Maski, opuszczone magazyny i piły łańcuchowe. [„Dom strachów” aka „Haunt”, 2019]

     Około dziesięć lat temu Eli Roth zaręczał widzom, że weźmie do poprawki „Lunapark” Tobiego Hoopera i nakręci jego remake. Niektórzy potraktowali te słowa jak groźbę… Dekadę później śmiało można powiedzieć, że plany Rotha spaliły na panewce, choć powstał inny projekt, o podobnie karnawałowym wydźwięku: „Haunt”, w Polsce szykowany do wydania pod tytułem „Dom strachów”. W obu filmach grupa nastolatków próbuje uciec ze szczelnie zamkniętego parku rozrywki, odpierając przy tym ataki maniakalnych morderców. Brzmi znajomo? Zdecydowanie – i w tym właśnie tkwi siła zarówno „Lunaparku”, jak i tegorocznego „Haunt”.

Haunt-03

     W wyprodukowanym przez Rotha slasherze prowadzeni jesteśmy korytarzami tytułowego Domu Strachów, do którego wkroczyć odważą się tylko spragnieni adrenaliny twardziele. Problem polega na tym, że mogą nie wyjść z niego żywi. Obiektem zarządzają nie tyle obrotni przedsiębiorcy, co inteligentni sadyści, a „odgrywający” kolejne okropności aktorzy bynajmniej nie ukończyli szkoły teatralnej. W swych rolach są zresztą nader przekonujący… Budynek to matnia bez możliwości ucieczki, a polowanie na klientów sprawia jego właścicielom bezwstydną radość. W noc halloween zbrodnicze zamiary pracowników pozna ekipa zblazowanych studentów college’u.

     „Dom strachów” to horror przyjemnie i mobilizująco swojski: od pierwszych chwil zachęca do uczestnictwa w zabawie, której kanon jest doskonale znany. Nie oznacza to jednak, że zbudowano film na fundamencie złożonym z samych tylko klisz – przeciwnie, przez scenariusz przewija się satysfakcjonująca porcja plot twistów, fabularnych ślepych uliczek. Mój ulubiony zwrot akcji przypada na ścisły finał, który jest na równi przewrotny i rozładowujący emocje („let’s take off your mask!”). „Dom strachów” daje swym widzom dokładnie to, czego najprawdopodobniej oczekiwali: a więc rozlew krwi i pogonie po upiornym budynku, dużo świetnie ukartowanej rozrywki i dostateczną dawkę suspensu. Gore bije po oczach bez hamulców pruderii, jesienno-halloweenowa aura wręcz wylewa się z ekranu, humor nie bierze góry nad sytuacją, choć wpleciono go w scenariusz (jeden z chłopaków chciał przebrać się za Ludzką Stonogę, ale od pomysłu wymigali się jego kumple). Nie od dziś wiadomo, że cnotami każdego dobrego slashera są prostota i praktyczność. Wiedzieli o tym także twórcy „Domu strachów”: ich film jest nieskomplikowany, lecz nie ociera się o banał.

Haunt-02

     Za reżyserię „Haunt” odpowiadają Scott Beck i Bryan Woods – wciąż płynący jeszcze na fali sukcesu, jaki spotkał „Ciche miejsce”. Duet nadal potrafi niepokoić – równie umiejętnie, jak zrobił to rok temu oraz przed czterema laty („Nightlight”). Creepfactorowe są już sceny otwierające film, pokazujące przygotowania do wieczornej rzezi i ostrzenie magazynowych narzędzi. Świetnie przedstawiono „wielkie wejście” głównego bohatera, czyli samego Domu. Dzieciaki zatrzymują się na zboczu wiejskiej drogi i gaszą światła samochodu w obawie przed pick-upem, który ponoć za nimi podąża. Zapada martwa cisza, czekamy na śledzące nastolatków auto. Nagle jednak zapalają się neonowe lampki na kierunkowskazie: wypatrując wyimaginowanego psychopaty, bohaterowie stanęli przy wjeździe na ukrytą posesję. Opromieniony znak układa się w słowa „haunted house”. Poszukiwania miejscówki na zabawę można uznać za zakończone.

     Pracownicy Domu noszą maski klauna, diabła czy wiedźmy. Po raz kolejny objawia się tu umiłowanie do prostoty, która przecież potrafi być efektowna: kiedy czarne charaktery przestaną kryć twarze za kawałkiem plastiku, aż Was oczy zapieką. Dużo bardziej wielopłaszczyznowa jest przestrzeń planu zdjęciowego. Dom strachów układa się w koszmarną sieć korytarzy, labiryntów, tuneli i oczywiście zabójczych pomieszczeń – które płoną w ostrych, złowieszczych kolorach. Świetny jest pomysł z trzema trumnami, za którymi ukryte jest przejście do dalszych „atrakcji”; właściwie wszystkie pokoje mają swoje upiorne przeznaczenie, a scenografom trudno odmówić kreatywności. Jedna z bohaterek trafia do escape roomu, który rozbudzi w niej dawne traumy; inna postać zmuszona jest do wędrówki przez hol pełen manekinów w białych prześcieradłach. Pod którąś z płacht musi czaić się uzbrojony maniak…

Haunt-04

     Role przodujące grają w „Haunt” aktorzy szerzej nieznani – wyjątkiem jest tylko Katie Stevens, którą parę miesięcy temu widzieliśmy w „Polaroidzie”. Mimo to wszyscy wypadają wiarygodnie i naturalnie, a do tego wcielają się w postaci ciut inteligentniejsze niż te z większości slasherów. Dzieciaki z „Domu strachów” wiedzą, że podzielone skazane są na przegraną – rozchodzą się w różne strony tylko wtedy, gdy nie mają innego wyboru, na przykład ścigane przez zabójcę. Z grona bohaterów najwięcej uwagi skupia na sobie Harper (Stevens) – nasza final girl o męskim imieniu, która odnajduje w sobie pokłady niezwykłej siły i przechodzi wewnętrzną przemianę. Dziewczyna wychowała się właściwie w „nawiedzonym domu” – skażonym przemocą i wiecznie chaotycznym. U progu dorosłości pchana jest w ramiona toksycznych mężczyzn: świadczy o tym przykryty warstwą makijażu siniak na policzku. Kiedy jeden z morderców zapędza Harper w kozi róg, pada ona na kolana i ze łzami w oczach wyrzuca: „proszę, nie krzywdź mnie, Sam”. Sam to imię jej chłopaka… Jako dziecko Harper nie mogła poradzić sobie z agresją ojca – była wobec niej bezradna. Dramatyczne wydarzenia, w których giną jej koledzy, sprawiają, że bohaterka stawia czoła dawnym urazom. Rozdrapuje wprawdzie blizny, ale paradoksalnie nowe rany pomogą jej stanąć na nogi.

     Poza „Lunaparkiem” padają w filmie odwołania do „Nocy żywych trupów” i „Hostelu” (także z repertuaru Eliego Rotha). Przywołany zostaje też jeden z najbardziej halloweenowych kawałków w historii – „Dragula” – choć śpiewany jest nie przez Roba Zombiego, a Lissie. Jej akustyczna, dziwnie teatralna wersja znanego przeboju będzie Wam siedziała w głowie jeszcze kilka dni po seansie. Fabuła „Haunt” może brzmieć rutynowo, ale to horror dużo lepszy niż na przykład „The Houses October Built” czy ubiegłoroczny „Hell Fest”.

   Recenzja znajduje się także na stronie Filmawka.pl, pod niniejszym odnośnikiem. Zapraszam do śledzenia swojego profilu w tym serwisie.

     Albert Nowicki – dziennikarz, tłumacz i copywriter, absolwent studiów filmoznawczych Instytutu Sztuki PAN. Miłośnik kina, zwłaszcza filmowego horroru. Jego teksty pojawiały się między innymi na łamach serwisów Filmweb, Movies Room oraz Filmawka. Blog His Name is Death prowadzi nieprzerwanie od 2012 roku.

Haunt-05

08

3 myśli w temacie “Maski, opuszczone magazyny i piły łańcuchowe. [„Dom strachów” aka „Haunt”, 2019]”

      1. Nie znam, to coś jak Netflix? 😛
        Zazdro, z ciekawości, faktycznie tak fajnie tam, jak to sobie można wyobrazić?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s