Filmowe podsumowanie 2019 roku: rozgrzewka

     Nie lubię się powtarzać, ale znów to zrobię: żyjemy w złotych czasach dla horroru. Kino gatunkowe działa tak prężnie, że w pogoni za kolejnymi tytułami – i tymi ważniejszymi, i mniej głośnymi też – można dostać zadyszki. Groza gości dziś wszędzie: w filmach i serialach, na małym i dużym ekranie, w komiksach czy grach. Nawet nasi macierzyści dystrybutorzy wprowadzają do kin horror za horrorem, bo jest na nie stały popyt – a jeszcze kilka lat temu mogliśmy tylko śnić, że na ekrany wejdzie coś od Joego Begosa lub Oza Perkinsa. Jak grzyby po deszczu wyrastają ociekające krwią festiwale, oferujące przegląd art-house’owych straszaków i midnight movies; na rynku pojawiło się, już parę lat temu, przedsiębiorstwo dystrybuujące stricte horrory. A jeśli jeszcze Wam mało, pomoc niesie Netflix, oferujący produkcje od takich twórców, jak Mike Flanagan czy Babak Anvari.

     W ostatnim roku kończącej się dekady znów nie brakowało horrorów dobrych, bardzo dobrych, nawet wybitnych. Trzej najważniejsi twórcy autorskiego kina grozy (Eggers, Aster, Peele) wrócili z projektami, które wiele osób uzna za lepsze niż ich poprzednie. Romans horroru z filmem artystycznym trwa w najlepsze, ale na dużym ekranie szarżowali też Chucky, Annabelle, czy Godzilla. Coraz chętniej podejmują twórcy horrorów tematykę społeczną i polityczną, a zagraniczne talenty budzą ogromne zainteresowanie na całym świecie: czego przykładem może być „Parasite”, film, który katapultował Joon-ho Bonga do reżyserskiej ekstraklasy nawet w oczach osób średnio zainteresowanych kinem.

     Żyjemy w złotych czasach dla horroru i jestem pewien, że przyszły rok będzie dla miłośników ekranowej grozy jeszcze lepszy niż ten mijający. W następnym poście podzielę się zestawieniem najlepszych filmów roku.

„To: Rozdział 2”

It-Chapter-Two

     Po „Tym” – wielkim przeboju kinowym sprzed lat dwóch – przyszła pora na kontynuację. Jej powstanie było nieuniknione i większość z nas ostrzyła sobie na film kły. „It Chapter Two” nie jest może horrorem świetnym, ale wystarczająco solidnym, by dobrze go wspominać pod koniec roku. Obsada świetnie zgrała się na planie zdjęciowym, a między większością postaci czuć nieprzekłamaną chemię. Muschietti podjął w filmie kilka ważnych tematów, które sprzyjają akcji i dramaturgii. Drugie „To” jest bowiem horrorem o samozwątpieniu i skrywanej autonienawiści. O dziecięcych urazach i ich piętnie, ciążącym na całym dorosłym życiu, choć także o miłości i lojalności wobec prawdziwych przyjaciół. Wreszcie opowiedziano w filmie historię „brudnego” sekretu, który dręczy jednego z bohaterów – nie moglibyście przewidzieć, o kim mowa. „It Chapter Two” nakręcony został z pewną gejowską wrażliwością, a podjęty w nim motyw małomiasteczkowej traumy jest tu wyraźniejszy niż w poprzedniku.

     Film jest stanowczo przydługi i często testuje cierpliwość odbiorcy. Trochę zbyt rzadko objawia się w nim tytułowy antybohater, za to przesadzono z przejaskrawionymi efektami specjalnymi. Zachwyca jednak wzruszający, silnie emocjonalny finał i płynąca z niego nauka: zawsze żyj pełnią życia, bo nie ma sensu bać się przyszłości. Jaka by nie była.

„3 from Hell”

3-from-Hell

     Mam wielki problem z „3 from Hell”. Nie dlatego, że to najgorszy horror roku – daleko mu do takich wyróżnień. Przyzwyczaiłem się, że realizuje Rob Zombie wyłącznie high quality projects, tymczasem tu uwagę zwraca wyraźnie niższy budżet. Film kosztował trzy miliony dolarów (o ponad połowę mniej niż „Bękarty diabła” sprzed czternastu lat) i pewne rozwiązania techniczne, na jakie zdobył się reżyser, mogą budzić wątpliwości. „3 from Hell” to pierwszy projekt Zombiego, którego nie umieszczam na liście najlepszych pozycji roku. W porównaniu z „The Lords of Salem”, moim numerem jeden z grudnia 2013, tegoroczny powrót Firefly’ów wypada więc blado.

     Czy fani twórczości Zombiego znajdą tu coś dla siebie? Bez wątpienia. Sama stylistyka – przepalone, ogniste zdjęcia, konwencja grindhouse’u – znana jest przecież miłośnikom reżysera od podszewki. W tonącym od mocnych, karnawałowych kolorów finale flirtuje niepokorny twórca z klasycznym westernem, nie zabrakło też w „3 from Hell” aktorów charakterystycznych (m. in. Dee Wallace, grającej postać nietypową dla swego emploi). Finalnie odnosi się jednak wrażenie, że Zombie zjada własny ogon, zaczyna się powtarzać. Jego nowy splatter niby przypomina „Bękarty diabła” ze wszech miar, ale nie jest tak ciekawie wyartykułowany i nie wyczerpuje emocjonalnie, jak poprzedni film o klanie sadystycznych morderców.

„Doktor Sen”

Doctor-Sleep

     Po „Nawiedzonym domu na wzgórzu” Mike Flanagan znów wraca do tematyki dziecięcych traum i późniejszych uzależnień. „Doktor Sen” przyjmuje konwencję horroru fantasy, by opowiedzieć historię dorosłego Dana Torrance’a, który przed laty cudem uniknął śmierci z rąk obłąkanego ojca. Fanów „Lśnienia” ucieszy zapewne fakt, że Flanagan poczynił szereg odniesień do ich ulubionego filmu. „Doktor Sen” umiejętnie dawkuje sceny retrospekcji i easter eggi: nie zabrakło tu nawiązań do Kubrickowskiego arcydzieła, choć jest kontynuacja opowieścią autonomiczną, z wieloma nowymi postaciami. Można wręcz powiedzieć: z nagromadzeniem bohaterów, bo większości poświęcono niewiele czasu ekranowego. Okazuje się też film przeciągnięty i zwyczajnie zbyt długi, chociaż wszystko zależy od tolerancji widza na coraz częściej kręcone, dwuipółgodzinne horrory. „Lśnienie” trwało przecież niewiele krócej.

     Na aplauz zasługuje alergia Flanagana na jump scare’y, a także jego podejście do technologii de-agingu: cyfrowe odmłodzenie takich aktorów, jak Jack Nicholson czy Scatman Crothers z pewnością zostawiłoby po sobie niesmak. Najlepsze w całym filmie okazują się sceny końcowe, z akcją przeniesioną do hotelu Overlook. Plan zdjęciowy do złudzenia przypomina monumentalny, górski budynek ze „Lśnienia”, a Flanagan wykazuje imponującą dbałość o szczegóły. Od strony realizacyjnej i artystycznej „Doktor Sen” nie mógłby mierzyć się z klasykiem Stanleya Kubricka, ale to wciąż kino atrakcyjnie zwizualizowane, o w miarę wciągającej fabule. Film rozminie się z oczekiwaniami tylko tych widzów, którzy liczyli na powstanie „Lśnienia 2”.

„Czarne święta”

Black-Christmas-2019

     Czy horror powstały na kanwie grindhouse’owej eksploatacji można opowiedzieć bez przelania kropelki krwi na ekranie? Tak, ale dużo on na tym straci. W remake’u „Czarnych świąt” kamera wręcz ucieka od zmasakrowanych ciał, choć tak naprawdę operator mógł spisać się dobrze w ukazywaniu makabry – jeśli wierzyć doniesieniom, cały gore wyeliminowano z filmu na kilka tygodni przed premierą. Reżyserka Sophia Takal postawiła na horror–opowieść ku przestrodze, krytykę toksycznej męskości i kampusowej kultury gwałtu. Sceny brutalności ścięto, by wkupić się w łaski nastolatków, co samo w sobie stanowi oksymoron: w 2019 roku krwawy content znajduje się na wyciągnięcie ręki każdego dzieciaka ze smartfonem w garści.

     Takal zasługuje na poklask, jeśli chodzi o płynące z filmu, emancypacyjne przesłanie: jej bohaterki to dzielne dziewuchy, które walczą o swoje i nigdy nie odwracają się do siebie plecami. Nie sprawdzają się jednak „Czarne święta” jako remake klasycznego filmu Boba Clarka. Tajemniczy morderca, Billy, w ogóle się tu nie pojawia, a zamiast maniakalnych połączeń telefonicznych otrzymują ofiary… nudne wiadomości tekstowe, o niezbyt wymyślnej treści („będziesz błagała o litość!”). Łatwo można rozgryźć, kto stoi za kolejnymi zabójstwami, a wydłużone dialogi odbierają frajdę z oglądania świątecznego horroru.

„Podły, okrutny, zły”

Extremely-Wicked-Efron

     Dramat kryminalny o charyzmatycznym potworze: Tedzie Bundym. Joe Berlinger pokazuje nam Teda w całej jego „okazałości”: mizoginię skrywającego za przystojnym uśmiechem, maniakalnego, wierzącego we własne łgarstwa. Nawet w konfrontacji z niepodważalnymi dowodami zbrodni utrzymuje on swoją niewinność. Zac Efron dobrze opanował gesty, manewry i dziwactwa Bundy’ego. Bije od niego zuchwałość, która płynęła w żyłach „bohatera” i tak wielu młodym kobietom wydała się naturalną pewnością siebie. Wiele dziewcząt umarło w objęciu Teda z powodu chwilowego zauroczenia. Tych scen nie ujrzymy w „Podłym, okrutnym, złym” prawie w ogóle, bo jest to film bezkrwawy, a przy tym świetnie zarysowane character study. Można tu mówić o pewnej antytezie thrillera o seryjnym mordercy. Berlinger machnął ręką na odtworzenia bestialstw; jako nagradzany dokumentalista legitymuje się przecież bezceremonialną empatią. Film jest znacznie subtelniejszy niż można się spodziewać.

     Chwilami reżyser doszukuje się w Bundym cząstek człowieczeństwa, co − naturalnie − może wydać się decyzją kontrowersyjną. Sympatyzuje się też z ocalałymi „ofiarami” mordercy: jego dziewczyną, matką, manipulowaną kochanką. Emocje nie biorą góry nad faktografią − „Podły, okrutny, zły” to bowiem film koncertowo relacjonujący głośne wydarzenia. Są za to ważnym komponentem poruszającego melodramatu i wciągającej historii sądowej.

„Topielisko. Klątwa La Llorony”

Curse of La Llorona, The Podsum. Roku

     Film, na który najlepiej spuścić welon milczenia. Nie zaskakuje praktycznie niczym, a dla doświadczonych fanów grozy będzie pozycją do obejrzenia i natychmiastowego zapomnienia. Pochwalę scenę toczącą się w sierocińcu, bo umiejętnie wykorzystano w niej motyw lustra, odbijającego paranormalne zajścia, ale tytułowa La Llorona − mściwa panna młoda, porywająca dzieci − jest demonem nieprzekonującym i zwyczajnie niezbyt przerażającym. Brak jej jakiegoś piekielnego atrybutu, jej wyjąca, blada twarz nie przyśni się nikomu w najgorszym koszmarze. Film pozbawiony jest rzeczywistej grozy, a stężenie suspensu nie przekracza w nim odpowiednio wysokiego poziomu. Kategoria wiekowa, jaką nadało „Topielisku” MPAA, wzbudza wątpliwości: reżyser nie pokazuje nam niczego, co zasługiwałoby na sklasyfikowanie jego dzieła jako tylko dla osób dorosłych. Śmieszą też dziury scenariuszowe: dialogi zbyt dokładnie objaśniają wszelkie ekranowe wydarzenia, przez co brakuje historii napięcia i tajemnicy, a niektóre sekwencje są po prostu nielogiczne.

„Killer Unicorn”

Killer-Unicorn

     Oto Jednorożec. Jedyny i niepowtarzalny – Zabójczy. Poznajemy go jako bohatera filmu Drew Boltona, w którym grupa gejów i drag queens z Brooklynu płaci krwią za błędy minionego lata… „Killer Unicorn” podważa reguły kina slash-and-hack, a jako midnight movie szokuje niczym film Johna Watersa z lat siedemdziesiątych. Morderstwa są brutalne i komiczne zarazem, postaci absolutnie przerysowane – wcale nie ma być to nagana. Sporo nagromadzono w filmie stereotypów i chociaż nigdy nie obrócono ich w złoto, niektóre z najlepszych scen uśmierceń wynikają właśnie z groteskowości bohaterów czy zdarzeń. „Killer Unicorn” jest straszakiem kompletnie oderwanym od rzeczywistości (inaczej niż popularne obecnie, horrorowe metafory), często puszczającym oko do widza. Nie odrzucajcie awansów reżysera tylko dlatego, że nakręcił tęczowy slasher: „Jednorożec” rozkręca się powoli, ale w trzecim akcie poza żartami (m. in. o Jamie Lee Curtis) oferuje też dostateczną dawkę suspensu. Suspensu ociekającego grubą warstwą brokatu. To amatorski, źle zmontowany, może trochę niesmaczny film, ale jednocześnie okazja do intertekstualnej zabawy i przyjemnie oddballowa błazenada.

„Złota Rękawiczka”

ZlotaRekawiczka

     Film o zbrodniach Fritza Honki, dość niepewnie poruszający się między przyprawiającym o mdłości horrorem a ryzykowną czarną komedią. Wielu widzów zarzuciło reżyserowi, że nie ma szacunku dla prawdziwych ofiar niemieckiego mordercy. Warto tutaj zaznaczyć, że film nie jest tak szokujący, jak zapowiadano wkrótce po premierze na Berlinale. To kino mizantropijne i brutalne, lecz akty najgorszej przemocy kadrujące dość zachowawczo, by nie napisać konserwatywnie. Najbardziej skandalizująca jest w „Złotej Rękawiczce” mizoginia antybohatera: kobiety są w jego rękach przedmiotem, chwilowym łupem, który można wykorzystać do woli, zanim na horyzoncie nie pojawi się „coś” atrakcyjniejszego. Film pozbawiony jest głębszych refleksji; jego mocną stroną okazuje się charakteryzacja (głównego aktora oszpecono nie do poznania, by przypominał Honkę) oraz ekstremalnie duszna, brudna przestrzeń planu zdjęciowego. Reżyser zamyka nas w ciasnych pomieszczeniach, gdzie unosi się fetor porozwalanych na podłodze butelek, płynów ustrojowych, sforsowanych ciał. Dziewięćdziesiąt procent filmu toczy się między ścianami, z których brud zeskrobać można co najwyżej łopatą.

„Piercing”

Piercing-Wasikowska

     „Oczy matki” Nicolasa Pesce cechowały się aurą rodem z sennego koszmaru i pobrzmiewały echem Dreyerowskiego „Wampira”. Mniej udany jest followup reżysera, „Piercing”. W swoim drugim filmie Pesce przygląda się dynamice toksycznych związków i zadaje pytanie: czego tak naprawdę oczekują od siebie ludzie? Bohaterowie grani przez Mię Wasikowską oraz Chrisa Abbotta żywią wobec siebie bardzo spaczone nadzieje – tak dalece, że w swym amoku ocierają się o groteskę. W jej głowie roją się fantazje o samookaleczeniu i okaleczaniu innych; on zaś brutalnego zabójcę tylko udaje, a wcale nim nie jest. Oboje grają w perwersyjną grę, która nie ma końca, ani… żadnego celu.

     „Piercing” toczy się w irracjonalnym, zabarwionym kinem giallo świecie, a Pesce z upodobaniem odwołuje się do klasyki horroru włoskiego. W jednej ze scen słyszymy dokładnie ten sam kawałek Goblina, który lata temu ubarwiał „Głęboką czerwień”. Zabieg to zuchwały, sam film jest zaś szalenie przestylizowany. Wnętrza mieszkań czy hoteli ociekają bogactwem i ostrymi kolorami, choć same postacie są raczej puste, a ich motywacjom nie poświęca reżyser wiele uwagi. „Piercing” to doświadczenie nudnawe, wtórne, pozbawione intrygującego rozstrzygnięcia. Warto obejrzeć film dla jego ekscentrycznego humoru oraz znakomitych kadrów, choć fabuła jest dość zdawkowa. Podobne wnioski wysnułem nt. „It Comes at Night” – slow-burnowego horroru, w którym również wystąpił Abbott.

„Prodigy. Opętany”

Prodigy

     Wątek metempsychozy lub, jeśli wolicie, ponownego wcielenia podjęty został w wielu współczesnych horrorach, między innymi przez Andrew Douglasa w remake’u „Amityville”. Nicholas McCarthy przerabia temat transmigracji z większym powodzeniem. Jego film, choć odtwórczy, nie jest bayowsko teledyskowy – akcent kładzie na dramacie rodzinnym. Nie chcę przez to powiedzieć, że zrównamy „Prodigy. Opętanego” z „Hereditary” czy „The Witch”, bo to horror znacznie mniej aluzyjny, a przy tym plasujący się o klasę niżej, jeśli chodzi o rzemiosło artystyczne. Ale nie jest też oklepanym i mechanicznym jump festem.

     „Prodigy” to straszak, który zasłużył sobie na MPAA-owską „R-kę” – jest przez to znacznie bardziej spełniony niż np. ugrzeczniony do przesady „Slender Man”. Między główną bohaterką a jej synem – opętanym 8-latkiem – narasta dziwne, seksualne napięcie. McCarthy nie boi się ubrudzić rąk swoich aktorów we krwi, czego przykładem jest scena z udziałem Milesa, wielokrotnie dźgającego niewinną kobietę. Szczerze przerażają sekwencje iluzyjnych objawień nadnaturalnego antagonisty. Przyczepić można się tylko do ścieżki dźwiękowej i upiornych akordów autorstwa Josepha Bishary, bo bywają nachalne, chwilami nadużywane.

„Color Out of Space”

ColorOutOfSpaceCage

     „Co to takiego, tylko Bóg jeden wie” – pisał H. P. Lovecraft w swym opowiadaniu „Kolor z przestworzy”, odnosząc się do tytułowego bytu. Uczucie podobnej łamigłówki towarzyszyło mi po obejrzeniu adaptacji autorstwa Richarda Stanleya. Tylko on sam orientuje się, o co w „Color Out of Space” chodziło – taką żywię przynajmniej nadzieję. Książkowy „Kolor z przestworzy” był dziełem dużo bardziej melancholijnym niż jego ekranizacja; można więc odnieść wrażenie, że wersja filmowa nie do końca podążyła w tym kierunku, w którym powinna. Uwagę zwracają na siebie tabuny absurdalnego humoru, który kłóci się z tonem rodzinnego horroru, zbyt wysokie bywa w tej tandecie stężenie tandety (przykład: tani i zbędny CGI). Kiedy trzeba „Color Out of Space” chwyta za gardło, obrzydza i niepokoi. W innych scenach oglądamy, jak córka bohaterów przemierza dziewicze lasy konno i odprawia gusła nad strumieniem wody – w stroju czarodziejki z ejtisowego kina fantasy.

     Przedobrzona okazuje się rola Nicolasa Cage’a. Aktor miota się po ekranie, jakby grał w kosmicznej farsie, a w jego słowniku nie istnieje hasło „umiar”. Tak jak meteoryt na podwórku Gardnera nie podlega prawom naszej planety, tak kreacja Cage’a przeczy zdrowemu rozsądkowi, zbudowana została w całości na intuicji wykonawcy. Cage sam jest w filmie przybyszem z kosmosu; jego interpretacja postaci przodującej jest do cna przegięta i ekscentryczna (niczym Trump Aleca Baldwina). Dziurawą fabułę i przegięte aktorstwo pozostaje nam jednak przyjąć z otwartymi ramionami, bo „Color Out of Space” to film znakomicie zobrazowany. Nie brakuje tu intensywnej, głębokiej kolorystyki, surrealnych panoram nie z tego świata, wreszcie inteligentnie odmalowanej makabry. Autor zdjęć odwala robotę najwyższej klasy.

„Rabid”

Rabid-Soska-Sisters

     Remake klasycznej „Wściekłości” z 1977 roku. Film jest nierówny i choć w znacznej mierze sprawdza się jako body horror / horror o epidemii, jego zakończenie okazuje się nazbyt chaotyczne. Nie rzucę tu spoilerem: napiszę tylko, że reżyserki próbują czegoś nowego i nie do końca się to udaje. Blado w zestawieniu z oryginałem wypada też scena samego wypadku – wiele znacząca przecież dla fabuły. Kraksa przedstawiona zostaje jak migawka, jest ekspresowa i mikrobudżetowa, w filmie sprzed ponad czterdziestu lat była dużo efektowniejsza. Warto jednak machnąć ręką na tych kilka wpadek, bo jest „Rabid” horrorem imponującym od strony technicznej.

     Bliźniaczki Soska znają się na budowaniu odpowiedniego nastroju przy użyciu oświetlenia czy muzyki, wiedzą, jak kadrować obraz, by wzbudzał ciekawość. Chętnie stosują stopklatki (wyznaczają nimi, kto zaraził się „wściekłością”), mają oko do atrakcyjnych, surrealistycznych przestrzeni. W najlepiej sfilmowanej scenie Rose poddana zostaje eksperymentalnemu zabiegowi. Dr Burroughs i jego towarzysze przybierają karminowe szaty, a od metalowego akcesorium – leżącego przy operowanej – odbijają się oślepiające przebłyski światła. Dramatyzm tej procedury podkreślać mają uderzenia w klawisze pianina. Scena jawnie odwołuje się do „Nierozłącznych”, oczywiście w reżyserii Cronenberga. Raz po raz padają też nawiązania do „Wściekłości”: gdy w szpitalu rozstrzelany zostaje facet w kostiumie Świętego Mikołaja, gdy w komunikacie telewizyjnym reporterka zwraca się wprost do odbiorców: „będziemy modlić się, by wirus nie dopadł też was”. „Rabid” to więc pełen afirmacji hołd dla mistrza horroru, a także niezły remake: nie do końca naśladowczy, chwilami pomysłowy, czasem trochę niespójny. Jeśli miałaby powstać trzecia wersja „Wściekłości”, wciąż istnieje miejsce na poprawki.

„Velvet Buzzsaw”

Velvet-Buzzsaw-Podsumowanie-Roku

     Film zupełnie niepodobny do innych produkcji Netfliksa: abstrakcyjny operatorsko, lynchowsko surrealny. Przypomina połączenie „The Neon Demon” z „Devil Wears Prada”. Zdjęcia Roberta Elswita są nowoczesne, na obszar kadru zawsze pada wiele ciepłych kolorów (także w scenach grozy). Udał się twórcom zarówno szlif wizualny, jak i zabawa horrorową estetyką. Jest „Velvet Buzzsaw” filmem, w którym życia bohaterów są szalenie powierzchowne, a ich finał – widowiskowy, by nie napisać zabawny. To satyra na utowarowienie sztuki i schlebianie gustom za wszelką cenę, a także na niejasną wymowę sztuki popularnej, jej stale zacierające się granice. W jednej ze scen pozostawione na środku pomieszczenia śmieci zostają uznane za asamblaż (choć nim nie są). W innej – najkrwawszej i najbardziej euforycznej w całym filmie – Toni Collette traci rękę w starciu z instalacją artystyczną. Nazajutrz jej okaleczone zwłoki wzięte zostają za element dekoracji przez grupę dzieci z wycieczki szkolnej.

     „Velvet Buzzsaw” to mariaż horroru, czarnej komedii i kina surrealistycznego. Czy spójny i umiejętnie żonglujący odmiennymi konwencjami? Nie zawsze – chwilami górę nad filmem bierze chaos. Ciężko też zrozumieć, dlaczego uczyniono z głównego bohatera biseksualistę. A właściwie – tutaj akcent – „biseksualistę”: jest on mężczyzną, który nie przejawia minimalnego zainteresowania innymi dżentelmenami, za to popada w dziwną obsesję na punkcie nudnej asystentki.

„Próba”

Pledge-2018

     „Próba” rozpoczyna się jak old-schoolowa komedia typu „snobs vs. slobs”, ale to tylko pozory: film więcej ma wspólnego z „Ofiarą” Andrew Neela niż z Landisową „Menażerią”. To horror o utracie siebie i cenie przynależności. Bohaterowie za wszelką cenę chcą dołączyć do bractwa studenckiego i finalnie dopinają swego, ale zamiast poczucia jedności czeka na nich wyłącznie cierpienie. Trafiają pod skrzydła osób o spaczonym obrazie świata, a dowieść swojej wartości będą musieli podczas tytułowego ślubowania – które ma opierać się na bezlitosnych torturach. W toku kolejnych zdarzeń wszyscy tracą człowieczeństwo: ofiary sprowadzone zostają do roli instrumentu, a prowadzący koncert sadyści pozbywają się ludzkich instynktów.

     Film zwraca uwagę na problem hazingu w kontekście elit studenckich oraz toksycznej męskości w kontekście władzy i opresji. Nie bez powodu to Max (Aaron Dalla Villa) – najwyższy rangą przedstawiciel bractwa – okazuje się najbardziej psychotyczny. Jego dążenie do przywództwa nad bandą chorych z nienawiści dzieciaków, jego marzenia o kontroli nad cudzym ciałem są szczerze porażające, a i w oku Villi odznacza się jakiś nieodparcie neurotyczny błysk. „Próba” to film o kryzysie męskości i występują w nim niemal wyłącznie faceci. Ciekawy obrót spraw przynosi finał, gdy rolę archetypicznie zarezerwowaną dla kobiety (final girl) przejmuje jeden z protagonistów.

„Smętarz dla zwierzaków”

Smetarz-dla-zwierzakow

     Biorąc pod uwagę poprzednie dokonania duetu Kevin Kölsch−Dennis Widmyer, „Smętarz dla zwierzaków” lepiej sprawdziłby się jako produkcja offowa − bez znanych nazwisk, nienakreślona od przysłowiowej linijki. Nowa adaptacja bestselleru Kinga jest zbyt dosłowna, jak brzytwy chwyta się słów z książkowego pierwowzoru. Postawiono tu na dość jump-scare’owe metody straszenia, które raz się sprawdzają (vide: scena z lustrem), a kiedy indziej zupełnie nie. Louis Creed irytuje swoją głupotą, a udręczona Zelda nie straszy tak, jak w ekranizacji z 1989 roku. Imponuje garść efektów gore i dojrzały występ aktorki dziecięcej, Jeté Laurence, ale film sprawia wrażenie ponaglonego w procesie produkcji, poskładanego do kupy tak, by wkupić się w łaski niedzielnego kinomana. Jego zakończenie − zanadto urwane − nie prowokuje gorących dyskusji i prób interpretacji scenariusza, ono po prostu doskwiera i rozczarowuje.

„Polaroid”

Polaroid Podsum. Roku

     Horror niezbyt przełomowy, za to chwilami umiejętnie podnoszący adrenalinę. Wzorowano go na J-horrorach, producentem jest zresztą Roy Lee. Sceny uśmierceń małolatów mogłyby okazać się bardziej kreatywne, ale prowadzące do nich wydarzenia są w stanie zjeżyć włos na głowie, gdy ogląda się film w odpowiedniej ciszy, w półmroku. Seans psuje kilka dziur narracyjnych i portrety bohaterów: większość postaci ma embrionalny obrys. Ciekawa jest za to główna protagonistka, Bird Fitcher. Wiecznie skrępowana, trochę aspołeczna, nie wpisuje się może w hollywoodzką wizję nastoletności, ale przemówi do widzów, którym obce nie jest pojęcie socjofobii. Technicznie mamy do czynienia z dobrze wykonanym rzemiosłem. Zdjęcia sprawiają wrażenie zadymionych lub spowitych mgłą, bije od nich dojmujący chłód. Większość ujęć kręcono przy znikomym oświetleniu.

„Ma”

Ma-Octavia-Spencer

     Jeśli ktoś świadczy o potędze „Ma”, będzie to Octavia Spencer – aktorka wszechstronna, potrafiąca zagrać chyba wszystko. (Anty)bohaterka w jej wydaniu okazuje się słodko dobrotliwa i opętana gorejącą furią. Jest odpowiedzialną panią weterynarz i wieczną adolescentką o cielęcych marzeniach. Spencer przejawia świetne wyczucie emocji i taktu; jako Ma potrafi wzruszać, tańczyć i szlachtować. To rola przywódcza, śmiała i bardzo zgrabna, „ciągnąca” do przodu raczej przeciętny film. Inteligentnie rozpisanego kampu jest tu trochę mniej, niż znaleźć się powinno, a reżyser nie wykorzystał potencjału kilku ciekawszych – i głębszych – wątków, m. in. szkolnego bullyingu. Choć Spencer bryluje na pierwszym planie, mało do odegrania mają Luke Evans i Allison Janney.

„Annabelle wraca do domu”

Anabelle-Comes-Home-Podsum.-Roku

     Sequel anemiczny i mało efektowny, zbyt rzadko podnoszący ciśnienie. Brakuje mu ciekawej wizji, a jego humor – z postacią Wyposażonego Boba na czele – po prostu się nie sprawdza. Chwilami projekt przypomina kinową adaptację „Gęsiej skórki”: gdyby nie kilka krwawych scen, mógłby pewnie otrzymać od MPAA kategorię PG-13. Film zyskuje najwięcej jako opowieść o dorastaniu Judy Warren – dziewczynki spotykającej się z ostracyzmem wśród rówieśników, nie do końca chyba też rozumianej przez rodziców, poświęconych specyficznemu zawodowi. Horrory, nawet te o nawiedzonych domach, świetnie współgrają z klasycznym dramatem – wystarczy wspomnieć netfliksowy „The Haunting of Hill House”. Pod tym kątem jest jednak nowa „Annabelle” jedynie namiastką i szkicem ciekawszego materiału. Film wpisuje się w trend horrorów młodzieżowych à la „It” czy „Stranger Things” oraz horrorów-produktów, które nade wszystko mają dobrze sprzedać się wśród nastolatków/młodych dorosłych. Nie jest to jeden z art-house’owych straszaków o wyrafinowanej formie i metaforycznym znaczeniu.

„Śmierć nadejdzie dziś 2”

HappyDeathDay2U

     Podchodząc do „Śmierć nadejdzie dziś 2” jak do rasowego horroru, można się mocno przeliczyć. Nawet jeśli poprzednią odsłonę tej historii dało się podpiąć pod kino grozy, sequel to już komedia sensu stricto, pomieszana z fantastyką naukową. Schlebia ona gustom fanów kina ejtisowego, całość budzi skojarzenia z „Weird Science” i, oczywiście, „Powrotem do przyszłości”. Elementy slasherowe pojawiają się w filmie rzadko, ale kiedy już reżyser decyduje się skręcić w tę aleję, świetnie radzi sobie ze scenami pogoni, jak i manewrem ostrymi narzędziami. Nie nastawiałem się na wiele: pierwszy „Happy Death Day” mocno mnie rozczarował. Kontynuacja jest o tyle bardziej udana, że faktycznie śmieszy, a Jessice Rothe daje więcej okazji, by wykazać się talentem komediowym. Dobrze wyreżyserowany slapstick i trafione gagi powodują, że film wprawia w dobry nastrój, nie drażniąc przy tym powtarzalnością, trochę wynikającą z fabuły – tak, jak było w przypadku poprzednika. Można przyczepić się, że sceny samobójstw Tree są odrobinę niewrażliwe, ale nie odmówimy scenarzyście kreatywności – wystarczy wspomnieć o śmiertelnym skoku z samolotu. Można śmiać się z upodobania twórców do popfizyki, ale to przecież kino kierowane do nastolatków. Co najważniejsze, „Śmierć nadejdzie dziś 2” stale zaskakuje, bawi i ani przez chwilę nie „boli”, pomimo kategorii PG-13.

„Thriller”

Thriller-Podsumowanie-Roku

     „Thriller” w reżyserii Dallasa Jacksona, czyli „Prom Night” meets „Straight Outta Compton”. Wśród bohaterów nie zobaczycie ani jednej osoby białoskórej, jedynie mniejszości etniczne. To przyjemna odmiana, bo teen slashery toczą się najczęściej w świecie niewiarygodnego blichtru, a ze swoich postaci czynią bandę uprzywilejowanych dupków. Jackson wspomina wprawdzie o przestępstwach motywowanych rasowo i przypomina, że nastoletni Afroamerykanie giną dziesięciokrotnie częściej niż ich biali rówieśnicy, ale nie spodziewajcie się po nim peele’owskiej wrażliwości. Nie ten film, nie ten twórca.

     „Thriller” to pospolity stalk n’ slash, w którym wykorzystano większość podręcznikowych zagrywek, znanych z podobnych horrorów. Są tu i gonitwy po szkolnych korytarzach, i morderstwa za kulisami studniówkowej sceny, jest elektroniczny score à la „Halloween”, jest też zabawa w chowanego w ciemnej bibliotece. Problem, jaki miałem z tym filmem, jest dość zasadniczy i może Was zniechęcić: „Thriller” nie jest zbyt thrilling. To bardziej coming-of-age horror niż straszak w najbardziej podstawowym ujęciu. Brakuje tu dojrzałego humoru, odrobiny luzu; reżyser-debiutant raczej nie bawił się za kamerą zbyt dobrze i udzieli się to niektórym widzom. To taka pozycja, do której śmiało można podejść w leniwą niedzielę, ale tylko przy właściwym nastawieniu: nie warto oczekiwać po niej „cudów”, ani sporych pokładów oryginalności. Ujawnienie mordercy może zaskoczyć – ja finału nie przewidziałem.

„The Haunting of Sharon Tate”

Haunting-of-Sharon-Tate-19

     Fabularyzowane spojrzenie na ostatnie dni w życiu Sharon Tate. Grająca główną rolę Hilary Duff nie tylko dobrze odczytuje emocje zamordowanej aktorki, ale też bardzo ją przypomina. Jej kreacja jest pełna pasji i charakterystycznego dla Tate glamouru. Wiarygodnie wypada Duff w starciu z obezwładniającą paranoją: udręczona przez sektę Charlesa Mansona, powoli traci kontakt z rzeczywistością. Staje się nieomal bohaterką „Dziecka Rosemary” lub „Wstrętu”, przeniesioną w świat realny.

     Daniel Farrands bynajmniej nie opiewa figury Mansona − to postać epizodyczna, goszcząca na ekranie przez kilka sekund. Ważniejsza jest dla reżysera tytułowa heroina: w finale dostaje ona szansę na równą walkę, z ofiary staje się bohaterką. Po premierze „The Haunting of Sharon Tate” wielu widzów wyrzucało Farrandsowi, że rozdrapuje dawne rany, ale sama Tate traktowana jest przez niego z szacunkiem, zostaje w symboliczny sposób uhonorowana.

     Budżet filmu jest niski i rzuca się to w oczy, walory produkcyjne są przeciętne, w porywach przyzwoite. Ponad płyciznę wybijają się za to sceny przemocy: zabójstwa są efektowne, krwi wcale na planie nie szczędzono. Niezłym aktorom przyszło pracować ze scenariuszem raczej pozbawionym polotu. Dialogi wyzute są z naturalnego wydźwięku i nie świadczą o oratorskiej klasie Farrandsa (który był też scriptwriterem). Film nie jest pozbawiony wad, ale broni się jako horror ryzykowny, może trochę wulgarny.

„Ciemno, prawie noc”

Ciemno-prawie-noc-19

     Adaptacja powieści Joanny Bator, w której Wałbrzych ukazany zostaje jako kraina tysiąca nieszczęść. Głęboko pod ziemią okalającą Książ i okolicę zakopane są nie tylko wyśnione skarby, lecz także nadzieje na lepsze jutro. Można w przypadku „Ciemno, prawie noc” mówić o pewnym nagromadzeniu wzorców i wyrazów, które raz do siebie przystają, a kiedy indziej – zupełnie nie, bo wydają się sprzeczne. Przenika się tu wiele stylistyk, całość ciężko jednoznacznie zdefiniować. Film staje się miejskim mitem, psychologicznym dreszczowcem, wreszcie mrocznym kryminałem, obfitującym w tyleż przysadziste, co niekiedy mało wiarygodne plot twisty.

     Ekranizacja cechuje się bardzo gęstym klimatem, a jej nawiązania do realizmu magicznego, sensu podświadomości oraz folklorystycznego ducha w niejednym sercu rozpalą ogień. Znajdzie się jednak wiele scen, w których dają o sobie znać zanadto wybujałe aspiracje reżysera, a całość ugina się pod ciężarem ambicji: pomylonych tropów, pomieszanych form. Nie do końca udało się Lankoszowi przenieść wszystkie ważniejsze wątki książkowe na ekran. Weźmy za przykład „Kotojady”: ich pochodzenie czy motywacje pozostaną znane tylko tym szczęśliwcom, którzy przed seansem przeczytali powieść autorstwa Bator.

„Cisza”

The-Silence-Netflix

     W zaskakująco niskobudżetowym survival horrorze „Cisza” nieszczęsna amerykańska rodzina musi odpierać ataki prehistorycznych ssaków, bardzo przypominających pterozaury. Film niebezpiecznie bliski jest produkcjom nadawanym przez Telewizję Puls, choć tylko za sprawą kiepsko wygenerowanych poczwar. Znacznie trudniej oglądałoby się go, gdyby nie zdolni aktorzy w obsadzie – najlepiej z nich wypada Miranda Otto. Trochę dziwi fakt, że w B-klasowym straszaku wystąpił Stanley Tucci, który – przypomnijmy – ma na koncie dwa Złote Globy i nominację do Oscara. Być może pojawiła się przed nim perspektywa szybkiego przelewu, albo ktoś zaproponował, że wypoleruje mu głowę.

     Szkoda jedynie, że w roli przodującej nie obsadzono aktorki, która faktycznie jest głuchoniema (jak główna bohaterka, Ally) – byłby to gest godzien pochwały. Film ma w zanadrzu kilka nieodpartych atutów (melancholijne zdjęcia, dostatek suspensu i sceny obfitego napięcia), choć reżyser wykazuje też pewne ułomności. Często na przykład odwraca się od miejsca, na które my – jako widzowie – chcielibyśmy spoglądać, lubi ucinać co ciekawsze sekwencje. Wielu opiniodawców zarzuciło Netfliksowi, że „Cisza” jest horrorem skrojonym pod streamingowe algorytmy, ale to bzdura. Film nie jest kalką „Bird Box” czy „Cichego miejsca”, bo powstawał zanim pozycje te były kręcone/miały swoją premierę. Inna sprawa, że oba z wymienionych tytułów ciekawiej eksplorują podjęte w scenariuszu tematy.

„The Pool”

Pool-The-Thailand

     Tajlandzka wariacja na temat „Pełzającej śmierci”, w której wygłodniały krokodyl ucieka z miejskiego zoo i terroryzuje parę nieszczęśników, uwięzionych na dnie opuszczonego, 6-metrowego basenu. Brzmi wystarczająco absurdalnie, by poświęcić filmowi dwie godziny życia i kufel piwa? Teoretycznie tak. Szkoda tylko, że „The Pool” to horror tonalnie sprzeczny – niezbyt umiejętnie dawkujący wpływy z innych animal attacków, midnight moviesowy humor oraz (nieproszone) wątki dramatyczne. Pod płaszczem głupawego straszaka kryje się przesłanie, naznaczone osobistą ideologią reżysera: aborcja to grzech, każdy płód zasługuje na poród. Zabawny odprężacz na lekki wieczór z minuty na minutę przekształca się w alternatywę dla fanów „Nieplanowanego”. Zachęcająca klaustrofobia miejsca akcji to zdecydowany plus, ale sam krokodyl wygenerowany został jakby po taniości.

„Zombieland: Kulki w łeb”

Zombieland-2

     Nie mógłbym napisać, że „Kulki w łeb” ogląda się lepiej od pierwszego „Zombieland”, ale kontynuacja udała się bardziej, niż większość z nas obstawiała. Trupy atakują bohaterów częściej, karabiny mają silniejszy wystrzał, a Harrelson i ekipa przytaczają więcej one-linerów. Film jest pełen wysokooktanowej akcji, już podczas napisów początkowych pozwala delektować się krwawą masakrą w rytm „Master of Puppets” Metalliki. Wszyscy aktorzy dają popis swoich talentów komediowych i tworzą kapitalne role, a przecież po dziesięciu latach wcale nie musieli grać w filmie z gatunku „łubu-du” – mają szereg nagród za pasem i przebierają w ofertach pracy z najlepszymi reżyserami. Powstał sequel, który nie próbuje zaoferować widzom żadnego novum, i dużo na tym zyskuje: jest po prostu świetnym filmem popcornowym. W 2010, 2011 roku udałby się jeszcze bardziej, ale wtedy nie wystąpiłaby w nim doskonała Zoey Deutch – i byłaby to wielka strata.

„Godzina oczyszczenia”

Godzina-Oczyszczenia

     W „Godzinie oczyszczenia” obnażone zostają brzydkie prawdy o naszym uzależnieniu od sieci. Damien LeVeck sugeruje, że w pogoni za lajkami niektórzy tracą głowę: nie wiedzą, co jest prawdziwe i nieprzekłamane, a co fikcyjne. Dostaje się tym, którzy na przemocy i bólu innych budują swoje internetowe imperium, obrywają też ci, dla których pokazywane w sieci cierpienia stanowią źródło zabawy. Film – na przemian uszczypliwy i szczypiący brutalnym gore’m – ma w sobie wystarczające pokłady kreatywności, potrafi uwodzić dzięki wyobraźni twórców. Choć akcja toczy się tylko w jednym pomieszczeniu, reżyser potrafi utrzymać widzów w zainteresowaniu. Pomagają w tym kapitalne efekty specjalne, które mistrz charakteryzacji i zdobywca Oscara Tom Woodruff Jr. wykonuje old-schoolową, praktyczną metodą. Chwilami film przekracza cienką granicę między tym, co zamierzenie kiczowate, a głupie i historia walki diabła z internetowymi manipulantami napędzana bywa zwyczajną tandetą. Broni się jednak „Godzina oczyszczenia” jako solidna całość.

„The Gallows Act II”

Gallows-Act-II-The

     Postawmy sprawę jasno: „The Gallows Act II” daleki jest od miana najgorszego filmu roku, ale jednocześnie trudno wydać mu pozytywną opinię. To sequel, o którego powstanie nikt nie prosił, a jego zalety wyliczymy na palcach jednej ręki. W roli głównej świetnie wypada Ema Horvath, znana z cyber-horroru „Like.Share.Follow”. Jej występ to popis natchnionego, offbeatowego aktorstwa, a i samą Aunę wliczyć można w poczet bardziej interesujących bohaterek z tegorocznych straszaków. Na zdrowie wyszła twórcom zmiana formatu: kontynuacja „Szubienicy” nie jest skostniałym horrorem found footage, została nakręcona w stylu dużo bardziej uniwersalnym, pokazując więcej niż tylko rozdygotane zoomy na twarze postaci. Rozczarowuje natomiast sposób przedstawienia Hangmana, który z tajemniczej istoty przekształcił się w internetową legendę (à la Slender Man); rozczarowuje fatalny finał. Zakończenie „The Gallows Act II” stoi w absolutnej opozycji do intrygi, na którą stawiano przez większość filmu, zupełnie nie przystaje do reszty historii. Według doniesień sequel zrealizowano dwa lata temu – potem trafił on na przysłowiową półkę. W międzyczasie Blumhouse dowiódł, że nie musi już kręcić dyrdymałów jak pierwsza „Szubienica”…

„Daniel Isn’t Real”

Daniel-Isnt-Real

     „Daniel Isn’t Real” – tytuł, który wbrew pozorom nie zdradza wszystkiego na temat fabuły. Psychologiczny horror Adama Egypta Mortimera stanowi surrealne spojrzenie na zaburzenia emocjonalne i toksyczną męskość. Dysfunkcje psychiczne nie zostają w filmie ukazane w najsubtelniejszy sposób, ale sprzyjają produkcji świetne role aktorskie. Projekt Mortimera to tak naprawdę two-man show, prowadzony przez Milesa Robbinsa (syna Tima) i Patricka Schwarzeneggera (tak – z tych Schwarzeneggerów). Zwłaszcza drugi z wykonawców zwraca na siebie uwagę – jako frat boy z piekła rodem bywa wręcz demoniczny. Rolę pełną poświęcenia i odwagi tworzy też Mary Stuart Masterson. „Daniel Isn’t Real” to alternatywa horroru o opętaniu: główny bohater opanowany zostaje przez własne lęki i słabości. Silne są tu również wpływy body horroru, chwilami odnieść można wrażenie, że oglądamy adaptację prozy Clive’a Barkera. To film mroczny i pokręcony, do tego stylowy, oryginalnie zwizualizowany. Poprzedni feature Mortimera, „Some Kind of Hate”, był dużo słabszy.

„W wysokiej trawie”

W-wysokiej-trawie

     Podręcznikowy przeciętniak spod szyldu Netfliksa: pełen dłużyzn, nakręcony bez impetu. Z powodu narracyjnej wtórności film ogląda się sennie, dużo lepiej się go… słucha. Montaż dźwięku, akcentujący demoniczne szepty i szum źdźbeł na wietrze, jest pierwszej klasy. Mocno wyeksponowano też efekty komputerowe, choć tym przyklasnąć nie sposób. Stężenie CGI-u szybko staje się nieznośne, a klatki z animowaną trawą wyraźnie różnią się od ujęć naturalnych – zupełnie do nich nie przystają. Głupotą wydaje się też postawienie opuszczonej kręgielni w środku dzikiego pola. Na pewno nie uznamy „W wysokiej trawie” za horror, po którym trzeba spać przy zapalonym świetle: trudno bowiem bać się przeciwnika, którego można załatwić kosiarką…

„Bloodline”

Bloodline-Seann-William-Scott.jpg

     Horror kręcony w stylu włoskich gialli, ejtisowego trashu i makabry spod znaku Williama Lustiga. Cięcia zabójcy są bezduszne, a te montażysty – teledyskowe, lecz pomimo narzuconego tempa całą ekranową przemoc udało się przedstawić w sposób godny starej MPAA-owskiej kategorii „X”. Reżyser Henry Jacobson korzysta z efektu split screenu i odbija twarze bohaterów w kuchennym nożu, ale film nie jest tak dobry, jak klasyki De Palmy. Chore fantazje i krwawe bohaterstwo Evana (Seann William Scott) interesują reżysera w sposób powierzchowny, a fakt, że spluwa protagonista na normy moralne ma się wydawać czymś zupełnie oczywistym. Chwilami ciężko odgadnąć, czy chce Jacobson, byśmy kibicowali Evanowi, usprawiedliwiali jego czyny, a może je potępiali. Narracyjnie bywa więc „Bloodline” niedoszlifowany, ale to film naprawdę solidnego aktorstwa: rola Scotta mogłaby okazać się dla jego kariery prawdziwym odrodzeniem, jeszcze lepsza jest Dale Dickey jako matka rodem z „Psychozy”.

„Złe miejsce”

Zle-miejsce-The-Shed

     W „Złym miejscu” przedstawione zostają losy dwójki licealnych outsiderów. Portret psychologiczny Stanleya naszkicowano dość cienką kreską, choć dowiadujemy się o chłopaku wystarczająco, by kibicować mu w walce o lepsze życie. Słabiej wyszło twórcom nakreślenie Dommera i jego nagłej przemiany charakterologicznej: ze spolegliwego sidekicka chłopak przeistacza się w masowego mordercę, śniącego o wybijaniu tych, którzy zgotowali mu piekło na szkolnych korytarzach. Alternatywnie prowadzony jest wątek wampirzej kreatury, która zalęgła się w podwórkowej szopie Stanleya: dla jego kumpla krwiopijca jest jak manna z nieba, a na pewno narzędzie planowanej zbrodni.

     Mieszanie tropów znanych z ejtisowych horrorów oraz problematyki typowej dla kina coming-of-age przynosi średni rezultat. Z jednej strony powstał łatwy w odbiorze film o niesprawiedliwościach losu, odpowiedzialności oraz sile odwetu, z drugiej zaś – nieprzekonujące kino grozy. „Złe miejsce” teoretycznie włada pewnym gniewnym, punkowym urokiem (podkreśla to choćby zapadająca w pamięć ścieżka dźwiękowa), ale finalnie i tak brakuje mu ikry, polotu, przekorności. Propsy dla reżysera za upodobanie do vintage’u.

„The Fanatic”

Fanatic-The-John-Travolta

     „The Fanatic” cierpi z powodu niespójności tonalnych, dziur w fabule i sztucznych dialogów, ale jego największą ujmą okazuje się przedstawienie fandomu jako zjawiska negatywnego, ukazanie go wyłącznie przez pryzmat toksycznej obsesji. Społeczność fanowska nakreślona została przez Freda Dursta w sposób problematyczny; samego reżysera zdaje się bawić to, jak bardzo pomiatany jest Moose, jaką jest ofiarą w oczach społeczeństwa. Główny bohater filmu to postać złamana przez życie – nie ma w sobie krztyny komizmu. Nie do końca wiadomo, co próbował przekazać nam Durst, o czym traktuje „The Fanatic”: jako thriller o ciemnej stronie sławy ma niewiele do zaoferowania, a komediodramat to dość płytki. Film jest odrobinę zbyt dosłowny, nakręcono go na jedno kopyto. Przypomina piosenki Limp Bizkit, które pozbawione były głębi i wszystkie brzmiały właściwie tak samo. Rola Johna Travolty, przeszarżowana, choć budząca empatię, sugeruje, że aktor pozazdrościł Nicolasowi Cage’owi rosnącej popularności wśród maniaków horroru.

„Rock, Paper, Scissors”

Rock-Paper-Scissors-Podsum.-Roku

     Jeśli widzowie nie zapomnieli jeszcze o tym filmie, podejrzewam, że jest rozpatrywany w kategoriach intrygującej porażki. Oto kilka nazwisk stojących za „Rock, Paper, Scissors”: Tom Holland, Victor Miller, Harry Manfredini, John Dugan. To jednak, mimo imponujących współtwórców, horror dość nieudany i tandetny, oparty na mało wiarygodnych zwrotach akcji, owinięty przy tym grubą warstwą cenionej dziś nostalgii. Ewidentnie interesuje twórców zbijanie kapitału na tęsknocie, którą tak wielu widzów czuje za popkulturą lat 80. Już pierwsze akordy intonują klasyczny soundtrack z „Piątku, trzynastego”; niektóre sekwencje są tak bardzo oczywiste, że poznamy je „po jednej nutce”.

     „Rock, Paper, Scissors” jest horrorem skonfliktowanym, bo każe nam sympatyzować się z okrutnym mordercą. Mamy poznać jego środowisko i poczuć dawne cierpienia, ale stoimy też po stronie niewinnych ofiar. Peter Harris to zarówno antagonista, jak i protagonista filmu, a granica dzieląca jedną sferę od drugiej jest cienka i kłopotliwa. Jeśli chodzi o realizację i walory techniczne zasługuje „Rock, Paper, Scissors” na dwóję z plusem. Charakteryzacja aktorów sprawia wrażenie bardziej amatorskiej, niż powinna, niedbały jest montaż filmu (w jednej ze scen na ekranie pojawia się plansza: „__ years later”).

„Devil’s Path”

Devils-Path-Podsumowanie-Roku

     Bohaterowie „Devil’s Path” znajdują się w złym miejscu, o złej porze. Zagubieni pośrodku niczego, zmuszeni są polegać na kimś zupełnie obcym. Ścigani przez sadystycznego wroga, uciekają przez podmokłe, wyboiste lasy, a przy każdym postoju poznają się coraz lepiej. Lub tak im się tylko wydaje… Wybojami usłane są też ścieżki ich życia. Tytuł filmu mógłby sugerować, że zboczy Matthew Montgomery w aleję dreszczowca paranormalnego. Demony, z którymi mierzą się Noah i Patrick, są natomiast aluzyjne, wewnętrzne: dławią swoich żywicieli od środka, tożsamość ujawniają w chwili kryzysu. Reżyser umiejętnie odmalowuje konflikty, które trawią bohaterów, a najwięcej uwagi poświęca stanowi, w jakim znajduje się Noah. Jest to mężczyzna, który odczuwa wobec siebie tylko pogardę, nie przynależy nigdzie i do nikogo. Widzi w sobie potwora i powoli się nim staje − o czym świadczą podejmowane przez niego, ryzykowne działania. Sam przyznaje, że „nie potrafi żyć, próbuje jedynie przetrwać”.

     „Devil’s Path” przypomina trochę „Ornitologa” João Pedro Rodriguesa. Obfituje w wydumane zwroty akcji, może pochwalić się wysoką jakością wykonawczą. Nadmiar dialogów powoduje jednak, że chwilami film nie jest tak porywający, jak być powinien.

„Candy Corn”

CandyCornPodsum.Roku

     „Candy Corn” nie jest pozbawiony walorów artystycznych i wygląda lepiej niż wiele mikrobudżetowych horrorów. Tyle tylko, że stylowe ujęcia i ciekawe rozwiązania realizacyjne – stopklatki, old-schoolowy gore – mieszają się w filmie z kiczem, może zresztą nie do końca świadomym. Biorąc pod uwagę wątek zmartwychwstałego bohatera, można odnieść wrażenie, że sprzeciwia się reżyser bullyingowi, próbuje powiedzieć coś o freakach i ostracyzmie, który jest im bliski. To wdzięczny i ambitny temat, który w „Candy Corn” nie miał szansy wybrzmieć, bo Hasty stawia na banał: chce dać swym dziwolągom szansę na odwet, nie dając im okazji do refleksji. Protagoniści kierują się prymarnymi odruchami; jak na ludzi udręczonych przez siłę „normalności” za mało myślą, a za dużo działają – zresztą brutalnie. W efekcie spotęgowana zostaje ich „potworność”, a chyba nie do końca o to Hasty’emu chodziło. Świetny jest za to Pancho Moler jako cyrkowy lawirant – „Doktor Śmierć”. Rola aktora jest sugestywna, nieoczywista, chwilami wręcz maniakalna.

„47 Meters Down: Uncaged”

47MetersDownUncaged

     Horrorów z wątkiem morskim powstało w tym roku sporo („Pełzająca śmierć”, „Harpoon”, „Sweetheart”), a sequel „Podwodnej pułapki”, o dziwo, nie jest najsłabszym z nich. Film bywa absolutnie niedorzeczny, co swoje apogeum osiąga zwłaszcza w wywołującym salwy śmiechu finale. Bywa wtórny, a na pewno mniej klaustrofobiczny niż „Pułapka”. Roberts podmienia suspens na gwałtowną akcję, przez co sequel nie może pochwalić się atmosferą beznadziei i izolacji – w poprzedniku ją otrzymaliśmy. Potrafi jednak reżyser pracować w niełatwych warunkach (osiemdziesiąt procent filmu toczy się pod wodą), a tego, że ma oko do atrakcyjnych kadrów, dowiódł już na planie „Nieznajomych: Ofiarowania”. Przekonująco wypadł montaż scen z udziałem SharkStoppera – emitującego potężny huk i barwiącego morskie głębiny na karminową czerwień. Do tego należy pochwalić Robertsa za „uśmiercenie” jednej z kluczowych bohaterek wówczas, gdy nikt by się tego nie spodziewał, i za scenę nieudanej wspinaczki z udziałem Sistine Stallone.

„Mercy Black”

Mercy-Black

     Owen Egerton powoli urasta na niezłego znawcę horroru – bo na pewno jeszcze nie mistrza. Nie brakuje mu ani ciekawych pomysłów, ani wizji reżyserskiej. Po ubiegłorocznym „Blood Fest” ukazał się jego nowy film, „Mercy Black”, w którym „anioł” stróż o nadnaturalnych mocach bierze pod opiekę cierpiące dzieci – oczywiście nie za darmo. Fabuła oparta została na znanych creepypastach, tak jak niedawny „Slender Man”. Główna bohaterka popełniła w młodości straszną zbrodnię i mierzy się z traumą; scenariusz skupia się na jej drodze ku stabilności emocjonalnej. Film jest lepszy zarówno on niewypału Sylvaina White’a, jak i nowego „Smętarza dla zwierzaków” – też operującego przecież jump scare’ami. Podchodziłem do „Mercy Black” nie mając większych oczekiwań i dostałem solidny straszak: przyjemny dla oczu, targający nerwy kiedy trzeba, o rozbudowanej historii. To horror z jednej strony oczywisty i sztampowy, z drugiej zaś zakończony podwójnym twistem – nie przewidzicie jego finału. Polecam wszystkim, którzy lubią nerwowo podskakiwać w fotelu, ale cenią sobie też horrory intymne i kameralne. Bo „Mercy Black” to miks dramatu i paranormalnej grozy.

„Zaśnij”

Zasnij

     W materiałach prasowych można przeczytać, że do nakręcenia „Zaśnij” zainspirowały reżysera slow-burnowe klasyki: „Egzorcysta” i „Lśnienie”, ale produkt końcowy w żadnym wypadku nie mógłby zostać obok nich postawiony. Nie pozwalają na to walory realizacyjne, a przede wszystkim stereotypowe postaci, na czele z demonicznym pacjentem, cierpiącym na „bezsenność”. Chory chłopak miota się po ekranie i przynudza, zawodząc te same śpiewki, które słyszeliśmy już w setkach horrorów paranormalnych. Szepcze coś w obcych językach, albo wydaje z siebie wrzaski, które przyprawiłyby o migrenę najtwardszą scream queen. Gruchoczą mu kości; wyglądem ma przypominać Zeldę ze „Smętarza dla zwierzaków”. Filmowa ofiara egzorcyzmów, Iddimu, jest wymysłem w stu procentach fikcyjnym, nawet nie zaczerpniętym z książek o demonologii, przez co trudno się jej bać. Sceny nakręcone w stylu found footage – choć przyprawiają o dreszcze – są zupełnie nierealistyczne i kiepsko uzasadnione, do tego spóźnione o kilka lat, bo podgatunek ten wypalił się jakieś cztery wiosny temu.

„Wiatr” aka „Demony prerii”

Wiatr

     Film łączy ze sobą podgatunki Weird Westu i folk horroru, przez co wielu widzom jednoznacznie skojarzy się z „Czarownicą” Roberta Eggersa. Odcięte od cywilizacji miejsce akcji sprawia, że mierzą się bohaterowie „Wiatru” z podobnymi problemami, co Thomasin i jej rodzina; w pewnym momencie wprowadza reżyserka nawet demonicznego, białego kozła. Produkcja Eggersa, choć silnie niepokojąca, była też podświadoma, zbudowana w oparciu o siłę sugestii. Emma Tammi również sugeruje, że w otoczeniu Lizzy (C. Gerard) dzieje się coś straszliwego − bo pokazuje to raczej rzadko − ale „Wiatr” wydaje się filmem mniej kompletnym, przeciągniętym i zwyczajnie niewciągającym. Jego slow-burnowa forma zakrawa na odrobinę zbyt spowolnioną; całość bliższa jest horrorowi Treya Shultsa „To przychodzi po zmroku”, który tonął w nadmiernej apatii.

     Interesuje reżyserkę szerokie spektrum ciężkich tematów: seksizm, patriarchat, izolacja, a najbardziej religia (o otwarciu kościoła marzy jedyna sąsiadka bohaterów) i depresja poporodowa (Lizzy traci dziecko tuż po narodzinach). Tych zagadnień nie udało się jednak dostatecznie zgłębić, bo film jest zbyt krótki, a sposób jego montażu budzi rozkojarzenie. „Wiatr” opiera się na scenach retrospekcji, które przeskakują z czasu przeszłego w teraźniejszość i stale rozpraszają uwagę widza. Dużo bardziej imponuje alarmujące nagłośnienie filmu, montaż dźwięku oraz praca operatora. Paleta ekranowych kolorów składa się z odcieni depresyjnych i przeszywająco chłodnych, a sposób opowiadania w znacznej mierze zależy od sposobu obrazowania. Jest więc „Wiatr” narracyjnie kaleki, ale też wysmakowany stylistycznie.

„Zdychaj, tatulku!”

Zdychaj-Tatulku

     W „Zdychaj, tatulku!” mieszają się ze sobą kiczowaty slapstick oraz krwawa stylistyka splattera. Z minuty na minutę do ekstremum nakręca się spirala przemocy, czego przypieczętowaniem może być scena, w której bohaterowi wypadają z jamy brzusznej jelita. Może, ale nie musi – „Zdychaj, tatulku!” to ciąg drastycznie brutalnych scen, powiązanych ze sobą cienką nicią fabuły. Każdy znajdzie tu coś obrzydliwego. Reżyser Kiriłł Sokołow przedstawia galerię postaci drugoplanowych, a większość z nich to niezgrabne karykatury, których jedynym celem istnienia jest efektowny skon. Gdy któryś z uczestników akcji ginie, reżyser nie pozostawia reszcie ani chwili na zbędne sentymenty – masakra toczy się dalej.

     Wszystkie postaci są w filmie przejaskrawione, do przesady groteskowe. W każdej ze scen dialogi przyćmiewa gromka muzyka, która w swym nadmiarze wydaje się wręcz mdląca. Sokołow nie nakręcił swego debiutu z umiarem i wyczuciem – gagu czy tonu; nafaszerował go oczywistymi inspiracjami, przekontrastował sytuacje ekranowe. Do przesady przypomina „Zdychaj, tatulku!” zarówno kino zemsty Parka Chan-wooka, jak i sztandarowe pozycje w dorobku Tarantino.

„Nightmare Cinema”

Nightmare-Cinema-2018

     Infantylnie śmieszna i przeszywająco upiorna, superkrwawa i telewizyjnie zachowawcza. Taka właśnie jest antologia „Nightmare Cinema”, w której Mickey Rourke wciela się w postać podejrzanego Kinooperatora. Na jego sali pokazywane są filmy zadziwiająco osobiste i odzwierciedlone w rzeczywistości: przekonuje się o tym grupa nieszczęśników, na ekranie oglądających właściwie siebie samych. Brzmi to wszyscy bardzo surrealistycznie, choć całość jest mniej wydumana niż na przykład „The Theatre Bizarre” z 2011 roku.

     „Nightmare Cinema” to efekt współpracy pięciu skrajnie różnych reżyserów, między innymi Ryūheia Kitamury i Joe Dantego. Historie średnio przystają do siebie nawzajem, a przeplatający kolejne segmenty wątek Kinooperatora jawi się jako pomysł nierozwinięty, umieszczony w filmie z konieczności (ktoś musi wyświetlać bohaterom ich własne koszmary na dużym ekranie). Najlepszy segment stanowi dekonstrukcję klasycznego kina slash-and-hack, miesza horror z B-klasową fantastyką naukową. Najsłabszy wzorowany jest na horrorach Argento, ale zamiast opiewać włoskie szaleństwo, chce je prześcignąć. A przecież nie da się przebić tego, co już zapisało się w świadomości jako świętość.

„Szkółka przetrwania”

Body-at-Brighton-Rock

     Niech Was nie zwiedzie zabarwiona erą filmów giallo ścieżka dźwiękowa: pierwsze akordy zapowiadają, że „Szkółka przetrwania” to throwback horror, który będzie oglądało się z przyjemnością, ale jest zupełnie inaczej. Ta prosta historia o dziewczynie, która gubi się w lesie i odkrywa zwłoki turysty, dłuży się bardziej niż ekranizacje polskich lektur. Nie wiemy, czy martwy mężczyzna został zabity, czy może zginął przypadkiem i reżyserka, Roxanne Benjamin, też wydaje się pogubiona. Pojawiają się tu elementy slashera, ghost story, a nawet scena z zombie, ale scenariusz jawi się jako pierwszy, niedopracowany draft przyszłego materiału, a minimalizm wcale mu nie popłaca. Dialogi są oczywiste, zwrotów akcji jest zbyt mało. Za sprawą odtwórczyni roli głównej, Kariny Fontes, filmu nie da się traktować poważnie: jej bohaterka jest irytująca, więc irytujący manieryzm Fontes w niczym tu nie pomaga… Wendy to chodząca porażka, a przy tym antypatyczna postać – jej przemiana, której przyglądamy się pod koniec filmu, nie wydaje się autentyczna. Benjamin ma za sobą kilka bardziej wydarzonych dokonań: w tym segment antologii „Southbound”. „Szkółka…” nie jest horrorem równie stylowym i wciągającym, a jej feministyczne przesłanie wydaje się dopisane na siłę. Plus za fajny dla oka setting.

„Hell House LLC III: Lake of Fire”

Hell-House-LLC-III

     Kolejny rok, kolejny „Hell House LLC”. Utrzymana w konwencji faux-doc seria horrorów doczekała się swego domknięcia. Odsłona „Lake of Fire” jest marginalnie lepsza od tej ubiegłorocznej, ale należy zaznaczyć, że to straszak bez reszty wtórny, fabularnie bardzo podobny do swoich poprzedników. Znów dwie trzecie filmu wałęsamy się po nawiedzonej noclegowni, a w finale rozpętuje się piekło – tym razem dosłownie. Świetna jest w „Lake of Fire” tak naprawdę tylko jedna scena: natarcie zakapturzonych istot z innego wymiaru. Nieźle ogląda się wędrówki zuchwałej bohaterki po piwnicy i jej spotkanie z manekinem klauna – który, oczywiście, ożywa. Identyczną sekwencję widzieliśmy zarówno w „jedynce”, jak i „dwójce”. Trzecia odsłona „Hell House LLC” nie jest tak efektowna, jak pierwsza; wciąż udziela się brak budżetu – sequel powstał za te same marne pieniądze, co filmy sprzed roku i lat czterech. Cognetti wprowadza przed kamerę całą masę postaci, z których większość otrzymuje kilka, kilkanaście minut czasu ekranowego. Mało rozumne wydaje się zakończenie, w którym postaciom odrobinę zbyt łatwo przychodzi pogodzenie się ze straszliwą tragedią. Jak na drugi sequel no-budgetowego horroru found footage całość ogląda się jednak nieźle. Niemal w każdej scenie musimy gorliwie studiować kadr, bo to w jego tle kryją się upiory – jest w tym pewna zabawa.

„Itsy Bitsy”

Itsy-Bitsy-Bruce-Davison

     Jako fani kina grozy mamy pecha do horrorów o przerośniętych pająkach – to podgatunek, w obrębie którego prawie nigdy nie udaje się stworzyć niczego przyzwoitego. Jeśli macie co do tego wątpliwości, odsyłam na przykład do filmidła z Davidem Arquettem sprzed siedemnastu lat… „Itsy Bitsy”, nowa produkcja Shout! Factory, miała odwrócić złą passę, ale nic z tego – efekt końcowy nie jest zbyt porywający. W filmie tym samotna matka przeprowadza się na wieś wraz z dwójką dzieci. Rodzina wprowadza się do domu, którego właściciel – podstarzały archeolog – znajduje się w posiadaniu egzotycznej skamieliny. W jej środku spoczywa krwiożerczy szczękoczułkowiec o ośmiu odnóżach. „Itsy Bitsy” trzyma w napięciu kiedy trzeba, ale to raczej rzadkość – całość cierpi z powodu śladowego dynamizmu. Bardziej od ataków wielkiego pająka interesują reżysera Micah Gallo wątki dramatyczne: lekomania matki, kiepsko kamuflowany przez nią gniew, rodzinne rozbicie. Jak na ten typ horroru tematyka jest zbyt mocna, kiepsko dopasowana do kontekstu. Świetne są za to efekty specjalne autorstwa Gallo – ma on na koncie pracę m. in. przy „Toporze”. Pajęcze wydzieliny i narodziny kolejnych kreatur prowokują odruch wymiotny – możecie traktować to jako zachętę do seansu, nawet jeśli sam film jest raczej kulawy.

„Dead Trigger – Oddział śmierci”

Dead-Trigger-Lundgren

     Dolph Lundgren nie raz dowiódł, że ma nosa do teoretycznie trashowych filmów, które wcale nie okazują się kulawe (przykład: „Don’t Kill It”). Nie rozumiem więc, co pchnęło go w objęcia Scotta Windhausera; może perspektywa zafarbowanej głowy i nostalgicznego powrotu do przeszłości. Lundgren przypomina w „Dead Trigger” Franka Castle’a. Bronią palną wymachuje z równie dużą wprawą, a do tego pozuje na bad assa już nie 30-, lecz 60-letniego. Z tego powodu w niejednym sercu film obudzi stare afekty i niejednemu widzowi posłuży za nieoficjalną kontynuację „Punishera”. Tyle że klasyczna adaptacja Marvela (tak, chodzą po tym świecie osoby uznające ten tytuł za niszowy klasyk) miała w sobie grację, jakiej Windhauser nie potrafił odtworzyć. Zombie horror na ogół nie jest gatunkiem wymagającym, a gdy łączy się z kinem akcji, urasta wręcz do rangi filmowego łubu-du. Ale strzelaniny i rozwałkę też trzeba umiejętnie przedstawić, a reżyseria „Dead Trigger” mocno szwankuje.

     Nie brakuje w filmie pokaźnego body countu, lecz rozlew krwi wygenerowano komputerowo. Współcześni twórcy efektów specjalnych często mają tendencję do bagatelizowania i tutaj dobitnie rzuca się to w oczy. „Dajmy widzom gore, ale będą musieli zadowolić się wstrętnym CGI, bo tak wyjdzie taniej”. Jeżeli kadry od efektów myślały w takich kategoriach, to przepraszam − ja tego nie kupuję i wątpię, bym był w tej decyzji osamotniony. Jeśli rekomendacja rzędu: „oglądalny” − albo jeszcze lepiej, „film fabularny, kolorowy” − dużo dla Was znaczy, dajcie produkcji Windhausera szansę.

„Deep Murder”

Deep-Murder-Bttm

     Nick Corirossi, odpowiedzialny m. in. za produkcje spod szyldu „Funny or Die”, zapewniał, że jego „Deep Murder” to jeden z najoryginalniejszych komedio-horrorów roku, ale w istocie film nie jest żadnym objawieniem: fabuła pozostaje szczątkowa, metody uśmierceń kolejnych postaci nie imponują, a wprowadzając do scenariusza zabójcę ze śmiercionośnym dildo, „zapożyczył się” reżyser u innych twórców… „Deep Murder” ma fajny premise – jego bohaterowie żyją w świecie softcore’owego porno i muszą rozwikłać zagadkę brutalnego zabójstwa o seksualnym podłożu – ale to tylko punkt wyjścia dla nudnych zdarzeń. Corirossi nie udźwignął ciężaru tej historii, choć nie był on wcale wygórowany. Wyraźnie widać tu konflikt koncepcji: film za mało przypomina tandetne kino erotyczne ze Skinemaxu, a zanadto improwizowaną komedyjkę, kręconą przez grupę znajomych dla siebie samych. Horroru uświadczymy w „Deep Murder” mało i zawsze jest on bardzo niezgrabny – podobnie zresztą jak muzyka, która w niczym nie przypomina tej rutynowej z filmów XXX (bow-chicka-wow-wow!), a oparta jest na randomowych, syntezatorowych akordach.

„Impostor”

Impostor-Podsumowanie-Roku

     Irlandzki debiutant Lee Cronin przygląda się w „Impostorze” matczynym lękom, próbuje zgłębić tematykę rodzicielstwa w chwili bezdennego kryzysu. Wśród inspiracji, które pochłonęły reżysera – warto dodać, że jest jego horror odtwórczy – znalazły się „Inwazja porywaczy ciał”, „Babadook” oraz nowelka Johna Connolly’ego „The New Daughter”. Nadmierne jest też podobieństwo do „The Hollow Child” Jeremy’ego Luttera (2017): obie produkcje powstały mniej więcej w tym samym czasie, więc nie wysnuję teorii o plagiacie. Choć mało oryginalny, jest „Impostor” oparty na świadomych decyzjach artystycznych. Powolne zbliżenia kamery, złowieszcze dolly zoomy, obiektyw gorliwie obejmujący mgliste, oświetlane tylko latarką przestrzenie – wszystko to sprawi, że docenicie kunszt Cronina. Gdyby nie nadmiar jump scare’ów, film oglądałoby się dużo lepiej.

„Synchronic”

Synchronic

     Wciągający thriller science-fiction z pomysłową, chwilami mocno zaskakującą fabułą. Podejmuje dawno już przewałkowany temat wyjściowy, ale potrafi w jego obrębie powiedzieć coś nowego. Nie należy może do grona najbardziej oryginalnych filmów roku, ale w pewien sposób wciąż stanowi powiew świeżości. Reżyserzy robią użytek z mistycznych, nowoorleańskich plenerów, w pierwszym akcie filmu czarują niedopowiedzeniami i atmosferą tajemniczości. Zdobywają się też na komentarz społeczny, odwołując się do nietolerancji rasowej, która przez dziesięciolecia dławiła czarną Amerykę. „Synchronic” jest słabszy niż „Spring”, ale wyraźnie lepszy od „Endless”. To również najbardziej mainstreamowa pozycja w dotychczasowym dorobku duetu Benson–Moorhead.

„Zakonu Świętej Agaty”

Zakon-Swietej-Agaty-Podsumowanie-Roku

     Różaniec upleciony ze znanych i lubianych motywów, przeplatający ekstremalny gore ze stylistyką giallo, straszący zakonnicami i hipokryzją religii. Film pobrzmiewa echem kina nunsploitation: mężczyźni goszczą na ekranie rzadko, a perwersje, jakich dopuszczają się „służebnice boże”, są oznaką kiepsko skrytego sadyzmu i mają wymowę homoerotyczną. Bousman wyzyskuje swoje postaci, jak tylko może, czasem stosując tortury rodem z „Martyrs. Skazanych na strach”. Na niekorzyść „Zakonu Świętej Agaty” wpływają dłużyzny oraz liczne, choć niewiele wnoszące flashbacki.

„The Intruder”

The-Intruder-2019-Quaid

     Film oparty na sprawdzonych schematach, wywołujący uczucie déjà vu. Pełen jest dziur logicznych, a jego łopatologia i wykładanie wszelkich informacji na ławę – nawet tych, które każdy będzie w stanie wydedukować – obraża inteligencję widza. Skrojony został tak, aby przypominać „Pacific Heights” – co nie dziwi wcale, wystarczy bowiem przeczytać opis fabuły i skojarzenia nasuwają się same. Sprawdza się za to Dennis Quaid w naprawdę przegiętej kreacji, której nie powstydziłby się Nicolas Cage. Aktor świetnie wymachuje siekierą, a niepoczytalność jego bohatera broni się sama – wystarczy wspomnieć scenę z lusterkiem powiększającym twarz.

„Satanic Panic”

Satanic-Panic

     Twórcy nie potraktowali „Satanic Panic” zbyt poważnie. Z jednej strony – nie musieli, bo groza przeplata się tu z absurdalnym humorem, ewentualnie groteskową makabrą. Pod koniec seansu towarzyszy jednak widzowi poczucie straconego czasu, a sam film podsumować można najwyżej jako krwawą głupotkę. „Satanic Panic” trwa przynajmniej o kilkanaście minut dłużej, niż powinien. Efekty gore bywają tu niezłe, ale mogły robić większe wrażenie: w końcu mówimy o produkcji Fangorii. Największy atut filmu to role aktorskie: przede wszystkim manierycznej Arden Myrin, w mniejszym stopniu dawno niewidzianej Rebecci Romijn.

„Slasher Party”

Slasher-Party-Zdorovetskiy

     Nie do końca wiadomo, czym jest „Slasher Party”. Krytyką millenialsów? Próbą wskrzeszenia filmowej parodii? A może po prostu, jak tytuł wskazuje, krwawym, popcornowym horrorem, zupełnie pozbawionym wartości artystycznej? Projekt Villalobosa jest zbyt banalny, by poddać go głębszej analizie. Grupa osób kompulsywnie uprawiających attention whore’ing zamknięta zostaje w odgrodzonej willi i musi odpierać ataki uzbrojonego szaleńca – ot, „Slasher Party” w pigułce. W finale odnosi się reżyser do słynnego, warholowskiego powiedzenia o piętnastu minutach sławy: w 2019 roku dosłownie każdy może zostać znany i dla starszego pokolenia okazuje się to problematyczne, bo młodzi zabierają mu miejsce przed kamerą. Jak wiadomo, desperackie czasy wymagają stosowania desperackich środków.

„The Furies”

Furies-The

     Slasher wyraźnie girl-powerowy, ceniący sobie kobiecą siłę. Uprowadzone bohaterki muszą dowieść, że potrafią zadbać o swoje bezpieczeństwo i co rusz odpierają ataki chorych zwyroli. Poniekąd feministycznemu przesłaniu można przyklasnąć, choć twórcy nadal dają pannom w kość: jednej z nich zostaje… odrąbana twarz – okazuje się, że ten z pozoru niewykonalny manewr jest w gruncie rzeczy możliwy. Sprawiają „The Furies” wrażenie horroru rozjuszonego i pisanego gniewem, chociaż finalnie jest on mniej napastliwy, niż zakładają twórcy. Scena końcowa rozczarowuje naiwną i mało racjonalną konkluzją, a po drodze źle dopasowano do kontekstu humor sytuacyjny – na przykład, gdy brutalny zabójca w popłochu zwiewa przed wkurzonymi dziewuchami.

„Starfish”

Starfish

     Hybryda horroru, fantastyki naukowej oraz art-house’owego dramatu o przepracowaniu żałoby. Pomimo niewielkiego budżetu jest to również sugestywna wizja apokalipsy i ciekawy eksperyment audiowizualny: nie powstał w 2019 roku drugi film choć trochę przypominający „Starfish”. Gratka dla entuzjastów offowej wrażliwości, niejednoznacznej grozy na miarę „Pontypool” i chyba przede wszystkim talentów Virginii Gardner – gwiazdki kina gatunkowego, która ma sporą szansę na zrobienie wielkiej kariery w Hollywood.

„Godzilla II: Król potworów”

Godzilla-II

     Nowa odsłona MonsterVerse rozwleczona została do granic możliwości, a ponadto usłano ją infantylnymi one-linerami. Film nie ekscytuje ani trochę, bo walki potworów Kaiju stają się w pewnym momencie powtarzalne, w kółko wykazują ten sam rytm. Realizacji technicznej niczego wprawdzie nie brakuje – niech za przykład posłuży natarcie morskiego giganta na meksykańskie miasteczko – ale przesadą byłoby uznanie „Godzilli II” za film wizualnie oszałamiający. Powstało kino mdlące, boleśnie studyjne, przede wszystkim łechtające gusta niedzielnego kinomana.

„Klaun Wrinkles”

Wrinkles-the-Clown

     Spojrzenie na współczesną legendę miejską – w tym wypadku prawdziwą, bo tytułowy Klaun istnieje w rzeczywistości. To film o obecnych, szalenie toksycznych czasach; o tym, jak bardzo potrzebujemy ucieczki w świat złudzeń. Wrinkles dużo ciekawszą postacią wydawał się jeszcze kilka miesięcy temu, zanim film o jego poczynaniach ujrzał światło dzienne. Michael Beach Nichols odebrał internetowemu fenomenowi enigmę, a jego dokument sprawia, że Wrinkles, jako straszny klaun, o którym z początku nic nie wiedzieliśmy, jest już dużo bardziej czytelny. Film obiecuje więcej, niż jest w stanie zaoferować; brakuje mu głębszego namysłu.

„Depraved”

Depraved

     Wyjątkowy przypadek, w którym horror dystrybuowany przez IFC Films nie jest zbyt udany. „Depraved” to średnia, niezbyt spójna próba wskrzeszenia „Frankensteina”. Kiedy trzeba historia jest enigmatyczna i niedopowiedziana, ale roi się tu również od oczywistości (imię cudownego potwora to biblijna alegoria). Joshua Leonard występuje w filmie jako mało złowieszczy, szalony naukowiec o hipsterskiej stylówie; ciekawsze są kreacje Aleksa Breaux i Addison Timlin. Jako horror „Depraved” zalatuje tandetą – zwłaszcza w swym niekompatybilnym finale. Trochę lepiej ogląda się go jako quasi-egzystencjalny dramat, opowieść o pokłosiu zabawy w Boga.

„Glass”

Glass-2019

     To miała być jedna z ważniejszych premier roku. Niestety, twórcom zabrakło werwy, role aktorów są rzemieślnicze, a całość rozczarowuje jako sequel dużo treściwszego „Niezniszczalnego”. „Glass” nie sprawdza się ani jako dekonstrukcja kina o superbohaterach, ani trzymający w napięciu dreszczowiec. Widowiskowość wybranych sekwencji tylko napędza spiralę frustracji: wiemy, że Shyamalan to zdolna bestia, wiemy, że stać go na więcej.

„Head Count”

Head-Count-Podsum.-Roku

     Elle Callahan pogrywa z utartymi, horrorowymi schematami, budując na ich kanwie film, który potrafi zaskakiwać, przez większość seansu wciąga, a ponadto nie przypomina niczego innego, co w tym roku wypuszczono. Wykazuje się reżyserka dyscypliną, zamiast szokować czy obrzydzać brutalną przemocą, woli toczyć ze swoimi postaciami psychologiczne gierki. Niestety, na niewiele się to zdaje w akcie finałowym, który nuży, przynosząc nieciekawą konkluzję. Bohaterowie „Head Count” są ledwo rozpisanymi wydmuszkami, a epilog nie odpowiada na najbardziej nurtujące widza pytania.

„Braid”

Braid-Madeline-Brewer

     Wyjątkowo wymęczony film, zanadto problematyzujący wcale nie tak skomplikowaną historię. Zacierają się w nim granice między tym, co rzeczywiste i wyśnione, całość podyktowana została raczej impulsami reżyserki – chcącej dorównać najlepszym surrealistom – niekoniecznie zdrowym rozsądkiem. „Braid” bywa intrygujący i nie odmówimy mu sznytu wizualnego, ale to za mało: niektórzy uznają projekt za wydmuszkę. Pomysłów reżyserce nie brakuje, ale realizacja filmu pozostawia sporo do życzenia.

„Eli”

Eli-Netflix

     Mocny finał i perspektywa sequela na horyzoncie. Tylko, czy aby na pewno tej kontynuacji potrzebujemy? Film zbudowany został na bezpiecznych – żeby nie napisać sztampowych – jump scare’ach, a o jego istnieniu zapomina się kilka dni po obejrzeniu. Całość jest dość monotonna i nieprzekonująco zagrana.

„Harpoon”

Harpoon

     Mdły, pozbawiony ikry film, którego wielką słabością okazuje się powolne tempo i ograniczone miejsce akcji. Trochę opowieść ku przestrodze, po części krytyka podwójnej moralności, przede wszystkim jednak komedio-horror, który odarty jest zarówno z suspensu, jak i strawnego humoru. To opowieść o hipokryzji i trójce obrzydliwych osób, dla niepoznaki nazywających się „przyjaciółmi”. Tytuł okazuje się mylący: film nie jest krwawy, a na bohaterach nie zostaje przetestowany żaden harpun. Szkoda.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s