Dead. La mort. History. [„Doom Generation – Stracone pokolenie”, 1995]

     Po tym, jak „The Living End” zdobyło nominację do nagrody głównej na festiwalu w Sundance, Gregg Araki stał się jednym z ważniejszych głosów na scenie kina LGBT. Wielu twórców podłączyło się pod nurt New Queer Cinema, choć większość tylko z nim flirtowała. Araki zaś kręcił filmy o gejach i biseksualistach, między innymi dla tychże – do końca lat dziewięćdziesiątych miał na swoim koncie siedem projektów, w których dominowały lub wyróżniały się postaci queerowe. Spośród tych produkcji najwięcej uwagi poświęcono „Doom Generation – Straconemu pokoleniu”, groteskowemu kryminałowi o nastolatkach tyleż zblazowanych, co śmiercionośnych. Film – który oburzył między innymi Rogera Eberta – zapowiadano jako „pierwsze heteroseksualne dokonanie” w karierze Arakiego. Niemniej jest to historia do cna homoerotyczna, obfitująca zresztą w pikantne sceny seksu oraz zbliżenia na obnażone ciała. Araki, typ bardziej niż niepokorny, nie spotulniał wcale, gdy „Living End” obwołano „pedalską «Thelmą i Louise»”. I słusznie: w efekcie powstał film zadziorny, wściekły, emanujący nieokiełznaną energią twórczą. Nie wiem, jakim cudem ukazał się na ekranach polskich kin wkrótce po premierze w Stanach – teoretycznie powinien zostać oprotestowany przez rozmodloną dzicz.

DoomGeneration2

     Przypadek brytyjskiego „Księdza” pokazał, że Polska 1995 roku mentalnie tkwiła jeszcze w średniowieczu: przed salami kinowymi pikietowali uzbrojeni w różańce katolicy, bo w złym filmie powiedziano, że ich duchowy przywódca może „kochać inaczej”. Dwa lata później do dystrybucji wprowadzono „Doom Generation” – obraz o wyraźnie anarchistycznym wydźwięku, w którym dziewczyna ma zostać zgwałcona figurką Matki Bożej Fatimskiej. Film celowo utrzymany jest w złym guście, a religijne profanacje są w jego przypadku zaledwie wisienką na torcie. Araki opowiada o pokoleniu X i jego wędrówce ku zatraceniu. Amy (Rose McGowan), Jordan (James Duval) i Xavier (Johnathon Schaech) przemierzają pustkowia i najpodlejsze dzielnice miast w poszukiwaniu własnej tożsamości. Nie będzie spoilerem, jeśli napiszę, że wcale jej nie znajdują: stają się ofiarami dziwacznych okoliczności, przez własną nieuwagę ściągają na siebie olbrzymie kłopoty – pogoń za własnym „ja” musi poczekać. Bohaterowie mają hedonistyczne cele: chcą pieprzyć się ile wlezie i ćpać bez umiaru. Z czasem nową formą rozrywki staje się też zabijanie, bo ofiary jakby same pchają im się pod nóż. O nastoletnich zabójcach trąbią wszystkie stacje informacyjne, ale młodzi są zbyt obojętni – wobec prawa, wobec siebie samych – by szukać ratunku. Wielkimi krokami nadchodzi sądny dzień.

Czytaj dalej Dead. La mort. History. [„Doom Generation – Stracone pokolenie”, 1995]

Mary idzie na żery. [„Ulice strachu: Krwawa Mary”, 2005]

     Zarówno pierwsze, jak i drugie „Ulice strachu” były meta-horrorami, które najlepiej odczytuje się w ironicznym kluczu. Nie tylko pobrzmiewało w nich echo Cravenowskiego „Krzyku” – w swej intertekstualności były to pozycje równie udane. Drugi z tych filmów pojawił się na ekranach jesienią 2000 roku, debiutując z pozycji pierwszej w amerykańskim box-office’ie. Potem wydarzyła się rzecz niezrozumiała: Sony zawiesiło prace nad kolejnym sequelem na kilka dobrych lat. Trzecie „Ulice strachu” – opatrzone podtytułem „Krwawa Mary” – wprowadzono do dystrybucji ukradkiem, tylko na rynek DVD, jakby był to powód do wstydu. Film znacznie różni się od swoich poprzedników: elementy kina stalk n’slash zamieciono w nim pod dywan, a wyeksponowano wątek nadnaturalny. Próba wskrzeszenia trochę już zapomnianej serii okazała się nieudana. „Krwawa Mary” to bowiem niezdarnie poskładany do kupy potworek, nijak nietrafiony piorunem błyskotliwości.

UrbLegBloodyMary1

     Akcja rozpoczyna się pod koniec lat sześćdziesiątych. Tytułowa Mary to licealistka, która świętuje noc balu maturalnego w towarzystwie przyjaciół. W wyniku nieporozumienia dochodzi do tragicznego wypadku, w którym dziewczyna umiera – a tak przynajmniej wydaje się jej ukochanemu. Nastolatek – szkolny gwiazdor futbolu – umieszcza „zwłoki” Mary w metalowej skrzyni, z której nie ma ucieczki… Historia tej nocy staje się miejską legendą, ale grupa przyjaciółek jest pewna, że ma też swoje drugie dno. Bohaterki postanawiają przywołać ducha Mary przy pomocy specjalnego zaklęcia. Nie wiedzą, że obudzą mściwą zmorę.

Czytaj dalej Mary idzie na żery. [„Ulice strachu: Krwawa Mary”, 2005]

Wewnętrzne demony seryjnego mordercy. [„Rock, Paper, Scissors” aka „Rock Paper Dead”, 2017]

     „Lalkarz” to pseudonim brutalnego mordercy o imieniu Peter Harris (w tej roli Luke Macfarlane). Mężczyzna ma za sobą traumatyczną przeszłość, która pchnęła go prosto w ramiona obłędu. Przez lata przetrzymywany był w szpitalu psychiatrycznym, gdzie poddawano go „leczeniu” prądem. Kiedy doktor prowadząca terapię Harrisa wydaje oświadczenie o powrocie do zdrowia, na lokalną społeczność pada blady strach. Powrót „Lalkarza” w rodzinne strony najbardziej oburza Decherta (Michael Madsen) – policyjnego starego wygę, który chce przeprowadzić osobistą wendetę i dowieść, że Harris wciąż jest niepoczytalny. Zabójca zamieszkuje w domu odziedziczonym po ekscentrycznym wuju i próbuje poskładać swoje życie do kupy. Zaczynają prześladować go demony przeszłości.

RockPaperScissors02

     Muszę przyznać, że recenzowany film miałem na celowniku od ponad roku. Gdy tylko zaczęły pojawiać się doniesienia o nowym horrorze Toma Hollanda – twórcy oryginalnej „Laleczki Chucky” i „Postrachu nocy” – wiedziałem, że będzie on wart obejrzenia, nawet jeśli poziomem nie dorówna innym pozycjom figurującym w CV reżysera. „Rock, Paper, Scissors” powstał bowiem w wyniku współpracy Hollanda z Victorem Millerem. To nieoficjalny „ojciec” Jasona Voorheesa i scenarzysta pierwszego „Piątku, trzynastego”. Gdyby Tobe Hooper nakręcił slasher na podstawie skryptu pióra Wesa Cravena, efekt byłby podobny: to po prostu obejrzałby każdy fan kina grozy. Czy „RPS” zasłuży sobie na przeliczne sequele i urośnie do rangi filmu kultowego? Napiszę bez owijania w bawełnę: na pewno nie. Jeśli widzowie nie zapomną o nim za dwa miesiące, to będzie rozpatrywany w kategoriach intrygującej porażki. To horror raczej nieudany i tandetny, oparty na mało wiarygodnych zwrotach akcji, za to owinięty grubą warstwą cenionej dziś nostalgii.

Czytaj dalej Wewnętrzne demony seryjnego mordercy. [„Rock, Paper, Scissors” aka „Rock Paper Dead”, 2017]

Para mieszczuchów kontra obłąkany wieśniak Dennis Quaid. [„The Intruder”, 2019]

     Dennis Quaid powoli staje się drugim Nicolasem Cagem. Dawno nie zagrał w naprawdę dobrej produkcji – jeśli już to w guilty pleasures – a jego kolejne role stają się coraz bardziej przerysowane. W „Intruderze” grany przez Quaida bohater sprawia wrażenie nieślubnego dziecka Jacka Torrance’a oraz Brenta Ryana z „Mamy i taty”. Poznajemy go, gdy próbuje sprzedać sąsiadującą z lasem posiadłość. Problem w tym, że Charlie nie ma zamiaru opuścić swego domu – nawet po przybyciu nowych lokatorów.

TheIntruder2

     „The Intruder” wyreżyserowany został przez Deona Taylora – twórcę wielu kiepsko przyjętych horrorów, a także parodii „Meet the Blacks”, która starała się obśmiać rasizm, ale ostatecznie sama wrzała od uprzedzeń i szkodliwych stereotypów. Nowy projekt Taylora ma nad poprzednimi tę przewagę, że na jego realizację wyłożono odrobinę więcej budżetu, przez co całość – nawet jeśli odbiega od filmowej klasy „A” – z powodzeniem mogła wybić się z rynku direct-to-VOD. Film wygląda nieźle, bo producentom udało się znaleźć imponującą, śródleśną lokalizację, z ponad stuletnią willą na czele. Ogląda się go – podobnie – nie najgorzej, głównie dzięki przegiętej roli Quaida i wybuchom jego obłędu. Jeśli rekomendacja rzędu: „oglądalny” dużo dla Was znaczy, dajcie „Intruderowi” szansę. Wiedzcie tylko, że to historia oparta na sprawdzonych schematach i podczas seansu może towarzyszyć Wam poczucie déjà vu.

Czytaj dalej Para mieszczuchów kontra obłąkany wieśniak Dennis Quaid. [„The Intruder”, 2019]

Do trzech razy sztuka. [„Annabelle wraca do domu”, 2019]

     Dopiero co gościliśmy w kinach Chucky’ego, a na horyzoncie już pojawił się kolejny horror o morderczej lalce: mowa oczywiście o „Annabelle wraca do domu”. Zabawki opętane przez diabelskie moce są w tym roku bardzo trendy, czemu dowodzi też inna nadchodząca premiera, „Brahms: The Boy 2” (na ten sequel będziemy musieli zaczekać do grudnia). Powtarzalność wcale nie musi być dla kina grozy ułomnością. Wystarczy wspomnieć pozycje, które okazały się sukcesem, choć zbudowano je na kanwie najprostszych motywów: „Pyewacket”, „Terrifier”, nawet „Nieznajomych: Ofiarowanie”. Seria „The Conjuring” też żongluje sprawdzonymi schematami i zaskarbiła sobie tytuł jednej z najbardziej dochodowych w swym gatunku. Pięć lat temu widzieliśmy pierwszą „Annabelle”, a przed dwoma laty – jej bardziej udaną kontynuację. Stara maksyma mówi: do trzech razy sztuka. Niestety, tym razem czarodzieje z Warner Bros. raczej nikogo nie nastraszą.

AnnabelleComesHome1

     Prolog „Annabelle wraca do domu” budzi apetyt na pełnokrwisty, dosadny horror. Po ekranie spływają wielkie, karminowe litery, składające się na tytuł filmu i chwilę później mkniemy już samochodem przez ciemną, spowitą w mgle drogę. Za kierownicą siedzi Ed Warren, tuż obok – jego żona Lorraine (niezmiennie: duet Patrick Wilson-Vera Farmiga). Para nieustraszonych demonologów wraca do domu z nowym nabytkiem: tytułową lalką. Gdy okazuje się, że przeklęta kukła potrafi kontrolować otaczającą ją przestrzeń, Ed niemal ginie w wypadku. Warrenowie zamykają Annabelle w szklanej gablocie, święcą jej sarkofag przy pomocy egzorcysty, a swojej córce zakazują schodzenia do piwnicy. Judy (Mckenna Grace) pilnie przestrzega rodzicielskich nakazów, ale jej opiekunki mają inne plany. Pod nieobecność Warrenów chcą obejrzeć pokój potworności, gdzie ukryte są nawiedzone przedmioty z całej Ameryki. Jak wiadomo, ciekawość to pierwszy stopień do piekła.

Czytaj dalej Do trzech razy sztuka. [„Annabelle wraca do domu”, 2019]

Let the festivities begin. [„Midsommar. W biały dzień”, 2019]

     Ari Aster szybko powrócił na ekrany ze swoim nowym filmem: jego pełnometrażową pierwocinę, „Dziedzictwo. Hereditary”, wprowadzono do kin niewiele ponad rok temu. W swoim debiucie przedstawił reżyser historię rodzinnej tragedii, której bogowie przypisali bardzo złowrogi cel – i „Midsommar” poniekąd rozpoczyna się nawiązaniem do tego filmu. Główna bohaterka, Dani Ardor (Florence Pugh), traci rodziców i siostrę, cierpiącą na zaburzenia afektywne-dwubiegunowe. Sama też zaczyna borykać się z problemami natury emocjonalnej, jest przekonana, że została na świecie sama. Ważną rolę w jej życiu pełni już tylko Christian (Jack Reynor) – oschły i zdystansowany chłopak, którego stać wyłącznie na puste obietnice. Para wyrusza do Szwecji, by tam odwiedzić osadę, z której pochodzi ich wspólny kolega. Położona z dala od cywilizacji wioska zamieszkana jest przez tajemniczy kult.

MidsommarWBialyDzien3.jpg

     Czarna rozpacz łykającej leki psychotropowe Dani przypomina rozterki, z jakimi w „Hereditary” mierzyła się Toni Collette. Oba filmy garściami czerpią ze stylistyki folk horroru – ten nowszy, oczywiście, bardziej, bo jeszcze przed premierą obwołano go jako połączenie „Wicker Mana” oraz „Czarnoksiężnika z Krainy Oz”. „Dziedzictwo” mieszało grozę z dramatem rodzinnym, a w „Midsommar” przeplatają się horror i dramat post-breakupowy. Wątek folklorystyczny zarysowany został zgodnie z klasycznymi wzorcami: członkowie wioski Hälsingland żyją w harmonii z naturą, ale ich ziemskie szczęście okupione jest brutalnymi rytuałami, które amerykańscy turyści poznają dopiero po przybyciu na miejsce. Jako horror wpisuje się „Midsommar” w nurt filmów o strasznej Europie, gdzie cudzoziemcy wiecznie ściągają na siebie kłopoty: dwa lata temu prąd ten dopłynął do Skandynawii i w efekcie powstał „Rytuał” Davida Brucknera – którego tytuł mówi sam za siebie. Ważniejszy pozostaje jednak wątek toksycznego związku między Dani a Christianem. Dziewczyna z trudem zwraca na siebie uwagę ukochanego, który lepiej odnajduje się wśród kumpli ze studiów. „Midsommar” to film o jednostronnej potrzebie empatii i próbie przebicia wewnętrznej tarczy, jaką osłaniają się niektórzy mężczyźni. Nieszczęsna Dani przekonuje się, że związek z Christianem jest równie martwy, jak jej rodzice.

Czytaj dalej Let the festivities begin. [„Midsommar. W biały dzień”, 2019]