Jeśli blada śmierć. [„Lighthouse”, 2019]

     Dobra passa Roberta Eggersa trwa w najlepsze: po „Czarownicy” nakręcił on kolejny art-house’owy horror, który zjednał sobie widzów i krytyków. W „Lighthouse” dwoje strażników morskich zostaje wysłanych na skalistą wysepkę pośrodku wód. Mają doglądać tutejszej latarni i wykonywać szereg żmudnych prac fizycznych, między innymi w stojącej obok kotłowni. Izolacja i spartańskie warunki powodują, że bohaterzy stopniowo popadają w paranoję. Film już od pierwszych minut przepojony jest ciężką do określenia, złowrogą aurą: wywołuje uczucie fatalizmu, zapowiada nadejście zguby. Postaci chłostane są przez strugi deszczu i wszechobecne fale rozjuszonego oceanu, a Eggers karmi nasze lęki zabobonnymi wierzeniami: przebąkując, że nie wolno zabijać mew – bo przynosi to pecha – albo strasząc wzmianką o poprzednim latarniku, który odebrał sobie na wysepce życie.

TheLighthouse04

     „Lighthouse” toczy się w Nowej Anglii u schyłku XIX wieku. To kolejny, po „Czarownicy”, post-horror – wymykający się ramom gatunku, flirtujący z kinem psychologicznym – a przy tym film równie surowy i intuicyjny. Zupełnie jak w poprzedniej pozycji Eggersa, w „Lighthouse” również przedstawione zostają zwierzęta jako symbol zatracenia, swego rodzaju złe fatum: gdy z ludzkiej winy dogorywa jeden z ptaków, na wyspie zaczyna dochodzić do upiornych zdarzeń. Tam jednak, gdzie „The VVitch” czarowała powściągliwością, nowy film reżysera umiejętnie szokuje. „Lighthouse” to projekt mniej oszczędny, wyrazistszy technicznie, suto zaprawiony ciętym dowcipem, który wcale nie koliduje z dramatyzmem scenariusza. Sposób jego montażu to w istocie atak na zmysły odbiorcy, ale dzięki temu wykazuje film rytm typowy dla koszmaru nocnego.

     Montażystka Louise Ford zwłaszcza w drugim akcie przedstawia „Lighthouse” jako serię napastliwych, często wulgarnych kadrów. Niech Was jednak te słowa nie zdeprymują: chwile zaskakującego plugastwa tylko filmowi służą, dodają mu cielesności i ekspresji. W scenach surrealnych wizji przeplatają się ujęcia seksu między mężczyzną a syreną, latarni spęczniałej niczym falliczne monstrum, zwierzęcej onanizacji w najmniej ku temu sprzyjających warunkach. Przez ułamek sekundy gości też na ekranie całkiem nagi Willem Dafoe, którego oczy iluminują skrzącym blaskiem nie z tego świata – Eggersa ewidentnie zainspirował obraz „Hipnoza” niemieckiego modernisty Saschy Schneidera. Ciężko jednoznacznie ocenić, co dzieje się w filmie naprawdę, a co może być wymysłem rozgorączkowanych głów: poczucie zamętu dodatkowo komplikują niefiguratywny montaż dźwięku oraz ciągła intensyfikacja hulających na wyspie, śródmorskich odgłosów.

TheLighthouse05

     Willem Dafoe i Robert Pattinson zdobywają się w filmie na prawdziwy tour de force aktorskiego kunsztu. „Lighthouse” to miks dramatu psychologicznego oraz schizofrenicznego filmu grozy, po którym naprawdę ciężko się otrząsnąć. Role obu wykonawców były szalenie wymagające i zapiszą się w historii jako wybitne. Pattinson ostatecznie zrywa z łatką wymuskanego wampira: u Eggersa nic nie jest w nim ładne, ani pochlebcze – to występ, który kole w oczy, w najlepszym tych słów ujęciu. Jako Ephraim Winslow nie przypodoba się aktor większości nastolatek, może za to liczyć, że kreacja będzie dla niego przepustką do pracy z najlepszymi reżyserami. Dafoe odgrywa rolę Wake’a z typową dla siebie, niepohamowaną brawurą i dziarskością; na niemal dwie godziny staje się urągliwym wilkiem morskim – nikogo innego w nim nie widzimy. Jest też skończonym alkoholikiem ze skłonnością do sadyzmu. Traficie w „Lighthouse” na sceny, w których Dafoe przez parę minut ani razu nie mruga oczami, choć z jego źrenic ciskane są błyskawice. Za przykład może posłużyć „modlitwa” Wake’a, kierowana do Neptuna, boga mórz. Aktor piłuje przed towarzyszem niedoli gębę, a z ust niemal toczy mu się piana. Sztorcuje młodzieńca, bo ten nie docenił jego umiejętności kulinarnych, a im bardziej zanosi się w wyolbrzymionym gniewie, tym mocniej przypomina Jacka Nicholsona w „Lśnieniu”. To jeden z najlepszych momentów filmu, a obłędny wybuch Dafoe nakręcono w jednym tylko ujęciu.

     Siłą filmu są liryczne, dalece niedzisiejsze dialogi, które garściami czerpią z prozy Hermana Melville’a. Odwołuje się również Eggers do mitologii klasycznej, postać Pattinsona ukazując przez pryzmat mitu o Prometeuszu. Winslow próbuje bowiem sprzeciwić się Wake’owi, któremu nadano cechy boskiego zwierzchnika, i za wszelką cenę chce poznać, jaki sekret skrywa tytułowa latarnia. Wake strzeże światła, tlącego się na szczycie wieży – gdy młodszy pomagier nagabuje go o wstęp do środka, budzi się w nim agresja. W kontekście tego wątku nie bez znaczenia pozostaje też motyw kary za nieposłuszeństwo – przywołany przez reżysera w zimnym i okrutnym finale.

TheLighthouse06

     „Lighthouse” jest filmem stylowo mrocznym, zawieszonym gdzieś między jawą a fantazją. Enigmatyczny, w znacznej mierze niedopowiedziany, podporządkowany został poetyce snu i może wkupić się w łaski fanów Lovecrafta. Pobrzmiewa tu również osobliwy styl Ingmara Bergmana, a estetycznie budzi „Lighthouse” skojarzenia z epoką kina niemego. Film stanowi wyjątkowe doświadczenie wizualne: wzorowany jest na niemieckim ekspresjonizmie, wyostrza wszystkie cienie, nienaturalne kształty, ślady zgnilizny. Zdjęcia są „mokre”, monochromatyczne, wzmacniają poczucie uwięzienia, z jakim borykają się bohaterowie. Nic nie jest tu przypadkowe: operator Jarin Blaschke umieścił Dafoe i Pattinsona w kwadratowej pułapce, kręcąc film w wąskim formacie 1.19:1. Jego kadry z minuty na minutę potęgują wrażenie narastającej klaustrofobii.

     Powstał film technicznie bezbłędny, pochłaniający bez reszty, zbudowany na kontraście: zimny jak głębiny oceanu, a zarazem parujący od chorych emocji. Izolacja w niebezpieczny sposób oddziałuje na psychikę bohaterów, a ich męskie instynkty i w gruncie rzeczy wrażliwe ego tylko pogarszają sytuację. Między mężczyznami toczy się bezustanna, niczym nieuzasadniona rywalizacja; latarnia przedstawiona zaś zostaje jako nadnaturalna istność o onirycznej sile. Eggers skupia się przede wszystkim na nieziemskiej atmosferze litej wysepki zagubionej pośrodku morza – Winslow i Wake spędzają tu kilka tygodni; logiczny przebieg zdarzeń interesuje go dużo mniej. W skrajnej alienacji i powolnym traceniu zmysłów nie ma przecież nic logicznego, ani tym bardziej przyjemnego i taki jest też „Lighthouse” – ciężki w odbiorze, pełen smutku i cierpienia, grobowo melancholijny. Na przemian wstrętny i piękny. Jedna z ostatnich scen przypomina finał „Czarownicy”: widzimy, jak bohater zanosi się w krzyku i niewysłowionej ekstazie, choć nie wiemy, co ją powoduje. Żaden z młodych reżyserów amerykańskich nie potrafi budować tak jednostkowego klimatu, jak Eggers. Jego filmy już w dniu premiery stają się arcydziełami.

     Albert Nowicki – dziennikarz, tłumacz i copywriter, absolwent studiów filmoznawczych Instytutu Sztuki PAN. Miłośnik kina, zwłaszcza filmowego horroru. Jego teksty pojawiały się między innymi na łamach serwisów Filmawka, Movies Room oraz Filmweb. Stronę His Name is Death prowadzi nieprzerwanie od 2012 roku.

TheLighthouse03

09

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s