Oh holy fright. [„The Lodge”, 2019]

     W czasach pandemii, kiedy dla własnego bezpieczeństwa sami zmuszeni jesteśmy do pozostania w domach, na rynku DVD/Blu-ray zadebiutował wreszcie „The Lodge” – horror o izolacji, klaustrofobii, niezdolności do ucieczki. W reżyserowanym przez duet Veronika Franz–Severin Fiala filmie stale wzrasta w bohaterach poczucie zagrożenia, a mroczna atmosfera gęstnieje z minuty na minutę. W domku pośrodku niczego Boże Narodzenie spędzają Aidan (Jaeden Martell), jego siostra Mia (Lia McHugh) i nowa dziewczyna ich ojca, Grace (Riley Keough) – była członkini sekty, która cudem przeżyła zbiorowe samobójstwo. Cała trójka ma okazję poznać się lepiej, bo Richard (Richard Armitage) musi wrócić do miasta, by dokończyć pracę przed świętami. Z początku opryskliwe wobec potencjalnej macochy, w końcu dzieciaki miękną – postanawiają nawet spędzić z Grace wieczór przy kubku gorącej czekolady. Nazajutrz okazuje się, że z domu zniknęły dosłownie wszystkie wartościowe przedmioty: pożywienie, kurtki, tabletki psychotropowe. Telefony okazują się bezużyteczne, źródło zasilania prądu przestaje działać. W każdej kolejnej scenie Grace i dzieci ulegają coraz silniejszym wpływom gorączki izolacyjnej.

LodgeThe3

     „The Lodge” to swoiste laboratorium skomplikowanych emocji, a Fiala i Franz wnikliwie przyglądają się badanym przez siebie indywiduom. W tym klasycznym cabin fever story, osadzonym u brzegu zamarzniętego jeziora gdzieś na nowoangielskim bezludziu, zakwestionowana zostaje niewinność dzieci, które posuną się naprawdę daleko, by pomścić śmierć zdradzonej matki. Aidan i Mia nienawidzą nowej partnerki taty, co zresztą dają jej odczuć na każdym kroku. Potrafią być małymi potworami: ignorują jej próby przełamania bariery obcości, odmawiają wspólnych posiłków. Nastoletni Aidan podgląda nawet Grace, gdy ta wychodzi spod prysznica. Młoda kobieta dwoi się i troi, by zjednać sobie bękarty ukochanego, jednocześnie zmagając się z własnymi problemami. Ma za sobą traumatyczną przeszłość i nie chce, by dawne urazy zatruły jej dopiero co poskładane do kupy, nowe życie. Franz i Fiala raz po raz implikują, że kult, do którego należała trzydziestoletnia dziś bohaterka, to niesławny Heaven’s Gate.

Czytaj dalej Oh holy fright. [„The Lodge”, 2019]

The bad seed. [„Sierota”, 2009]

     Żyjemy w czasach, kiedy trailery, wywiady, materiały udostępniane w social mediach spoilują filmy i seriale, czasem na długo przed premierą. Bywa tak, że z upublicznionego contentu możemy poskładać może nie tyle, jak dana historia zostanie rozwikłana, ale jak będzie prowadzona, na jakie rozwiązania zdobędzie się reżyser. Niuansów fabularnych „Sieroty” nie sposób przewidzieć, zwłaszcza jeśli mówimy o jej finałowych scenach – jedynych w swoim rodzaju, nieskopiowanych praktycznie w żadnym innym horrorze. Cztery lata po porażce „Domu woskowych ciał” Jaume Collet-Serra odrodził się z popiołów, tym razem serwując widzom hollywoodzkie kino grozy pełne polotu, odwagi i pasji do gatunku.

Sierota1

     Teoretycznie powstały już filmy o zbliżonej tematyce (jednym tchem wymienimy „The Bad Seed”, „Synalka” czy „Joshuę”), ale „Sierota” nie jest odtwórcza: zamiast przytaczać stare śpiewki, modyfikuje je do tego stopnia, że nikt nie obwini Collet-Serry o plagiat. Małżeństwo z Connecticut (duet Vera Farmiga–Peter Sarsgaard) postanawia adoptować około dziesięcioletnią dziewczynkę z Rosji. Od początku przeczuwamy, że przygarnięta z domu dziecka znajda jest osobą zaburzoną – nie wiemy tylko, jak bardzo. Esther manipuluje przybranymi rodzicami z wprawą niemal godną pochwały. Jest mistrzynią kłamstw, wypatruje u Johna i Kate słabości, które potem będzie mogła wykorzystać. Pod powłoką dobrze wychowanej, czarującej córeczki kryje się potwór w ludzkiej skórze, chcący zniszczyć rodzinę od środka. Reżyser sięga po klasyczny trop: bohaterce granej przez Farmigę pozwala uwierzyć, że Esther jest z gruntu zła i przeciąga ją przez piekło poniżeń, bo nikt nie bierze na poważnie insynuacji wobec „biednej” sieroty. John ostrzega nawet Kate, że jeśli nie pozbędzie się pretensji, trafi pod opiekę specjalistów – tak jakby w 2009 roku mógł od ręki umieścić żonę w zakładzie zamkniętym. Cel takiego zabiegu narracyjnego jest szczytny: Collet-Serra trafnie odmalowuje narastającą paranoję, a Farmiga zdobywa się na najwyższej rangi popis aktorskiego kunsztu.

Czytaj dalej The bad seed. [„Sierota”, 2009]

Pomieszanie z poplątaniem. [„Wyspa Fantazji”, 2020]

     Tegoroczne horrory ze stycznia i lutego naprawdę dorastają do swojej niechlubnej reputacji. „The Grudge”, „The Turning”, „Underwater” − każdy z tych tytułów był wielkim rozczarowaniem. Ale jednocześnie każdy stanowił, faktycznie, pewną formę kina grozy, czego nie można powiedzieć o „Wyspie Fantazji” Jeffa Wadlowa. Film ten uśmiercony został przez chybiony marketing, niefortunnie przydzieloną kategorię wiekową i stertę naprawdę źle przemyślanych plot twistów.

FantasyIsland3

     Najłatwiej podsumować „Wyspę Fantazji” jako pomieszanie z poplątaniem. Tonalnie film sprawia wrażenie nieopanowanego, dawkującego na wyrywki kuriozalny horror, komedię, akcję z udziałem zombie, torture-pornowe zabawy w piwnicy, hallmarkową dramę. Chwilami wydaje się, że scenariusz to efekt burzy mózgów dziesięciu fabularzystów − za dużo tu pomysłów, które nie zostają potem rozwinięte w satysfakcjonujący sposób. Wątki paranormalne, zamiast straszyć, żenują, a podróże w czasie nie mają żadnego sensu − zwłaszcza w epilogu, który łączy kinową „Wyspę…” z oryginalnym serialem telewizyjnym. W niczym nie pomaga restrykcja PG-13, a oczywista dla takiej historii brutalność wydaje się chwilami niepotrzebnie tłamszona; nijak nie wykorzystuje też Wadlow talentów swojej obsady. Kim Coates znów drapie po uszach twardym akcentem (tym razem rosyjskim), a Ryan Hansen po raz enty wciska nam, że jest 20-letnim frat boyem. Ładne zdjęcia i malownicze tereny Fidżi na niewiele się zdają. „Wyspa Fantazji” to dużo słabsza produkcja Blumhouse’a niż chociażby „Prawda czy wyzwanie”. Co ciekawe, w obu filmach wystąpiła Lucy Hale; w obu bohaterowie wybierają się na wakacje z piekła rodem, które będą miały dla nich okropne konsekwencje.

Czytaj dalej Pomieszanie z poplątaniem. [„Wyspa Fantazji”, 2020]

Neogotycki snuj. [„The Turning”, 2020]

     Floria Sigismondi wyreżyserowała w przeszłości kilka znakomitych wideoklipów i zawsze miała oko do ciekawych zabiegów scenograficzno-operatorskich. To ona stoi za najlepszymi teledyskami Marilyna Mansona, Christiny Aguilery, Sigur Rós. Jej ostatni film, „The Turning”, ponownie, przedstawiony zostaje w perfekcyjnej szacie wizualnej, ale to doświadczenie puste jak wydmuszka.

TurningThe2

     Za produkcję tego neogotyckiego horroru odpowiada Roy Lee – ten sam, który w ostatnich latach dał nam między innymi „Rings” czy „Brahms: The Boy II” i od dłuższego czasu zdaje się odcinać kupony od swoich dawnych sukcesów. Już samo nazwisko Lee w napisach początkowych podpowiada, z jakim filmem będziemy mieć do czynienia. „The Turning” to ten typ kina grozy, w którym creepy kids are being creepy – nic więcej, nic ponad to. Sigismondi próbuje dyskursować na temat zdrowia psychicznego, ale rozprawy są zbyt zawoalowane, byśmy w ogóle mogli w nich uczestniczyć. Cały film taki jest: udaje coś, czym nie jest, sprawia wrażenie napuszonego, razi chłodną reżyserią. Bywa tak formalistyczny, że ciężko przez niego przebrnąć.

Czytaj dalej Neogotycki snuj. [„The Turning”, 2020]

Nieciekawe odrodzenie. [„The Grudge: Klątwa”, 2020]

     Nie pokusiłbym się o recenzję „The Grudge: Klątwy”, gdyby nie sam fakt, że wyreżyserował ją Nicolas Pesce. Jeszcze do niedawna trzydziestoletni Amerykanin miał w swoim filmowym CV dwie mocne pozycje: „Oczy matki”, w których akty bestialstwa przeobrażono w piękno, oraz zabarwiony odcieniami giallo „Piercing”. Teraz dołącza do nich słabizna. Kiedy latem 2017 roku ogłoszono, że Pesce zaangażowany został w prace nad „Grudge”, można było odetchnąć z ulgą. Tymczasem jego wariacja na temat legendy japońskich demonów okazuje się tak marna, że z opresji nie ratują jej Lin Shaye i Jacki Weaver – obsadzone na drugim planie i znakomite jak zawsze. W „reboocie rebootu” japońskiej „Klątwy” zabrakło nawet pamiętnej Kayako.

TheGrudge2020-2

     Ostatni film z serii, „Grudge 3: Powrót klątwy”, toczył się w Chicago. Akcję nowej odsłony umiejscowiono w niedużym miasteczku Cross River, w stanie Pensylwania. Wydarzenia przedstawione zostają na przestrzeni trzech lat (2004–2006), co czyni z nowej „Klątwy” „reboot-quel”, sidequel, pseudosequel – nazewnictwo możecie wybrać wedle uznania. Choć poznajemy zupełnie nowych bohaterów (z owdowiałą detektyw Muldoon na czele), co rusz przypomina nam Pesce, że chyba każda wcześniejsza pozycja w serii była lepszym filmem. Widzimy więc ikoniczną rękę, która przeczesuje włosy Johna Cho pod prysznicem, a Lin Shaye, jako kobieta z demencją, gra w a kuku z niewidzialną przyjaciółką. Fani sagi identyczne sceny poznali już lata temu u Takashiego Shimizu: w „Klątwie Ju-on” (2002) oraz dwóch amerykańskich „Grudge’ach” (’04, ’06). Nowy film, bardziej niż ciekawą reinkarnację, przypomina składankę typu greatest hits – tyle tylko, że nie ma w niej nic great.

Czytaj dalej Nieciekawe odrodzenie. [„The Grudge: Klątwa”, 2020]

Zaliczona masakra na pięć. [„Cupid”, 2020]

     Z racji, że wczoraj obchodziliśmy prima aprilis, dziś podzielę się z Wami recenzją… walentynkowego slashera. Nie będzie to ani klasyk George’a Mihalki (o nim pisałem dwa miesiące temu), ani Jamiego Blanksa diabelski pomiot z 2001 roku. „Cupid” to konwencjonalny horror stalk n’ slash, w którym nastolatki zostają zamknięte w szkole po zmroku i muszą odpierać ataki uzbrojonego w ostre narzędzia zabójcy. Z jednej strony sztampa, z drugiej zaś – a no właśnie – wyróżnia się sam killer. Zgodnie z tytułem jest nim morderczy Kupidyn, który nie spocznie, póki nie da próżnym małolatom nauczki. W te walentynki wszyscy chłopcy i dziewczęta skończą ze złamanym sercem. Dosłownie.

cupid-2

     Za dobrze bawiłem się na filmie Scotta Jeffreya, by wydać mu negatywną opinię, choć przyznać trzeba, że nie jest on idealny. Daleko mu do perfekcji, a w sieci spotkacie wiele chłodnych ocen, jakie mu przyznano. Napiszę tak: jeśli poznaliście inne pozycje z katalogu Uncork’d Entertainment, wiecie, na co liczyć. „Cupid” jest horrorem tak niskobudżetowym, że na IMDb nie podano jego budżetu. Praca charakteryzatorów w wielu scenach może budzić pewne wątpliwości (lub zażenowanie), ale to, co ratuje sceny uśmierceń, to ich czarny humor. W jednej ze scen licealistka zostaje udławiona bukietem kolczastych róż i efekt robi solidne wrażenie – to jeden z tych momentów, gdy udało się twórcom wypracować fajną, praktyczną stylizację. Nasz Amor skomercjalizowanym, kojarzonym z walentynkową tandetą rekwizytom nadaje zupełnie nowe, piekielne przeznaczenie. Pęczek kwiatów to więc instrument zbrodni, a kupidynowy łuk bynajmniej nie napawa ludzkich serc miłością. Nie dostaniecie od „Cupid” cukrzycy – co najwyżej napadów śmiechu.

Czytaj dalej Zaliczona masakra na pięć. [„Cupid”, 2020]