyraźnie zaakcentowano w „Smętarzu…” aspekt duchowy: film jest zarówno metaforą duchowego zniewolenia, jak i − nie ma co ukrywać − straszakiem o tułaczce nieumarłych po ziemi. Chwilami dość cheese’owym.

     Film wiele zyskuje, stawiając na klasyczną grozę: strasząc Zeldą, wiekowym obrazem martwego przodka czy demonicznym grymasem na buźce trzyletniego chłopca. Kiedy Gage chwyta za skalpel, robi się chłodno i nieludzko. Gorzej wypadają sceny o ładunku komicznym, chyba nawet niezamierzenie w tym kierunku dryfujące. Ujęcia ciał materialnych przenikających przez te ektoplazmatyczne są − co tu dużo mówić − śmieszne, a moment kulminacji przychodzi, gdy pogrążony w depresji Louis słania się na nogach, walczy z kotem, spada z łóżka prosto na głowę. To chwile niepohamowanego slapsticku, który w filmie musiał znaleźć się przypadkiem. Dale Midkiff nie do końca odnajduje się w roli przodującej: jako ojciec wydaje się oschły, dzieci niemal faworyzuje. Mniej wyobcowany jest Fred Gwynne (Jud), a sensacją okazuje się Miko Hughes − umiejący zjednać sobie widzów nawet jako żywy trup. Komediowe chochliki mogą wynikać z przydługiego czasu trwania, bo „Smętarz dla zwierzaków” to horror o dobrych dziesięć minut za długi. Gromadzą się tu wątki podjęte w książkowym oryginale, ale nierozwinięte lub niemające większego znaczenia, nadające się raczej do ścięcia (przykład: gosposia Missy, jej choroba i samobójstwo).

PetSem1

     Przymykając oko na niezgrabność Louisa, otrzymamy horror ponury, „przyjemnie” podnoszący ciśnienie, chwilami wręcz nikczemny. Lambert nie boi się krzywdzić dzieci i tytułowych zwierzaków (granych przez świetnie wytresowanych „aktorów”), a w finałowej walce Gage’a z własnym ojcem wcale nie staje po stronie malucha. Udało się w „Smętarzu…” zachować makabryczność książkowego pierwodruku: broczące, oszpecone ciała, pocięte nożem chirurgicznym twarze, zdeformowane, pokryte płynami ustrojowymi trupy − wszystko to na pewno w filmie znajdziecie. Bardzo napastliwa jest kompozycja ścieżki dźwiękowej. Towarzyszące scenom grozy utwory są złowieszcze, prężne, zwiastują nadejście nieuchronnego „ciosu”. Przypominają o repertuarze Bernarda Herrmanna. Atutem filmu pozostają też na pewno dziewicze tereny Maine: natura jest u Lambert mroczna, a lasy szpetne i tajemnicze.

     „Smętarz dla zwierzaków” to film o bezwiednym otwieraniu puszki Pandory i o tym, że natura zawsze upomni się o swoje. Choć nie brak mu wad, wśród fanów Kinga ma uchodzić za pozycję co najmniej strawną. Sam cenię sobie upodobanie reżyserki do melancholii i cmentarnej poezji. Liczę, że w nowej adaptacji też je odnajdę.

     Recenzja znajduje się także na stronie Filmawka.pl, pod niniejszym odnośnikiem. Zapraszam do śledzenia swojego profilu w tym serwisie.

     Albert Nowicki – dziennikarz, tłumacz i copywriter, absolwent studiów filmoznawczych Instytutu Sztuki PAN. Miłośnik kina, zwłaszcza filmowego horroru. Jego teksty pojawiały się między innymi na łamach serwisów Filmweb, Movies Room oraz Filmawka. Blog His Name is Death prowadzi nieprzerwanie od 2012 roku.

PetSem4

6 i pol

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s