Filmowe podsumowanie 2019 roku: 13 najgorszych horrorów

Honorable” mention: „Iron Sky. Inwazja”

Iron-Sky-The-Coming-Race

     Szczerze? Jedynym pozytywnym aspektem „Iron Sky. Inwazji” jest Kit Dale w roli oficera ochrony, Malcolma. Poza tym film mógłby w ogóle nie powstawać, bo w niczym nie przypomina „jedynki”, jest zdezintegrowany, do tego nakręcono go bez polotu i głębszego namysłu. Dno dna, któremu nawet wielcy tego świata, przedstawieni jako reptilianie, w niczym nie pomagają…

13. „The Night Sitter”

The-Night-Sitter-2018

     Nieudany throwback horror, próbujący hołdować starej, dobrej włoszczyźnie. Wątek świąteczny wpleciono do scenariusza na siłę, byle uzasadnić użycie neonowych, ostrych świateł. Role aktorskie trącą amatorstwem, trochę więcej wprawy wykazuje operator zdjęć – ewidentnie rozmiłowany w archaicznych giallach. Film wysyła jednak widzom naganne sygnały: takie, że biedni mogą okradać bogaczy i powinno im to ujść płazem, że kobiety mogą wykorzystywać mężczyzn do własnych celów, że niemęski facet to już nie facet, a parodia. W 2019 roku horrory starają się eliminować ze swoich słowników pojęcia jak seksizm czy stereotypy płciowe, ale duetowi Abiel Bruhn–John Rocco chyba nic o tym nie wiadomo.

12. „Blood Bound”

Blood-Bound-2019

     Wyjątkowo niespójny horror, który rozpoczyna się jak home invasion z niższej półki, a potem przeplata ze sobą stertę nudnych klisz, najbardziej obstając przy wątku mściwych wiedźm i tajemnych rytuałów. Twórcy łudzą się, że powstaje w ich rękach dobry art house, może nawet współczesny odpowiednik „Dziecka Rosemary”, ale nie imponują nawet namiastką talentu; do tego pozbawieni są wyobraźni, nie umieją opowiadać w sposób nienaśladowczy. Z ekranu straszą co najwyżej swobodnym przedstawianiem kazirodczych flirtów.

11. „Hex”

Hex-Bttm

     Po emisji na Raindance Film Festival głośno zrobiło się o nakręconym w Azji horrorze „Hex”. Jego ocena na IMDb zastanawiająco szybko rosła w górę i jeszcze pół roku temu wyniosła… 8,8/10. Miałoby to równać produkcję Rudolfa Buitendacha np. z „Pulp Fiction” czy „Dobrym, złym i brzydkim”. Nietrudno zgadnąć, że wyciągnięta na bazie ponad tysiąca głosów ocena to wynik pracy fejkowych kont. „Hex” odwołuje się do mitologii ludowej Kambodży, robiąc to szalenie nieudolnie. Egzotyki nie ma w tym wcale: groza orientalna bardzo przypomina tę, która znana jest przeciętnym zjadaczom popcornu, a bać mamy się demonicznych objawień oraz groźby opętania. Miejsce akcji też nijak nie zostaje wykorzystane, bo kolejne sceny najczęściej toczą się w hotelowych pokojach lub plażowych barach – nie w dzikich dżunglach czy plugawych, ciemnych uliczkach nastawionego na seksturystykę miasta. W wybranych recenzjach pisano o „Hex” jako o horrorze psychologicznym, ale to obraz zbyt płytki, postaci przedstawiający soap-operowo. Nie jest to straszak równie nędzny, jak nakręcony w Tajlandii „Pernicious” (boże, uchroń!), ale wycieczki tej wciąż nie zaliczam do udanych.

10. „Empathy, Inc.”

Empathy-Inc

     Techno thriller, po którego zakończeniu w głowie zostaje pytanie: „co to, u licha, było?” Film zaczyna się nieźle, bo jego bohater mierzy się z problemami dobrze znanymi większości z nas. Teściowie za bardzo ingerują w jego związek, źle dobrane inwestycje się nie zwracają, co skutkuje kłopotami finansowymi. W akcie drugim wprowadzona zostaje głupotka: kask wirtualnej rzeczywistości, oczywiście powodujący, że zacierają się u Joela granice między VR-em a tym, co prawdziwe. Bohater poświęca się kolejnemu startupowi, który wyssie z niego życie – tym razem dosłownie. Trzeci akt jest już tak naciągany i nieprzekonujący, że widzowi towarzyszy tylko poczucie straty cennego czasu. „Industrialne” zdjęcia, przypominające o „Głowie do wycierania”, i ciekawa technika montażu dosłownie w jednej scenie to za mało – „Empathy, Inc.” zwyczajnie nie zasługuje na pozytywny komentarz, a twórcom nie należy się żadna empatia.

9. „Sekretna obsesja”

Sekretna-Obsesja-Bttm

     Netflix nie przestaje rozczarowywać. „Sekretna obsesja” to najsłabszy platformowy original od czasu „Mute” z Alexandrem Skarsgårdem. Film jest do bólu schematyczny, podąża najbardziej oczywistymi ścieżkami narracyjnymi, a jego zakończenie przewidzi każdy, kto zapoznał się z krótką, netfliksową zajawką. To kolejny thriller o damie w opałach i czarującym porywaczu: tym razem o uwięzioną bohaterkę „dba” jej rzekomy mąż, chociaż dziewczyna nie może zweryfikować, czy facet jest tym, za kogo się podaje – nie, bo obudziła się z amnezją po tajemniczym wypadku. „Sekretna obsesja” jest nieciekawa, kiepsko zainscenizowana, a grającym w niej aktorom nie daje szans na wykazanie się talentem. Jest to autorski projekt Petera Sullivana, twórcy takich „perełek”, jak „Nawiedzona znaleziona” czy „Trujący bluszcz: Tajne bractwo”. Całość podsumować można jako streamingową wariację na temat „Misery” Stephena Kinga, Lifetime’ową propozycję na wieczór z dreszczykiem, która jakimś cudem zwróciła na siebie uwagę giganta rynku VOD. Większe uznanie zyskałaby „Obsesja” kilka lat temu, w fazie raczkowania Netfliksa – dziś w serwisach streamingowych codziennie pojawia się wiele lepszych opcji do wyboru.

8. „Jacob’s Ladder”

JacobsLadderBttm

     Potwierdziły się moje obawy: film, którego premierę odwleka się parę dobrych lat, nie może być udany. To jeden z niewielu przypadków, gdzie zgadzam się, że remake jest zupełnie niepotrzebny. Współczesna wersja „Drabiny Jakubowej”, z Michaelem Ealym w roli przodującej, naprawdę nie ma w ofercie niczego, co wypadło tu lepiej niż w oryginale; całość jest monotonna, pusta i oczywista. W serwisie Rotten Tomatoes „Jacob’s Ladder” utrzymuje średnią ocenę w wysokości 5 proc.

7. „Rambo: Ostatnia krew”

RamboLastBlood-Stallone

     „Rambo: Ostatnia krew” nie jest, oczywiście, horrorem sensu stricto, ale slasherowych inspiracji wyłapiemy tu bez liku. Poza tym, czy to nie straszne, jakim barbarzyńcą stał się wieczny komandos w filmie Grunberga? Seria, która kiedyś pochylała się nad zespołem stresu pourazowego, teraz przesycona jest gore’m, skupia się głównie na wyrywaniu flaków z wciąż żyjących ciał.

     Cała „Ostatnia krew” to splot trzech, czterech wydarzeń, które najczęściej wyzbyte są dramaturgii i pochwalają najgorsze stereotypy. Film powstał jakby z myślą o wyborcach Donalda Trumpa: widza wprowadza w świat agresywnie ksenofobicznej retoryki i rasistowskiego egoizmu. Z każdej strony straszy Meksykanami – wszyscy są źli, obmierźli i sadystyczni, a Stallone dotkliwie ich piętnuje. Jak przedstawiony zostaje sam Rambo? W „Ostatniej krwi” honorowy niegdyś żołnierz to już figura białego zbawcy: ostatni prawilny bohater na głębokim południu, chroniący Latynoskę przed meksykańskimi handlarzami żywym towarem. Nie ma w nim dawnej szlachetności – John Rambo zabija swych przeciwników dla sportu, a potem z upodobaniem bezcześci zarżnięte ciała. Poznajemy w nim psychopatę, jest całkowicie zdehumanizowany, a film przyprawia o moralną czkawkę.

6. „Belzebub”

Belzebuth

     Jak to możliwe, że dwugodzinny film jest za długi o jakieś 3,5 h? Emilio Portesowi się to udało. „Belzebub” – kolejna historia diabelskiego opętania i zła wypierającego dobro – to film, w którym Tobin Bell klepie swoje monologi, nieomal przy tym usypiając, ksiądz od niechcenia wygłasza egzorcystyczne wiersze, a figurki sakralne… ożywają i rzucają do bohaterów one-linerami (alabastrowy Jezus: „dlaczego przede mną nie uklękniecie?”). Horrorów podobnych do „Belzebuba” powstało już bardzo wiele – można je liczyć w dziesiątkach. Ten jest bezdennie głupi, a chwilami – niezamierzenie komiczny.

     Szkodzą filmowi suche rozmowy o wierze i Bogu. W jednej scenie padają słowa: „nawet ateiści są wierzący”. Co poeta-scriptwriter miał na myśli – ciężko powiedzieć. Całość wykonano kompetentnie, a zmontowano pomysłowo i atrakcyjnie – nawet trochę nie dziwi fakt, że zawędrował „Belzebub” aż do polskich kin (to produkcja meksykańska). Projekt wydaje się jednak bezpiecznie rozegrany i przez to nudny. „Belzebub” trwa godzinę i pięćdziesiąt pięć minut, a większość scen przemocy i tak jest poucinana. W scenie pierwszej mordowane są noworodki. Pokłosie brutalnej zbrodni nie jest, niestety, zbyt straszliwe: widzimy tylko kontury małych ciałek, skryte pod szpitalną płachtą. Mogli być twórcy bezczelni, zuchwali, podli, pozbawieni skrupułów. Mogli złamać tabu i przekroczyć granice. Ich film pokazuje, że niektóre horrory wolą stać w miejscu. Stagnacja nikomu raczej nie imponuje.

5. „Among the Shadows”

Among-the-Shadows-Bttm.jpg

     Ponad dekadę temu widzowie i krytycy narzekali na inny horror z udziałem Lindsay Lohan, „I Know Who Killed Me”. W porównaniu z „Among the Shadows” był to majstersztyk. Film próbuje być stylowy i atrakcyjny dla oka. Staraniom tym zawdzięczamy chłodną, lazurową kolorystykę zdjęć − która poza przykuwającą tonacją nie ma żadnego uzasadnienia. Kłócą się z nią tandetne i wymuszone sceny seksu, bliskie softcore’owej pornografii. Czego jednak spodziewać się po wilkołaczym kinie „grozy”, w którym główna heroina ma na imię Kristy Wolfe? Absolutną porażką okazuje się nadmiar słabego CGI. Film tonie w efektach komputerowych − do tego stopnia, że Lohan, jego główna gwiazda, najczęściej nawet nie przebywa w tym samym pomieszczeniu, co inni aktorzy. Z green screena jej postać wycięta została co najmniej niekompetentnie; niekiedy zastępuje ją nieudolnie ucharakteryzowany stand-in.

4. „Trick”

Trick-Lussier

     Quasi-oldskulowy slasher, w którym gardła niezliczonych ofiar szlachtowane są w rytm zapalczywego, orkiestrowego soundtracku – takiego rodem z najntisowego teen horroru. Nie brak tu dramatycznych zwrotów akcji i pojedynków z zamaskowanym geniuszem zbrodni, a jednak elementu zaskoczenia szukać można całkiem na próżno. „Trick” to kompletnie niezajmujący slasherowy revival. Nie udał się po całości, co ciężko zrozumieć: Lussier przez lata montował przecież filmy Wesa Cravena.

     Z dawnej biegłości nie zostało najwyraźniej wiele, bo „Trick” to horror pocięty z wprawą godną montażysty weselnego. Jest wtórny i usypiający, przydługi przy dziewięćdziesięciu kilku minutach trwania. Zabójstwa postaci – ledwo rozbudowanych – szybko stają się odtwórcze; wyróżnia się tylko jeden akt brutalności: ten, gdzie gliniarz traci głowę w staniu z „gilotyną” rodem z serii „Piła”. Zupełnie nie dba Lussier o to, by zachowano poczucie ciągłości. Tak oto film, którego intryga osnuta została wokół święta halloween, toczy się w zimowej scenerii.

     Głównego antybohatera – nastolatka, który zarżnął grupę rówieśników – odwiedzamy w szpitalu. W jednej chwili, pogrążony w katatonii, wygląda jak największa ciamciaramcia wśród zamaskowanych rzeźników. W drugiej zaś przeistacza się w Michaela Myersa na końskich sterydach i wybija pół personelu. Postrzelony kilkukrotnie, wypada przez okno. Spada z wysokości ponad siedmiu metrów, prosto pod samochód – co więcej, wcześniej przebito mu brzuch pogrzebaczem. Chłopak ucieka w te pędy spod kliniki i wskakuje do lodowatej rzeki, by odpłynąć w siną dal. Jest jak Jason X po kosmicznej mutacji – tyle tylko, że „Trick” nie należy do gatunku fantastyki naukowej.

3. „Corporate Animals”

Corporate-Animals-2019

     Trudno uwierzyć, że „Corporate Animals” to film w reżyserii Patricka Brice’a. Tego samego, który dał nam „Creepa” – dreszczowiec uderzający prostotą, a przerażający realizmem – oraz jego sequel. Nowy projekt Brice’a nie robi użytku ani ze swej fabuły (a przynajmniej jej rysu), ani z obsadzonej w roli „głównej” Demi Moore. W horrorze tym (dawkującym na równi grozę i śmiechy) termin „man-eat-man society” potraktowany zostaje odrobinę zbyt na serio. Grupa współpracowników zostaje uwięziona w jaskini i próbuje odpierać od siebie myśli o kanibalizmie. Nie jest łatwo: wszyscy działają sobie wzajemnie na nerwy. Soczyście deadpanowego humoru znajdziemy tu mało, a satyra na kulturę korporacyjną okazuje się tępa. Film jest przegadany, dywagujący, ciężko na nim wysiedzieć. Źle się go ogląda, bo zaimplementowane oświetlenie planu nie stawia bohaterów w centrum zdarzeń. Zupełnie nie wykorzystano potencjału Moore, spychając ją na aktorski margines – sama rola też sprawia wrażenie wychichranej. Jeśli śmieszą Was sceny, w których rany cielesne układają się w usta śpiewające piosenki Britney Spears (!), możecie dać „Corporate Animals” szansę. Wierzę jednak, że film lepiej sprawdziłby się jako odcinek „The Office”.

2. „Herezja”

Herezja-Bttm

     W dobie popularności horroru sakralnego „Herezja” mogła okazać się strzałem w dziesiątkę. Wystarczyła garść trafionych jump scare’ów, należyty szlif wizualny i przytomny reżyser. Z Hyatta jednak żaden James Wan, na czym jego film cierpi. Chwilami nie sprawia on wrażenia nawet marnej kopii, a niezamierzonej parodii. Demoniczne oblicza kolejnych opętanych zakonnic nie zrobią na Was większego wrażenia: niektórym aktorkom kazano jedynie założyć „upiorne” soczewki i pomazano im policzki tanią farbą. Upodobał sobie reżyser sceny, w których podkręcony akustycznie, kobiecy krzyk przerywa martwą ciszę, upodobał sobie fetyszyzm oczu (które można wydłubywać, wpychać do środka czaszki, sami dopowiedzcie sobie, co jeszcze – na pewno się nie przeliczycie). Wszystko to świadczy o ciągotach do banału. Szkoda tylko, że wykorzystane w filmie efekty specjalne są co najwyżej specjalnej troski – całość jawi się bowiem jako sztuczna i wymuszona. Jeśli naszła Was chęć na mocne kino z wątkiem zakonnym w tle, polecam znakomite „Diabły” Kena Russella. Obie produkcje zrealizowano w Wielkiej Brytanii i… to wszystko, co je łączy.

1. „Howlers”

Howlers-Collins.jpg

     Okazuje się, że wciąż nie pokazano w kinie wszystkiego. Kto jeszcze kilka lat temu pomyślałby, że powstanie wilkołaczy western z postacią centralną wzorowaną na takich figurach, jak Clint Eastwood i… Scott Adkins? Myślę, że nikt. A w przypadku „Howlers” to zaledwie wisienka na zakalcu. Akcja filmu rozpoczyna się w 1863 roku: gdzieś na terenie dzisiejszego Teksasu dochodzi do starcia wiejskiego szeryfa z bandą maniakalnych likantropów. Znikąd wyłania się rewolwerowiec o aparycji herosa z ejtisowych akcyjniaków i spuszcza przerośniętym kundlom łomot. Poświęca się dla dobra osób, których nigdy w życiu nie poznał, i dokonuje żywota. Jednak „tylko” na sto pięćdziesiąt lat. W XXI wieku wojak z Dzikiego Zachodu zmartwychwstaje. Poznaje czczą ślicznotę, która zdumiona jest jego staroświeckim stylem bycia, ale i tak zaprasza go pod swój dach – wnioskując, że jest bezdomny. Daje mu ubrania po zmarłym mężu, byle tylko zdjął swój idiotyczny, skórzany kapelusz.

     Nic nie ma w „Howlers” głębszego znaczenia, a twórcom zupełnie brakuje poczucia humoru. Film nie bawi ani trochę, choć pojawia się w nim gang wilkołaków na motocyklach oraz ninja z czasów wojny secesyjnej, pamiętający zresztą panowanie Dynastii Ming (tak, dobrze przeczytaliście). Zamiast nadać projektowi sens i szlif wykonawczy, reżyser wolał mnożyć absurdy. Film ogląda się jak zlepek męczących, niedopracowanych skeczy, ale śmiać będą się na nich tylko najmniej wymagający widzowie. Chad Michael Collins skazany będzie na dalsze występy w trzecioligowym kinie sensacyjnym, a Sean Patrick Flanery zupełnie już zapomniał, czym jest przyzwoite aktorstwo.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s