Posprzątam ci ten życiowy chlew. [„The Cleaning Lady”, 2018]

     Alice (w tej roli Alexis Kendra) związała się z żonatym mężczyzną i każdego dnia czuje, że jest tylko „tą drugą”. Zawiedziona tchórzostwem partnera – który ani myśli rozstać się z żoną – i obrzydzona swoim brudnym sekretem, postanawia skupić się na rozwoju kariery w branży beauty. Jest kosmetyczką, która swoje klientki przyjmuje we własnym mieszkaniu. Ponieważ miejsce każdej pracy powinno być utrzymane w nienagannej czystości, zatrudniona zostaje sprzątaczka. Shelly (Rachel Alig) ucierpiała w wyniku straszliwego wypadku i ma zdeformowaną twarz. Brakuje jej pewności siebie, każde wypowiadane słowo z trudem przechodzi jej przez gardło. Pomimo ewidentnych różnic, kobiety nawiązują bliższą znajomość: okazuje się, że obie potrzebują okazji do wygadania i ucieczki przed codziennymi kłopotami. Problem w tym, że dylematy Alice nijak nie przystają do udręk jej nowej koleżanki. Bo czym jest uzależnienie od miłości w porównaniu z nieugaszoną żądzą mordu?

CleaningLady3

     „The Cleaning Lady” opowiada o tym, jak skomplikowanym i jednokierunkowym związkiem potrafi być przyjaźń; jak boleśnie potrafią zaciskać się kleszcze, gdy jedna ze stron chce od tej drugiej więcej. Shelly myli uprzejmość Alice (zaproszenie na kolację, wieczór przed telewizorem) z wydumanym sentymentem, a relacji utrzymywanej na luźnej, kumpelskiej stopie pozwala urosnąć do rangi obsesji. Obsesji, o której zatrudniająca ją kosmetyczka nie ma pojęcia. Najbardziej porażającą sceną w całym filmie jest ta, w której sprzątaczka chowa się w mieszkaniu swojej pracodawczyni, a pod osłoną nocy siada u jej boku i obserwuje, jak ta w najlepsze śpi. Później pozbawia ją zresztą przytomności i… wykonuje odlew jej twarzy. Po co? By przykrywać nim swoją własną i choć przez chwilę poczuć, co znaczy kobiecie piękno.

Czytaj dalej Posprzątam ci ten życiowy chlew. [„The Cleaning Lady”, 2018]

Nawiedzona klisza fotograficzna vs. niezręczna klisza fabularna. [„Polaroid”, 2019]

     Nastoletnia Bird Fitcher (Kathryn Prescott) stroni od rówieśników i ma tylko jedną bliską przyjaciółkę. Rozpamiętuje śmierć ojca, a pustkę po jego odejściu próbuje załatać, rozwijając swoje pasje. Dziewczyna pracuje w antykwariacie i interesuje się fotografią. Gdy w jej ręce trafia wyprodukowany przed czterdziestoma laty aparat typu Polaroid, jest zachwycona: to na rynku prawdziwy unikat, którego odnalezienie graniczy z cudem. Archaiczny model SX-70 − wprowadzony do sprzedaży w ilości kilku sztuk − towarzyszy Bird w wyjściu na imprezę. Dziewczyna czuje się niezręcznie, bo nikogo na miejscu nie zna; by przełamać lody, fotografuje więc kolejne osoby. Wkrótce ci, którzy zostali uwiecznieni na zdjęciu, zaczynają umierać.

Polaroid-03

     Bird Fitcher, bohaterka „Polaroida”, to ciekawa horrorowa heroina − przynajmniej na poziomie rysu scenariuszowego, bo ostatecznie twórcy trochę nie wykorzystali jej magnetyzmu. Zamiast żyć Instagramem, woli bawić się aparatem natychmiastowym. W kontaktach międzyludzkich jest skrępowana i trochę aspołeczna − co nie wpisuje się może w hollywoodzką wizję nastoletności, ale przemówi do widzów, którym obce nie jest pojęcie socjofobii. Postaci, niestety, nie rozwinięto, zanadto skupiając się na odtwórczych jump scare’ach. Mieć w garści tak nieoczywistą bohaterkę i tyle stracić − to potrafi tylko weinsteinowski Dimension

Czytaj dalej Nawiedzona klisza fotograficzna vs. niezręczna klisza fabularna. [„Polaroid”, 2019]

Upiorna panna młoda. [„Topielisko. Klątwa La Llorony”, 2019]

     Żyjemy w czasach, kiedy horror nie jest już gatunkiem błahym i pozbawionym ambicji − widzowie coraz częściej utożsamiają ekranową grozę z kinem zaangażowanym społecznie, diagnozującym patologie w relacjach międzyludzkich. Wciąż jednak nie brakuje straszaków lżejszego kalibru: takich, które przeciętnemu zjadaczowi popcornu wydadzą się znajome, proste w odbiorze, a i wywołają samoistne podskoki w fotelu, kiedy trzeba. Wszyscy lubimy odprężyć się przy niezobowiązującym filmie, fajnie tylko, gdyby został on zrealizowany z polotem, nie nużył po kwadransie spędzonym z bohaterami. „Topielisko. Klątwa La Llorony” niewiele ma wspólnego z lekką, filmową rozrywką. To horror do bólu sztampowy i przewidywalny, wprowadzający widza w dojmująco apatyczne stany. W najlepszym wypadku wzbudzi w Was obojętność.

Topielisko3.jpg

     O „Topielisku” zrobiło się głośno, gdy producenci powiązali tytuł z serią „Obecność” i jej spin-offami − to już szósty segment dochodowego cyklu. Sposób, w jaki nawiązuje Michael Chaves do warnerowego uniwersum, jest, niestety, banalny: w jednym tylko flashbacku przytoczona zostaje historia lalki Annabelle. Po ubiegłorocznej „Zakonnicy” twórcy dalej brną w odcinanie kuponów; tyle że upiorną siostrę oglądaliśmy w wymienionym horrorze co chwilę, a w „La Lloronie” wspominki opętanej zabawki nie mają właściwie żadnego znaczenia, nijak nie wpływają na fabułę. Fabułę nudną i przewałkowaną setki razy, warto dodać. Linda Cardellini gra tu udręczoną matkę, która zrobi wszystko, by uratować swoje dzieci przed złowieszczą siłą. Brzmi znajomo?

Czytaj dalej Upiorna panna młoda. [„Topielisko. Klątwa La Llorony”, 2019]