Ade due Damballa! [„Laleczka Chucky”, 1988]

     Branża filmowa coraz umiejętniej wykorzystuje zjawisko nostalgii: do kin wchodzi właśnie reboot kultowej „Laleczki Chucky” (wyprodukowany zresztą przez twórców „It”) i wiele wskazuje na to, że okaże się on kolejnym horrorowym hitem. Sam fakt odmuchania Chucky’ego z kurzu i przywrócenia go na piedestał nie dziwi – już bardziej zastanawia, dlaczego tak późno pozwolono mu zmartwychwstać. Obok Freddy’ego Kruegera czy Jasona Voorheesa był to przecież jeden z najbardziej ikonicznych siepaczy drugiej połowy lat osiemdziesiątych. Widzów dookoła świata zachwycił bardzo prosty koncept: Charles Lee Ray to zamordowany psychopata, którego dusza uwięziona zostaje w ciele mówiącej zabawki. „Laleczka…” potrafiła i bawić, i straszyć, przez co zawojowała rynek kina domowego, stając się jednym z najchętniej wypożyczanych VHS-ów. Po latach nadal imponuje, nawet jeśli jej urok lekko przybladł.

Chucky2

     Kilkuletni Andy Barclay (Alex Vincent) marzy o gadającej lalce, której reklamy ściągają sen z powiek wszystkim amerykańskim dzieciom. Jego matka, Karen (nagrodzona Saturnem Catherine Hicks), ledwo wiąże koniec z końcem, ale nie potrafi odmówić synkowi przyjemności. Kupuje zabawkę w ciemnej alejce, praktycznie za bezcen – laleczka znajduje się w nienaruszonym stanie. Zachwycony prezentem Andy zdobywa nowego przyjaciela, który każe mówić do siebie Chucky. No właśnie: chłopiec przekonany jest o śmiertelności plastikowego kumpla, obwinia go zresztą za niefortunny „wypadek”, w którym ginie jego opiekunka. Zaniepokojona zachowaniem dziecka Karen nawet nie podejrzewa, że sprowadziła do swego domu Dusiciela z Lakeshore.

     Przyznam szczerze, że choć po latach „Chucky’ego” ogląda się dobrze – zwłaszcza ze względu na realizację i efekty z udziałem samej lalki – nie jestem zachwycony tym filmem per se. Nie był i chyba nie będzie to mój ulubiony horror, zwłaszcza w obrębie najważniejszych slasherów. Sprawność techniczna, trochę suspensu i przede wszystkim humor wznoszą „Laleczkę…” na poziom kina niezłego – nic ponad to. Od „jedynki” wolę późniejsze odsłony z Jennifer Tilly, bo to już jazda po bandzie. Czy dla osób z taką opinią wyselekcjonowano już specjalne miejsce w piekle? Może.

     „Laleczka Chucky” zyskałaby sporo, gdyby nie jej okrojona historia. Scenariusz filmu jest bardzo uproszczony i zamyka się tak naprawdę w trzech, czterech ważniejszych wydarzeniach. Brakuje tu niespodzianek: zbyt szybko wyłożono na stół wszystkie karty, to, co ma bohaterów szokować, my wiemy już od pierwszych scen. Pod naciskiem wytwórni przepisany został oryginalny skrypt Dona Manciniego, który miał formułę dreszczowca typu „whodunit”: film miał igrać z widzem, stale go podpuszczać i sugerować, że morderstwa popełnia Andy, a nie jego lalka. W wersji finalnej (obciętej z dwóch godzin do niespełna dziewięćdziesięciu minut) całkiem umiejętnie budowane jest napięcie, gdy Chucky czyha na życie nieświadomych ofiar, ale zabrakło właśnie elementu zaskoczenia, narracyjnych pułapek i ślepych uliczek. Najlepsza okazuje się sekwencja, w której Karen zmusza lalkę, by do niej przemówiła i ona to robi, ale nie w sposób paranormalny, a mechaniczny. Zrezygnowana kobieta utwierdzona zostaje w przekonaniu, że jej syn postradał zmysły. I wtedy dokonuje odkrycia: Chucky „działa” bez szwanku, choć od początku swego pobytu w domu Barclayów nie był zasilany bateriami. To klasyczna scena i jeden z najbardziej mrożących krew w żyłach momentów całego filmu.

Chucky3

     Film do dziś imponuje pieczołowitością wykonania. Efekty specjalne autorstwa Kevina Yaghera wciąż pozostają zaawansowane i nie sposób pisać o nich w kontekście śmiesznego archaizmu. Chucky powołany został do życia w oparciu o technikę animatroniczną: jest mobilnym robotem, który w toku kolejnych zdarzeń przechodzi metamorfozę i z niewinnie wyglądającej zabawki przeistacza się w demonicznego zwyrola. Jego twarzą kadry od efektów sterują przy użyciu specjalnego pilota. Niedoszły Dusiciel jest mały i niepozorny, ale jego upiorność tkwi w bystrym planowaniu wymyślnych morderstw. Chucky do perfekcji opanował zabawę w chowanego, potrafi wykorzystać każdą nieuwagę swoich ofiar, a następnie obraca ją przeciw nim. To po prostu wredny skurwiel, który nie przepuści żadnej okazji, by ubrudzić swoje rączki krwią. Wybitna jest głosowa rola Brada Dourifa, która scementowała jego dzisiejszą pozycję w świecie horroru. Tak naprawdę odbieramy Chucky’ego na dwóch poziomach. Nie można odmówić mu potencjału komediowego, bo nosi ogrodniczki z doszytą ksywką „Good Guy”, a z jego niewyparzonej gęby urywają się ordynarne zwroty. Ale jego status horrorowej ikony też nie pozostaje przypadkowy. Widzimy lalkę, która szepcze Andy’emu do ucha, lecz o czym do niego mówi – to pozostaje już w sferze domysłów. Prawdziwy głos Dusiciela z Lakeshore ujawniony zostaje dużo później, reżyser przyjmuje bowiem strategię slow-burnową, trzyma swoje najlepsze karty w rękawie. Dzięki temu film ogląda się z zainteresowaniem, w oczekiwaniu na koncert gry aktorskiej Dourifa oraz wirtuozerski rozlew krwi.

     „Laleczka Chucky” ewidentnie inspirowana była „Trylogią Terroru” i afrykańską kukłą Zuni, a niektórzy dopatrzą się też podobieństw do odcinka „Strefy mroku” pt. „Living Doll”. Film powinien zainteresować teoretyków kina ze względu na zawartą w nim tzw. „claw-hammer scene” – to ta scena, w której wystraszona bohaterka myśli, że czai się na nią coś strasznego, potem dochodzi do wniosku, że ma omamy słuchowe i w chwili, gdy jest już spokojna, nagle wyskakuje na nią morderca. Podobne sekwencje widzieliście na pewno w setkach innych horrorów, ale – jak zauważa Roger Ebert – rzadko są one równie dobrze wyreżyserowane. Powtarzają się w „Laleczce…” inne znane motywy: Chucky zostaje unicestwiony, ale kilka sekund później wraca do życia, by z okrzykiem bojowym zaatakować roztrzęsionych bohaterów; wątek Andy’ego idealnie zaś wpisuje się w tradycję kina grozy o fantazjujących dzieciach, w których „bujdy” o zjawiskach nadprzyrodzonych nikt nie chce uwierzyć.

     Sprzyjają filmowi ujęcia pokrytego śniegiem, wielkiego miasta, bo budują poczucie zagrożenia i opresji. Dobrze prowadzone są sceny akcji, a aktorzy doskonale opanowali sztukę zachowania kamiennych twarzy, gdy życiu ich postaci zagraża 70-centymetrowa lalka. „Child’s Play” to film budzący na twarzy szczery uśmiech – na szczęście nie politowania. Potrafi bawić, czasem trochę nastraszy. Do pierwszych „Piątków, trzynastego”, a już na pewno inauguracji „Halloween” nijak jednak nie przystaje.

     Albert Nowicki – dziennikarz, tłumacz i copywriter, absolwent studiów filmoznawczych Instytutu Sztuki PAN. Miłośnik kina, zwłaszcza filmowego horroru. Jego teksty pojawiały się między innymi na łamach serwisów Filmweb, Movies Room oraz Filmawka. Blog His Name is Death prowadzi nieprzerwanie od 2012 roku.

Chucky4

06

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s