Filmowe podsumowanie 2019 roku: 25 najlepszych horrorów (cz. I)

Honorable mention: „Parasite”

Parasite-HM

     Multigatunkowa perła, w której horror miesza się z heistem, a siarczysta komedia ustępuje miejsca rezolutnemu dramatowi. To film elektryzujący, zbudowany na skłóconych tonacjach, pełen szokujących zwrotów w fabule – nie bez powodu rozpływa się nad nim Tarantino. Powoduje, że historię śledzimy jak zahipnotyzowani, a jego wybitnie ukształtowana forma zasługuje na największe nagrody. W 2019 roku żaden inny reżyser nie dokonał tak skutecznej i przenikliwej diagnozy napięć społecznych, jak zrobił to Joon-ho Bong w „Parasite”.

25. „Escape Room”

Escape-Room-2019

     Świetna, pomysłowa scenografia, mnóstwo diabolicznych pułapek, do tego szczypta suspensu. Możemy wybaczyć twórcom i naginanie rzeczywistości do granic, i przewidywalność scenariusza – całość jest bowiem dynamiczna, emocjonująca i dobrze spożywa się ją z piwem w lekki sobotni wieczór. Ten high-conceptowy horror od samego początku prosił o sequel i choć krytycy wydali mu mieszane recenzje, w przyszłym roku doczeka się kontynuacji.

24. „Truposze nie umierają”

Dead-Dont-Die

     Film utrzymany w stylu starszych produkcji Jima Jarmuscha: niespieszny, trochę eklektyczny, o minimalistycznym scenariuszu, który zdaje się zmierzać donikąd. Zgromadzony w nim humor od pierwszych minut ma metareferencyjny wymiar, a gdy na ekranie pojawia się Bill Murray, jako prowincjonalny stróż prawa o zblazowanym spojrzeniu, komediowy potencjał tylko zaczyna rosnąć. „Truposze nie umierają” to deadpanowy riff „Nocy żywych trupów”, apokalipsę zombie ukazujący w krzywym zwierciadle, krytykujący przy tym wszystkim chory konsumpcjonizm obecnej epoki. To film przyjemnie postmodernistyczny, ale niewykorzystujący potencjału wielu zdolnych aktorów. Urywki sceny w radiowozie do złudzenia przypominają podobną sekwencję z „Baterii” Jeremy’ego Gardnera.

23. „Upiorne opowieści po zmroku”

Upiorne-Opowiesci-Po-Zmroku-TOP

     Dobry przykład „gateway horroru”, czyli grozy kontrolowanej, z kategorią „PG-13”. Choć kierowany do młodszej widowni, film może spodobać się także starszemu pokoleniu: przypomina trochę Kino Nowej Przygody, bo bohaterowie próbują poznać nieodkryty przez nikogo sekret i stale pakują się w tarapaty. Kolejne sceny toczą się w znanych fanom horroru miejscach: na polu kukurydzy, w szpitalu psychiatrycznym, w zrujnowanej posiadłości sprzed wieku, do której nikt nie zapuszcza się po zmroku. Nie nazwiemy więc „Upiornych opowieści…” horrorem progresywnym – jak np. „Midsommar” – ale pojawiają się tu dodatkowe pytania. Czy „It” Muschiettiego taki był? Czy 2., 3. sezon „Stranger Things” nadal pozostaje serialem rewolucyjnym? Nie – są to produkcje odbierane jako nostalgia porn i z racji swego hołdującego charakteru nad wyraz cenione także przez starszych widzów. „Upiorne opowieści…” też kultywują tradycję i opiewają fantastyczne tytuły czy postaci. Akcja filmu toczy się w tym samym stanie, co „Noc żywych trupów”, a fragmenty klasycznego zombie-horroru pokazywane są w kinie samochodowym. W sypialni Stelli z plakatu jadowicie spogląda na nas Vincent Price.

     Øvredal przeplata w „Upiornych opowieściach…” klasyczną grozę i problematykę typową dla kina coming-of-age. Nakręcił film o byciu ofiarą w opresyjnej społeczności i o czasach, w których każda inność jest karana. Autorzy scenariusza celebrują jednak tę inność, dają jej szansę się wybronić, pomimo niesprzyjających realiów: akcję osadzono w roku 1968. Ekranowe wydarzenia przedstawiane są w czasach prezydentury Richarda Nixona, a sam film wykazuje antywojenny charakter. Pośrednio wyłania się z filmu obraz Nixona, dla którego ważniejszy od życia samych Amerykanów jest prestiż kraju na arenie międzynarodowej.

22. „Pełzająca śmierć”

Crawl-TOP

     Odpowiednie stężenie wysokooktanowej akcji, dosadnie zilustrowanych scen gore i pełnych napięcia pojedynków z pełzającym antybohaterem. Pełnokrwiste są nie tylko zbliżenia na pożerane przez krokodyla ciała, ale też role przodujące: Kaya Scodelario gra w filmie postać bystrą, o atletycznym wdzięku – równie zawziętą w walce o życie, jak Ellen Ripley z pierwszych „Obcych”. Nie jest to może pozycja, która odstraszy Was od wszelakich kąpielisk – jak przed laty zrobiły to „Szczęki” – ale w kategorii popcornowej rozrywki całość wypada zaskakująco dobrze. Quentin Tarantino (tak, znów przywołany jako autorytet) nazwał „Pełzającą śmierć” jednym z najlepszych filmów roku.

21. „Greta”

Greta-Moretz

     Odrobinę przewidywalny, podszyty kampem thriller o współczesnych obsesjach, którego siłą okazuje się absurd i quasi-komiczny wydźwięk scenariusza. „Greta” odpowiada na pytanie, co by było, gdyby „Pianistka” Hanekego pomyślana została jako „bunny boiler movie”. Wszystkie z występujących w filmie aktorek tworzą role dużo bardziej oddane, niż wymaga tego materiał, ale najlepsza jest Isabelle Huppert. Jej psychotyczne umizgi z minuty na minutę niepokoją coraz zdrowiej; sama kreacja jest perwersyjna i błyskotliwie ironiczna. Projekt ma wprawdzie pulpową formę, ale kiedy trzeba, pozwala też odebrać się „na serio”. Scena koszmaru głównej bohaterki to ciekawy zabieg narracyjny, a stalking w podziemiach metra i motyw upiornych zdjęć, wykonywanych przez Gretę z ukrycia, jeżą włos na głowie. Świetny jest wiolonczelowy soundtrack, bystrze wpleciono w ścieżkę dźwiękową klasyczny utwór „Liebesträume” Ferenca Liszta.

20. „Głowica”

Cutterhead-TOP

     Pełen napięcia, opatrzony komentarzem społecznym slow burn, w którym trójka bohaterów zostaje zamknięta wewnątrz komory ciśnieniowej, w podziemiach metra. Kawał dobrej roboty wykonały kadry od udźwiękowienia: to chyba największy atut filmu, a sceny, w których tężnieje ciśnienie komory, sprawiają, że nam też niemal zatykają się uszy: prawie czujemy ból uwięzionych. „Głowica” jest prosta, ale skuteczna. Prędzej niż na rozwoju akcji jako takiej skupia się na rosnącej panice kolejnych postaci, na uwierającym je konflikcie. Film powstawał w plenerze, to jest na prawdziwym placu budowy, głęboko pod ziemią. Zawdzięcza temu swój naturalistyczny charakter, bo kręcony był z manierą paradokumentalną. Klaustrofobia aktorów jest tak wyraźna, że można by nabrać ją w płuca; całość sprawia wrażenie, jakby nagrywana była na innej planecie.

19. „Brightburn: Syn ciemności”

Brightburn-2019

     Nie wszyscy chcemy w nieskończoność oglądać filmy o dowcipnych, szlachetnych, moralnie jednoznacznych superbohaterach – twórcy „Brightburn” zdają się rozumieć tę potrzebę. Charakterologiczna nieskazitelność nie jest porywająca, czasem zło musi zatriumfować. Brandon Breyer, nasz potencjalny heros, przemienia się w antagonistę: odkrywa w sobie pulsujące zło i wkrótce poddaje się najgorszym instynktom. Widzimy w nim niezrównoważonego Supermana, albo inaczej: kogoś, komu Superman próbowałby porachować kości. Chłopak jest absolutnie diaboliczny, co udało się osiągnąć dzięki przeszywająco chłodnej kreacji Jacksona A. Dunna. Młody aktor sprawia, że Brandon to figura niewzruszona w swym obłędzie, sadystyczna, głęboko odczłowieczona.

     „Brightburn” to w pierwszej kolejności horror – mrocznie sfotografowany, bijący po oczach trochę surrealnym, karminowym oświetleniem planu – a dopiero potem kino superbohaterskie. Inaczej niż na przykład w trylogii „Blade”, wątek dziwacznych mutacji i nadludzkich zdolności zostaje tu zepchnięty na dalszy plan. I jako kino grozy okazuje się projekt Yarovesky’ego sukcesem. Do zalet filmu należą zwłaszcza ostre, obrazowane w bardzo szczegółowy sposób efekty gore. Brandon nie liczy się z wolą osób dorosłych. Obdarzony kosmicznymi supermocami trzynastolatek nie ma zamiaru tolerować zwykłych ludzi: Ziemianie to dla niego marny pył. Ci, którzy podpadają chłopcu, zostają uśmierceni – zresztą w straszliwych okolicznościach. Film jest brutalny i dość grubo ciosany, ale dzięki temu szokuje: trudno bowiem nie wzdrygnąć w fotelu, gdy jedna z postaci musi dociskać do czaszki własną szczękę, bo ta od niej odpada.

18. „Room for Rent”

Room-for-Rent-Lin-Shaye

     Thriller z psychologicznym zacięciem, w którym Lin Shaye nie potrafi poskładać swojego życia do kupy. Jej bohaterka popada w obsesję na punkcie przystojnego sublokatora. Poznajemy kobietę udręczoną, na każdym kroku zmagającą się z przeciwnościami losu i nawet w chwilach, gdy sięga dna, stoimy po jej stronie, licząc na happy ending. Shaye tworzy nieustraszoną kreację, emanuje magnetyzmem, który mocno koliduje z nieczystymi zagrywkami Joyce. W swoim CV nie miała dotąd równie mocnej pozycji – choć dobrze wypadła przecież w „Naznaczonym” i „Sposobie na blondynkę”. Shaye nie boi się ułomności swej postaci. Znajduje się w pozycji ofiary, ale nie pozwala przypiąć sobie takowej łatki. Gra samotną kociarę, która nie tylko czytuje harlequiny, ale też próbuje utożsamić się z ich heroinami; stara się nadać sens starczym latom, nie bacząc na toczone pod nogami kłody. Reżyser zwraca uwagę na problem podeszłego wieku i napływającego ze wszech stron ageizmu, który sprawia, że 70-, 80-latki duszą się w swych zmęczonych ciałach, ale rola Shaya podyktowana została duchem empowermentu.

     Ten wydany straight-to-VOD film łączy w sobie stylistykę Grand Guignol oraz elementy dramatu, dreszczowca o narastającej obsesji i kina psycho-biddy/hagsploitation. Pomimo niedostatków budżetowych po seansie pozostawia lepsze wrażenie niż wiele produkcji Netfliksa, jakimi zostaliśmy uraczeni w tym lub ubiegłym roku. Wszystko za sprawą empatii scenarzysty, który wie, jak przedstawić izolację Joyce w sposób chwytający za serce, wie, jak mówić o jej lękach i codziennych niepokojach.

17. „Horror Noire: Historia czarnego horroru”

HorrorNoireHistoriaCzarnegoHorroru

     „Zawsze kochaliśmy horror. Niestety, bez wzajemności”. Właśnie tymi słowami rozpoczyna się dokument „Horror Noire: Historia czarnego horroru” w reżyserii Xaviera Burgina. „My” to oczywiście Afroamerykanie, a przed kamerą goszczą m. in. Jordan Peele, Tony Todd i Keith David. Tytuł dokumentu zdradza wszystko: omówiony zostaje w nim wkład społeczności afroamerykańskiej w rozwój kina grozy, toczone są dyskusje nad wizerunkiem czarnych postaci (kapłanów voodoo, slasherowych ofiar, odrodzonych herosów) w kolejnych produkcjach. I tych ważnych, i kompletnie dziś zapomnianych. Całość nakręcono z odpowiednią dozą empatii, obiektywizmu i dystansu.

     „Horror Noire” pełni rolę poradnika, dzięki któremu odkryjecie, jakie afroamerykańskie straszaki warte są nadrobienia, które mają coś ciekawego do powiedzenia. Film jest wnikliwy i pouczający, a przy tym ciekawy. Nie wychwala każdego z „czarnych” horrorów, niektóre z nich poddaje ostrej krytyce. Krytykuje też białe przywileje, kulturową dominację i rasizm strukturalny. Burgin rozmawia ze swoimi gośćmi o wykluczeniu społecznym, hollywoodzkich elitach i walce z systemem – to walka, która trwa do dziś i prędko się nie skończy. Jeden z występujących w dokumencie aktorów wspomina, że kiedy prezydentem USA został Barack Obama, niepewnie szeptano o „końcu amerykańskiego rasizmu”. Dziesięć lat później powstał „Horror Noire” – film dowodzący, że o dyskryminacji rasowej wciąż trzeba mówić głośno.

16. „Rany”

Wounds.jpg

     Trzy lata po sukcesie „Under the Shadow” Babak Anvari powrócił z nowym filmem. „Rany” to horror psychologiczny, zainspirowany twórczością H. P. Lovecrafta i Williama S. Burroughsa – gorączkowa opowieść, w której fizyczne obrażenia stają się portalem do obcego świata, a główny bohater doświadcza nadnaturalnych utrapień i co rusz kwestionuje swoją poczytalność. Każde kolejne draśnięcie, każdy uraz, somatyczny czy mentalny, sprawia, że ciało Willa (Armie Hammer) staje się coraz słabsze: mężczyzna odkrywa, że jest wewnętrznie pusty, dochodzi do jego konfrontacji z własną apatią. Pod powłoką przystojnego barmana kryje się słabeusz z wybujałym ego i ciągotami do autodestrukcji. „Rany” nie wykazują może tej samej emocjonalnej złożoności, co „Under the Shadow”, ale irański reżyser i tak dowiódł, że nie jest gwiazdą jednego filmu. Jego nazwisko już teraz kojarzone jest z offową zadziornością i ciekawą wizją. „Rany” to nowe, dość napastliwe spojrzenie na body horror, a najbardziej uderza w filmie realizacja dźwięku: nawarstwienie nieludzkich, rozdzierających hałasów, przemyślany mastering i doskonałe parametry techniczne.

15. „Tone-Deaf”

Tone-Deaf-TOP.jpg

     W ostatnim filmie Richarda Batesa Jr., „Tone-Deaf”, mierzą się ze sobą millenialsi i baby boomers. Pierwszą grupę reprezentuje cyniczna Olive (Amanda Crew), a drugą – Harvey (Robert Patrick), facet przerażony na myśl o modernizacji i postępie cywilizacyjnym. Do tego dumny redneck o morderczych zapędach. Sceny dialogowe z udziałem obu aktorów to złoto w najczystszej postaci. Wystarczy wspomnieć moment, gdy Harvey zbliża się do dziewczyny z tomahawkiem w garści, a ona wypala nagle o uprzedzeniach rasowych i zawłaszczaniu kultury Indian. Narracja prowadzona jest w „Tone-Deaf” w stylu charakterystycznym dla reżysera: opiera się na przebłyskach wspomnień i surrealnych wizjach, zmierzając zarazem w kierunku nieuchronnej katastrofy. Pokręcony storytelling przysporzył Batesowi Jr. grupę wiernych fanów i powinien ucieszyć ich fakt, że czwarta fabuła Amerykanina posługuje się tym samym ciętym, kąśliwym jęzorem, co produkcje wcześniejsze.

     „Tone-Deaf” to udana satyra i niezły (biorąc pod uwagę nazwisko reżysera – tylko niezły) horror. Szaleństwo antybohatera i jego rojenia o wybijaniu pokolenia Y podyktowane zostają nagłym „widzimisię” – żadną tam gruntowną przemianą psychologiczną. Film płynie jednak z tak przyjemnie offbeatowym rytmem, że warto się nad nim pochylić.

14. „Perfekcja”

Perfekcja-TOP

     Film oparty na ciągłym myleniu tropów i rzucaniu kłód pod nogi widzów. Zaskoczy nawet największych niedowiarków, ale należy podejść do niego „na czysto”, nie mając żadnej wiedzy o fabule, nie podglądając trailerów. Stale zmienia się w nim perspektywa bohaterów, zwroty akcji są praktycznie niemożliwe do przewidzenia. Można mówić o „Perfekcji” jako o filmie podzielonym na kilka rozdziałów, tonalnie bardzo zróżnicowanych. Jest on, kolejno: horrorem o nieznanym wirusie, horrorem cielesnym, erotycznym dreszczowcem, reprezentantem nurtu rape and revenge. Pobrzmiewają w nim akcenty torture-pornowe. Całość, jak eksperyment Frankensteina, wydaje się kuriozalna, potworna i trochę groteskowa. „Perfekcja” wymyka się prostym klasyfikacjom: zmierza w określonym kierunku gatunkowym tylko po to, by nagle dokonać ostrego zakrętu; narracyjnie nie zawsze podąża do przodu. Ciekawym zabiegiem okazuje się „przewijanie” filmu wstecz i ukazywanie tych samych zdarzeń z trochę innego punktu widzenia.

     Dzięki dobrze zarysowanym postaciom i ich sekretom „Perfekcję” ogląda się harmonijnie, nawet pomimo przeskoków fabularnych. W roli rygorystycznego wirtuoza znakomicie wypada Steven Weber: dawno nie widzieliśmy go w tak zniuansowanej, wnikliwej i przede wszystkim nietypowej dla siebie kreacji. Film Sheparda opowiada o ludziach, dla których najważniejsze jest obsesyjne dążenie do tytułowej perfekcji. Na drodze do upragnionego celu nie zawahają się skrzywdzić niewinnej osoby, czasem też jej wykorzystać. Zaakcentowany został w scenariuszu problem syndromu sztokholmskiego i związku ofiar ze swoimi oprawcami, choć płynie też z filmu pochwała empowermentu oraz feminizmu.

ZOBACZ WIĘCEJ (miejsca 13–1)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s