Chłopiec o trupim licu. [„Brahms: The Boy II”, 2020]

     Kiedy cztery lata temu na ekranach kin zadebiutował „The Boy”, z Lauren Cohan jako zastraszoną nianią, krytycy nie pozostawili na filmie suchej nitki. Jednak reżyser William Brent Bell zdążył przywyknąć do miażdżących recenzji (to on dał nam takie „perły”, jak „Demony” czy „Zostań żywy”) i nie przejął się ostrzałem za bardzo. Choć o kontynuację, „Brahms: The Boy II”, nikt właściwie nie prosił, jej sukces – w kinach lub później, na DVD/Blu-rayu – jest praktycznie pewien. Horrory o upiornych lalkach ludzkiej wielkości zawsze sprzedawały się dobrze, nawet gdy niewiele widzom oferowały (przykład: „Annabelle wraca do domu”). O powrocie Brahmsa mogliście usłyszeć już wiele złego i zapewniam, że opinie są przesadzone. To film niezły – na pewno nie świetny, ale gwarantujący chyba wszystko, czego można wymagać od nieskomplikowanego, popcornowego horroru. Nie okazuje się wcale taką porażką, jakiej można było oczekiwać po jego dwukrotnie przełożonej dacie premiery.

BrahmsTheBoyII-3

     „Brahms: The Boy II” sygnowany jest nazwiskiem Katie Holmes, ale pierwsze skrzypce gra w filmie tytułowy „chłopiec”. Akcja sequela toczy się w sąsiedztwie Heelshire Mansion, dokładnie w domku gościnnym, przylegającym do wiktoriańskiej willi. Wprowadzają się tu Liza, Sean i ich syn Jude na skutek brutalnego ataku, do jakiego doszło w Londynie. Szukając ucieczki przed miejskim tumultem, bohaterowie znajdują ogłoszenie o wynajmowanym domu pośrodku niczego, a kilkuletni Jude szybko poznaje tu wyjątkowego przyjaciela. Jest nim porcelanowa lalka o trupim licu i przeszywającym spojrzeniu, którą chłopiec odkopuje spod ziemi. Po napaści dziecko popadło w letargiczny stan i zupełnie przestało mówić. Liza i Sean są zdumieni, gdy przy zabawce, nazwanej Brahmsem, chłopiec zaczyna się otwierać. Nie znają jednak jej mrocznej przeszłości.

Czytaj dalej Chłopiec o trupim licu. [„Brahms: The Boy II”, 2020]

World gone wild. [„VFW”, 2019]

     Sztuka przelewania krwi na ekranie jest dużo bardziej wymagająca, niż mogłoby się pozornie zdawać. Żeby splatter miał przysłowiowe ręce i nogi (albo umiejętnie ucinał je nieszczęsnym postaciom), reżyser musi wykazać się odpowiednią – użyję tego słowa – wrażliwością. Na estetykę, która najczęściej ma być retro-sentymentalna, na upodobania i potrzeby specyficznego widza. Łatwo można spieprzyć dobrze zapowiadający się midnight movie: dowiodła temu chociażby Chelsea Stardust za sprawą ubiegłorocznego „Satanic Panic” – był to film zbyt stateczny i niemrawy, obiecujący więcej niż był w stanie dać. Lepiej wyważona okazała się „Ekstaza” Joego Begosa: hipnotyzująca opowieść o wampirzym hedonizmie, pełna ejtisowego sleaze’u. Reżyser nie kazał nam długo czekać na swój kolejny ruch, a nowym filmem, „VFW”, potwierdza, że warto mieć jego nazwisko na oku. Begos z łatwością przekracza w „VFW” granice ekranowego szaleństwa, a stylistykę exploitation zna od podszewki. Nie boi się ubrudzić kamery krwią.

VFW 2019 01

     Skrót „VFW” oznacza w wolnym tłumaczeniu Weteranów Wojen Zagranicznych. Akcja filmu toczy się w knajpie dla podstarzałych żołnierzy i pobrzmiewa „Atakiem na posterunek 13”. Bogu ducha winni kamraci – wśród nich właściciel przybytku Fred Parras (Stephen Lang) – zostają napadnięci przez bandę agresywnych narkomanów, wojujących dla lokalnego drug lorda. Powód: do baru wparowuje młoda dziewczyna, która wykradła baronowi zapasy białego proszku, próbując rozbić jego interes. Wszystko to w akcie odwetu za śmierć siostry. Boz (Travis Hammer) zrobi wszystko, by uratować sytuację, a żeby dopiąć swego, planuje wymordować zgromadzone w pijalni towarzystwo. Weterani nie sprzedadzą skóry po taniości.

Czytaj dalej World gone wild. [„VFW”, 2019]

Serce się kraje. [„Moja krwawa walentynka”, 1981]

     Jest rok 1981. Po utopionym we krwi halloween i morderczo pechowym piątku, trzynastego przyszła pora na horror z udziałem miłosnych liścików i bombonierek. Tak jakby. W „Mojej krwawej walentynce” na czerwonych karteczkach zapisywane są nie wyznania miłosne, a groźby śmierci, natomiast w romantycznych pudełkach, zamiast czekoladek, można znaleźć wyrwane z piersi serca. Film powstał na fali popularności kina stalk n’ slash, w złotej erze horroru spod znaku maski i piły łańcuchowej. Dzięki świetnej jakości wykonawczej oraz nietypowej scenerii (akcję osadzono na kanadyjskiej prowincji) „Moja krwawa walentynka” z łatwością podbiła serca maniaków gore’u. Dziś film uchodzi za kultowy, choć dwanaście lat temu nie był nawet dostępny w wersji reżyserskiej, która tchnęła weń nowe życie.

MyBloodyValentine3

     Górnicze miasteczko Valentine Bluffs szykuje się do pierwszej od dwóch dekad potańcówki z okazji święta zakochanych. Huczne obchody walentynek były przez lata zakazane, bo przesądni mieszkańcy obawiali się powrotu Harry’ego Wardena. Pracownik kopalniany, który wskutek nieuwagi zwierzchników został uwięziony pod ziemią wraz z kilkoma innymi mężczyznami, a przetrwał w akcie kanibalizmu, od lat nie był widziany przez żywą duszę. Jednak jego imię co roku spędza sen z powiek każdej kochającej się parze, a starszyzna wierzy wręcz, że Warden spaceruje ciemnymi uliczkami z nieodłącznym kilofem w dłoni – to klasyczna legenda miejska. Dla grupy zaprzyjaźnionych dwudziestolatków troska starszych znaczy tyle, co nic. Młodzi chcą się wyszumieć i organizują na terenie kopalni zamknięte przyjęcie. Dla tych, którzy przeżyją imprezę, 14 lutego już na zawsze pozostanie najbardziej pamiętną datą w kalendarzu.

Czytaj dalej Serce się kraje. [„Moja krwawa walentynka”, 1981]

Przypominam swoje omówienie „American Horror Story: 1984”…

     …Po co? Żeby zalinkować recenzję na Mediakrytyku. Archiwalne omówienia wszystkich odcinków (przekrój całego sezonu) można odszukać tutaj: bit.ly/2SmCqA3.

AHS84

     Zakończony w ubiegłym tygodniu, dziewiąty sezon „American Horror Story” okazał się dokładnie tym, czego od początku oczekiwaliśmy: piękną odą dla filmowego slashera. Czasem zanadto absurdalną, kiedy indziej komplikującą proste wątki, ale w finalnym rozrachunku przynoszącą mnóstwo pierwszorzędnej rozrywki. Po schizofrenicznej „Apokalipsie”, która próbowała zamknąć w jednym scenariuszu trzy osobne historie, „1984” wrócił na właściwe tory. Sezon pełen był fajnie zwizualizowanych scen, stopień stężenia akcji nigdy nie rozczarował, a odwołania do kultury lat 80. – bo już nie samych slasherów – mnożyły się w najlepsze.

Czytaj dalej Przypominam swoje omówienie „American Horror Story: 1984”…

Być człowiekiem. [„The Siren”, 2019]

     W swoim debiutanckim filmie, post-horrorze „They Look Like People”, Perry Blackshear przedstawił opowieść o trudach bycia mężczyzną. Niezależny projekt o mumblecore’owej stylistyce zachwycał za sprawą ponurej kompozycji oraz ciekawie zarysowanego napięcia emocjonalnego między bohaterami. W kolejnym filmie, „The Siren”, kontempluje reżyser nad trudami bycia człowiekiem. Poznajemy troje młodych ludzi, którzy nie potrafią zmienić tego, kim są, jakie mają przyzwyczajenia, troski i słabości. Jedną z postaci centralnych jest tytułowa syrena (właściwie rusałka), w której zakochuje się niemowa. Fabuła „The Siren” pobrzmiewa więc „Kształtem wody”, gdzie poznaliśmy humanoidalnego płaza o romantycznych zapędach.

The-Siren-2019-3

     Rusałkę Ninę gra Margaret Ying Drake, a zafascynowanego nią Toma – Evan Dumouchel. Dziewczyna nigdy nie opuszcza jeziora: pod wpływem straszliwej klątwy zmuszona jest do wiecznej pokuty i żeruje na zauroczonych nią mężczyznach. Potrafi oddychać pod wodą, a na powierzchni ziemi ogarniają ją wielkie boleści. Tom, głęboko wierzący katolik zwiedziony na manowce, może zostać jej następną ofiarą. Chłopak stracił głos w wyniku uderzenia przez łódź i wynajmuje domek letniskowy, by pokonać dziecięce traumy. Intryguje go Nina i jej osobliwy urok; między dwójką rodzi się nietypowa więź. Nieopodal jeziora zatrzymuje się też Al (MacLeod Andrews), który chce pomścić śmierć męża i wierzy, że to Nina jest za nią odpowiedzialna. Dwaj mężczyźni pragną tej samej kobiety – z bardzo jednak różnych powodów.

Czytaj dalej Być człowiekiem. [„The Siren”, 2019]

Czarownice kontra świat. [„Małgosia i Jaś”, 2020]

     Szybko zdajemy sobie sprawę, dlaczego tytuł nowego filmu Oza Perkinsa to „Małgosia i Jaś”. W uwspółcześnionej adaptacji baśni Grimmów pierwsze skrzypce gra tylko jedna z postaci tytułowych: kreowana przez Sophię Lillis zaradna szesnastolatka. Jej brat to w zasadzie bohater drugoplanowy, do tego odmłodzony przez reżysera w stosunku do książkowego oryginału, by starsza Małgosia mogła mu matkować. Lillis błyszczy w roli przodującej. Film w znacznej mierze skupia się na drodze Małgosi (lub, jeśli wolicie, Gretel) ku emancypacji; pokazuje, jak dziewczyna usiłuje przejąć kontrolę nad swoim życiem, próbuje wzmocnić swoją pozycję społeczną. Nakręcił Perkins nietypowy coming-of-age movie, w którym nacisk położono na przemianie wystraszonej dziewczynki w silną kobietę.

GretelAndHansel-03

     Pozostaje jednak „Małgosia i Jaś” efektownym horrorem, bo oryginalne opowieści Grimmów były przecież pełne brutalnych metafor, niewypowiedzianego tragizmu i mrocznej symboliki. Jeśli ktoś na obecnej scenie kina grozy miał poradzić sobie z baśniową renarracją, to chyba właśnie Perkins. I zaskoczenia nie ma: film w jego wydaniu stanowi odważną wariację na temat klasycznego utworu, w której germański folklor ludowy przeplata się ze współczesnym wyczuciem gatunku. Mieszkająca w leśnej chacie czarownica to u Perkinsa satanistka o pedofilskich ciągotach, a Małgosia przedstawiona zostaje jako młódka szukająca swojego miejsca w świecie zdominowanym przez mężczyzn. Dziewczyna odkrywa, że czarna magia to w odpowiednich rękach niemal feministyczny oręż.

Czytaj dalej Czarownice kontra świat. [„Małgosia i Jaś”, 2020]