Co jest nie tak z Milesem? [„Prodigy. Opętany”, 2019]

     Taylor Schilling znów wciela się w umęczoną ofiarę nieszczęśliwego splotu okoliczności. Podobnie jak w netfliksowym „Orange is the New Black”, poznajemy ją jako kobietę tryskającą pozytywną energią, ale z upływem czasu zamienia się jej bohaterka w cień samej siebie. Schilling gra w „Prodigy. Opętanym” matkę kilkuletniego Milesa. To chłopak wykazujący ponadprzeciętne umiejętności intelektualne, ale jednocześnie zupełnie obojętny na bodźce emocjonalne. Wykazuje cechy młodego socjopaty, a jego zachowanie coraz bardziej niepokoi najbliższą rodzinę. Sarah zdaje sobie sprawę, że zrobi dla Milesa wszystko – jej instynktu macierzyńskiego nie tłumi nawet moment, w którym brutalnie zaszlachtowany zostaje domowy pupil. Zaprzyjaźniony lekarz wnioskuje, że w procesie reinkarnacji w ciało dziewięciolatka wstąpiła dusza zmarłego mordercy – w co, oczywiście, Sarah nie wierzy.

Prodigy1

     „Prodigy. Opętany” nigdy nie będzie cytowany jako dzieło przełomowe dla gatunku, szalenie oryginalne. Wątek metempsychozy lub, jeśli wolicie, ponownego wcielenia podjęty został w wielu współczesnych horrorach, między innymi przez Andrew Douglasa w remake’u „Amityville”. Nicholas McCarthy przerabia temat transmigracji z większym powodzeniem. Jego film, choć odtwórczy, nie jest bayowsko teledyskowy – akcent kładzie na dramacie rodzinnym. Nie chcę przez to powiedzieć, że zrównamy „Prodigy” z „Hereditary” czy „The Witch”, bo to horror znacznie mniej aluzyjny, a przy tym plasujący się o klasę niżej, jeśli chodzi o rzemiosło artystyczne. Ale nie jest też oklepanym i mechanicznym jump festem.

     Poziom rutyny jest więc znośny, a całość cechuje się gatunkowym polotem: „Prodigy. Opętany” to horror ciut sztampowy, ale kompetentnie wykonany. Do odstręczającej piwnicy aż strach schodzić; w domu Blume’ów stopy nie postawiliby nawet Pogromcy Duchów. W jednej z najlepszych scen widzimy Milesa-chłystka, który przesiaduje w słabo oświetlonym pomieszczeniu. Nie byłoby w tym nic przerażającego, gdyby jego twarz do złudzenia nie przypominała tej należącej do mordercy z zaświatów. Później przykrywa chłopca cień, a gdy wychodzi on z niego, jest już wyrośniętym – a do tego nagim – Edwardem Scarką (obrzydliwy zabójca jest z pochodzenia Węgrem, bo, jak wiadomo, Europa Środkowo-Wschodnia to wylęgarnia patologii). Sekwencje iluzyjnych objawień głównego antagonisty już teraz wpisałbym w poczet najupiorniejszych w skali roku, bo są nagłe, niespodziewane i szokujące. Szkoda, że jest ich niewiele.

Prodigy4

     Film ogląda się z przyjemnością: jest wciągający, stale intryguje, sprawia, że widz chce wiedzieć, co wydarzy się za chwilę. Nie ma tu miejsca na senność; tempo akcji jest niczym niewzburzone i zwyczajnie zadowalające. McCarthy nie boi się ubrudzić rąk swoich aktorów we krwi, czego przykładem jest scena z udziałem Milesa, wielokrotnie dźgającego niewinną kobietę. Stale narasta między Milesem – jak dobrze wiemy, dorosłym Węgrem – a Sarą dziwne, seksualne napięcie. Na szczęście nie zostaje ono w żaden sposób rozładowane, ale moment, w którym „malec” wkrada się do łóżka matki i sunie ręką po jej ramieniu wywołuje szereg nieprzyjemnych emocji. „Prodigy” to horror, który zasłużył sobie na MPAA-owską „R-kę” – jest przez to znacznie bardziej spełniony niż np. ugrzeczniony do przesady „Slender Man”.

     W rolach przodujących sprawdzają się Schilling i Jackson Robert Scott, a na drugim planie dobrze wypada znana z „Zabij i żyj” Brittany Allen – ponownie jako straumatyzowana ofiara. Zupełnie nie przekonuje postać Johna Blume’a (Peter Mooney), który w życiu rodzinnym wydaje się zupełnie nie uczestniczyć. To bohater wiecznie nieobecny, zdystansowany, a przy tym karygodnie rozpisany, bo o jego bolesnej przeszłości dowiadujemy się tyle, że jakaś tam była – kropka… Kiepska jest również ścieżka dźwiękowa w wydaniu Josepha Bishary – to zarzut, którego dotąd chyba nie miałem okazji wystosować w żadnej recenzji. Muzyka nie okazuje się paląco upiorna, jak na przykład w „Naznaczonym”: bywa nachalna, chwilami nadużywana. Mimo wszystko, można nazwać „Prodigy. Opętanego” dobrym styczniowym horrorem (to wtedy odbyła się jego premiera). Ujęcia, w których twarz Milesa jest do połowy przykryta halloweenowym makijażem, albo fragmentarycznie przesłonięta nocnym mrokiem zwracają uwagę na osobliwy dualizm postaci.

     Albert Nowicki – dziennikarz, tłumacz i copywriter, absolwent studiów filmoznawczych Instytutu Sztuki PAN. Miłośnik kina, zwłaszcza filmowego horroru. Jego teksty pojawiały się między innymi na łamach serwisów Filmweb, Movies Room oraz Filmawka. Blog His Name is Death prowadzi nieprzerwanie od 2012 roku.

Prodigy3

6 i pol

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s