Szyk, sznyt, przeklęta sukienka. [„In Fabric”, 2018]

     Dentley & Soper’s nie jest zwykłym domem towarowym. To imperium wysokiej klasy mody, swoich klientów rozpieszczające doskonałym krojem i elegancką galanterią. Tutejsze przymierzalnie górnolotnie określono jako „Strefę Transformacji”, a ekspedientki żyją po to, by obsługiwać gości sklepu – i szeptać im do uszu egzaltowane frazy. Niczym Alicja z Krainy Czarów gubi się w D&S samotna matka, Sheila (Marianne Jean-Baptiste), poszukująca idealnego przyodzienia na romantyczne tête-à-tête. Pod swoje skrzydła bierze interesantkę panna Luckmoore (Fatma Mohamed) – najbardziej ekscentryczna ze sklepowych.

InFabric1

     „In Fabric” w reżyserii Petera Stricklanda w całości utkany został z surrealizmu i atmosfery magiczności, a Luckmoore to najciekawsza postać w całym filmie. Kobieta bez ustanku operuje wyolbrzymionymi gestami, porusza się w sposób teatralny, ponadto przejawia skłonność do komicznego chwilami manieryzmu: urywają się z jej ust słowa „większe od rzeczywistości” i stanowczo niepasujące do kontekstu sytuacji. Gdy Sheila postanawia zmierzyć najładniejszą z kiecek – właściwie główną bohaterkę filmu – sprzedawczyni wygłasza jednym ciągiem: „garderoba oczekuje twojej wizyty; stań się jednym z suknią, zjednajcie się w chwili czystego cudu”.

     Nowy horror reżysera „Berberian Sound Studio” w znacznej mierze pozbawiony jest racjonalizmu i wyjaśnień w ogóle – opowiada o przeklętej sukience, która przynosi zgubę swoim posiadaczom – co sprawia, że oglądamy dzieło metafizyczne, o dziwnie poetyckim rytmie. Nie interesują Stricklanda proste odpowiedzi, informacje, dlaczego kawałek materiału może doprowadzić do czyjejś śmierci, nie zostają ujawnione. W domu towarowym, a zwłaszcza jego podziemiach, panuje piekielna atmosfera, zaś same ekspedientki przypominają neogotyckie czarownice. Ewidentnie obdarzono je mocami nadnaturalnymi: sklepikarki potrafią hipnotyzować swoich klientów i zachęcać ich do zakupów przy pomocy prostego skinienia rąk. Czarodziejskie zdolności podkreśla też montaż dźwięku i obrazu, najbardziej w scenie, gdy zawieszona suknia „sama z siebie” wierzga po metalowym wieszaku (strasząc przy tym otumanioną Sheilę), a w ruch wprawia ją Luckmoore – pogrążona w spazmatyczno-opętańczym tanie, gdzieś na ustroniu sklepu.

InFabric3

     Podobnie jak poprzednie projekty Stricklanda, okazuje się „In Fabric” horrorem magnetyzującym wizualnie, szalenie pieczołowitym, jeśli chodzi o kompozycję kadrów, plastyczność przestrzeni ekranowej. Film przemyślany jest w każdym detalu, a jego stylistyka rodem z lat siedemdziesiątych – i sąsiednich – w niejednym sercu rozpali szczerą nostalgię. „In Fabric” to bowiem straszak w wydaniu retro, najgłośniej przemawiający w języku art-house’owym, ale też dużo czerpiący z Euro-schlocku. W efekcie powstało dziwadło zawieszone między przeszłością, czasami kina giallo a modnym dziś art-horrorem – film budzący oczywiste skojarzenia zarówno z „Sei donne per l’assassino” Mario Bavy, jak i dystrybutorskim katalogiem A24. Upaja reżyser nasze zmysły oniryczną muzyką, pięknie wydzierganymi ujęciami i bogatą kolorystyką, choć w ofercie ma też seks i krew. Jedna z najlepszych w filmie sekwencji to ta erotyczna, z udziałem na wpół ożywionego manekina. To moment bardzo cielesny, wyzywający, lecz nie wulgarny, równie wyrafinowany, jak zabawy sado-maso w „Duke of Burgundy. Regułach pożądania”.

     Podejmuje Strickland w swym nowym filmie takie tematy, jak odwieczna walka płci, segregacja kobiet, wreszcie kult konsumpcjonizmu, jednak całość nie jest przeintelektualizowana: poznajemy w końcu historię zabójczej sukienki. Reżyser uderza w klawisze komediowe. Przedstawia jedynego na świecie hydraulika, który nie daje się uwieść pani z nieszczelną rurą; każe nam słuchać jego nudnych, inżynierskich wywodów, odbierających mu całą jurność, kojarzoną z jego zawodem. Mieszają się w „In Fabric” akcenty humorystyczne i quasi-dramatyzm, miesza się groza całkiem stonowana i ta ciut bardziej slasherowa – by nie napisać ordynarna. Przez to wszystko film sprawia wrażenie jeszcze bardziej eksperymentalnego niż „Berberian Sound Studio”. W drugiej połowie całość nieco się „rozjeżdża”, a wprowadzenie do scenariusza zupełnie nowej postaci wyda się niektórym chybioną zagrywką. Po seansie towarzyszy jednak widzowi poczucie, że obejrzał film symboliczny, oryginalny i zwyczajnie frapujący. Nie okrzyknę „In Fabric” mianem kinowego haute couture, ale to wciąż materiał nad wyraz stylowy.

     Albert Nowicki – dziennikarz, tłumacz i copywriter, absolwent studiów filmoznawczych Instytutu Sztuki PAN. Miłośnik kina, zwłaszcza filmowego horroru. Jego teksty pojawiały się między innymi na łamach serwisów Filmweb, Movies Room oraz Filmawka. Blog His Name is Death prowadzi nieprzerwanie od 2012 roku.

InFabric2

7-i-pol

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s