Forever and ever. [„Koko-di Koko-da”, 2019]

     Pogrążeni w żałobie Tobias i Elin wyruszają pod namiot, aby zbliżyć się do siebie i spróbować uratować rozpadające się małżeństwo. Na miejscu, zamiast wyczekiwanej sielanki, zastają troje cyrkowych artystów, którzy wciągają ich w wir okrucieństwa, upokorzeń i psychicznego terroru (opis dystrybutora).

Koko-di Koko-da1

     Europejskie kino artystyczne słynie z filmów, które łamią tradycje narratologiczne, i „Koko-di Koko-da” Johannesa Nyholma wpisuje się w ten nurt. Historia rozpoczyna się w sposób dobrze znany – oto para małżonków popada w rozpacz po śmierci córki – ale fabuła szybko przyjmuje nielinearną trajektorię. Nyholm opowiada swój horror metodą, jakiej nie wypracował jeszcze żaden inny reżyser: niby przyjmuje konwencję snu we śnie, ale to nie do końca to, niby zapętla senne majaki i mówi o kontrolowaniu nocnych złudzeń, ale właśnie – akcent pada na słowo „niby”. Szwedzki artysta (twórca krótkometrażowego „Olbrzyma”) nie przestrzega klasycznych reguł narracyjnych. Jego film to surrealny obraz rodzicielskiego piekła na ziemi; historia, w której bohaterowie kierują się przeczuciami, a nie rozumem – dają się porwać własnemu strachowi i próbują się z nim skonfrontować. To w tym kluczu należy „Koko-di Koko-da” odczytywać.

     Tobias i Elin zaszywają się głęboko w leśnej kniei, gdzie nikt nie będzie słyszał ich płaczu. Okazuje się, że okazji, by ronić łzy, będzie więcej, niż pierwotnie bohaterowie zakładali. Znikąd wyłania się tercet objazdowych artystów o sadystycznych zamiarach. Niecne uczynki tych postaci przywodzą na myśl skrajnie różniące się od siebie horrory: „Funny Games” oraz „Dom tysiąca trupów”. Z drugiego czerpie też Nyholm w warstwie wizualnej, o czym świadczy kilkukrotnie powtarzane ujęcie sponad głów: widzimy, jak kudłata oprawczyni trzyma Tobiasa na celowniku, długo jednak nie oddając strzału. Niemal identyczna scena znalazła się w filmie Roba Zombiego – zagrali w niej Bill Moseley i Walton Goggins.

Koko-di Koko-da4

     „Koko-di Koko-da” jest jak koszmar, z którego nie można się uwolnić: są spore szanse, że zapewni Wam choć kilka nieprzespanych nocy, sprawi też, że długo nie będziecie chętni na biwakowanie. Specyficzny styl narracji powoduje, że na ekranie może wydarzyć się właściwie wszystko, w każdej chwili. Bohaterowie giną po wielokroć – za każdym razem z rąk diabolicznych prześladowców – a potem wracają do życia, by znów przeżywać ten sam horror. Przetrwają dopiero wówczas, gdy postanowią trzymać się razem (co zgrabnie podsumuje scena finałowa). „Koko-di Koko-da” to filmowa metafora żałoby, burzącej rodzinę od wewnątrz, a reżyser opowiada o traumach, które są tak trudne do przepracowania. Filmów grozy o podobnym rysie fabuły teoretycznie powstało już parę, ale Nyholmowi udało się nakręcić jeden z oryginalniejszych. Posługuje się reżyser językiem baśni, miesza art-house’owy dramat z klaustrofobicznym, opresyjnym straszakiem.

     Ton „Koko-di Koko-da” jest szalenie depresyjny, a chwilami wręcz nihilistyczny; złowieszcze są ujęcia nocnego i wczesnoporannego lasu, który oświetlany bywa tylko przez światła samochodu. Zdjęcia są „mokre” i nieprzyjazne, sprzyja im mgliste miejsce akcji oraz dżdżyste powietrze, roztaczające się przed kamerą. Jest „Koko-di Koko-da” horrorem naturalistycznym, a rozedrgana, odręczna praca kamery pozwala wejść w skórę zbłąkanych postaci. Choć Nyholm stawia na strach podskórny, zakorzeniony w prozie życia, nie brakuje w jego filmie ani upiorności, ani plugastwa. Bardzo inwazyjna jest scena, w której rottweiler spija mocz z okolic krocza Elin; pakiet nieprzyjemnych emocji budzi też moment, gdy nieokrzesany olbrzym tańczy z nią, a ta nieprzytomnie zwisa mu z ramion, jak marionetka. Do tego dochodzi jeszcze przeklęta melodyjka z pozytywki, która za nic nie opuści Waszych głów, choćbyście bardzo tego chcieli…

     Albert Nowicki – dziennikarz, tłumacz i copywriter, absolwent studiów filmoznawczych Instytutu Sztuki PAN. Miłośnik kina, zwłaszcza filmowego horroru. Jego teksty pojawiały się między innymi na łamach serwisów Filmweb, Movies Room oraz Filmawka. Blog His Name is Death prowadzi nieprzerwanie od 2012 roku.

Koko-di Koko-da3

07

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s