Życie jak film. [„Nightmare Cinema”, 2018]

     Infantylnie śmieszna i przeszywająco upiorna, superkrwawa i telewizyjnie zachowawcza. Taka właśnie jest antologia „Nightmare Cinema”, w której Mickey Rourke wciela się w postać podejrzanego Kinooperatora. Na jego sali pokazywane są filmy zadziwiająco osobiste i odzwierciedlone w rzeczywistości: przekonuje się o tym grupa nieszczęśników, na ekranie oglądających właściwie siebie samych. Brzmi to wszyscy bardzo surrealistycznie, choć całość jest mniej wydumana niż na przykład „The Theatre Bizarre” z 2011 roku.

NightmareCinema4

     „Nightmare Cinema” to efekt współpracy pięciu skrajnie różnych reżyserów, między innymi Ryūheia Kitamury i Joe Dantego. Historie średnio przystają do siebie nawzajem, a przeplatający kolejne segmenty wątek Kinooperatora jawi się jako pomysł nierozwinięty, umieszczony w filmie z konieczności (ktoś przecież musi wyświetlać bohaterom ich własne koszmary na dużym ekranie). W anglojęzycznych recenzjach filmu często przewija się zwrot „mixed bag” i myślę, że dużo mówi on tym, czy udało się twórcom skleić tych kilka opowiastek, nadając im zwarty kształt. Dwa segmenty są udane, reszta – nie do końca.

     W „The Thing in the Woods” maniak w masce spawacza morduje grupę dzieciaków podczas ferii wiosennych. Short ten zaczyna się właściwie w trzecim akcie przeciętnego slashera: dziewczyna ucieka przed zabójcą przez mroczny lat, ale trafia na zmasakrowane zwłoki i zaczyna wrzeszczeć wniebogłosy. Zdradza swoje położenie, przewraca się, rzecz jasna – nie potrafi powstać na równe nogi. Dalsze sceny są mniej oczywiste, a to, kto zabija małolatów, szczerze zaskakuje. „The Thing in the Woods” stanowi dekonstrukcję klasycznego kina slash-and-hack, miesza horror z fantastyką naukową – taką B-klasową, rodem z lat pięćdziesiątych. Nie powiem: wyszło jajcarsko i pomysłowo.

     Jeszcze lepszy okazuje się segment czwarty, „This Way to Egress”, w którym zmęczona życiem matka odwiedza lekarza-psychiatrę. Kobieta zaniepokojona jest zachowaniem swych synów, a dookoła ukazują się jej demoniczne twarze. Miejsce, które powinno przynieść jej ukojenie, wyjęte jest jakby z filmu Davida Cronenberga. Reżyser David Slade stawia Helen (Elizabeth Reaser) w obliczu napierającej opresji, a niepokojącym zdarzeniom i wewnętrznym rozterkom bohaterki przygląda się chłodnym okiem. Młoda mama znajduje się w kafkowskiej sytuacji: pilnie potrzebuje pomocy, a spotyka się z zagrożeniem – wydaje się, że z przychodni, w której zawitała, nie ma wyjścia. „This Way to Egress” to epizod o imponującym sznycie wizualnym, obszar planu zdjęciowego przedstawiający w sposób obłędnie melancholijny, a chwilami niemal dantejski. Szkoda jedynie, że nazbyt otwarte zakończenie spłyca wymowę przytoczonej historii.

NightmareCinema3

     Na „Nightmare Cinema” składają się jeszcze trzy segmenty: „Mirari” – o piekle operacji plastycznych, „Mashit” – o opętaniu w katolickiej szkole, oraz „Dead” – historia, którą zamkniemy w czterech, klasycznych słowach: „I see dead people”. O ile ostatni z nich przejawia walory produkcji telewizyjnej i zwyczajnie śmieszy lichotą niektórych efektów specjalnych, o tyle „Mashit” przejawia jeszcze jakieś ambicje. Epizod ten wyraźnie nawiązuje do estetyki horrorów Dario Argento (z „Suspirią” na czele), a przedstawioną w nim jatkę niektórzy widzowie uznają za obrazoburczą – oglądamy, jak uzbrojony w krucyfiks księżulo wybija grupę małych dzieci o demonicznych licach. Wraz z upływem czasu nasila się jednak tandeta scenariusza, groteska sięga zenitu, a silnik napędzający spiralę kiczu rozpalony zostaje do czerwoności. To typ throwback horroru, który zamiast opiewać włoskie szaleństwo, chce je prześcignąć. A przecież nie da się przebić tego, co już zapisało się w świadomości jako świętość.

     „Nightmare Cinema” powinno sprawić radość tym kinomanom, którzy wiedzą, jakimi prawami rządzą się upiorne antologie. Projektowi temu bliżej jest do serialu „Masters of Horror” niż do klasy „Creepshow” (1982) lub „Tales from the Crypt” (1972). Nie nadano filmowi jednolitego tonu, nie wszystkie historie mają tę samą siłę, co inne – nie wszystkie w ogóle tu pasują.

     Albert Nowicki – dziennikarz, tłumacz i copywriter, absolwent studiów filmoznawczych Instytutu Sztuki PAN. Miłośnik kina, zwłaszcza filmowego horroru. Jego teksty pojawiały się między innymi na łamach serwisów Filmweb, Movies Room oraz Filmawka. Blog His Name is Death prowadzi nieprzerwanie od 2012 roku.

NightmareCinema5

5 i pol

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s