Nieciekawe odrodzenie. [„The Grudge: Klątwa”, 2020]

     Nie pokusiłbym się o recenzję „The Grudge: Klątwy”, gdyby nie sam fakt, że wyreżyserował ją Nicolas Pesce. Jeszcze do niedawna trzydziestoletni Amerykanin miał w swoim filmowym CV dwie mocne pozycje: „Oczy matki”, w których akty bestialstwa przeobrażono w piękno, oraz zabarwiony odcieniami giallo „Piercing”. Teraz dołącza do nich słabizna. Kiedy latem 2017 roku ogłoszono, że Pesce zaangażowany został w prace nad „Grudge”, można było odetchnąć z ulgą. Tymczasem jego wariacja na temat legendy japońskich demonów okazuje się tak marna, że z opresji nie ratują jej Lin Shaye i Jacki Weaver – obsadzone na drugim planie i znakomite jak zawsze. W „reboocie rebootu” japońskiej „Klątwy” zabrakło nawet pamiętnej Kayako.

TheGrudge2020-2

     Ostatni film z serii, „Grudge 3: Powrót klątwy”, toczył się w Chicago. Akcję nowej odsłony umiejscowiono w niedużym miasteczku Cross River, w stanie Pensylwania. Wydarzenia przedstawione zostają na przestrzeni trzech lat (2004–2006), co czyni z nowej „Klątwy” „reboot-quel”, sidequel, pseudosequel – nazewnictwo możecie wybrać wedle uznania. Choć poznajemy zupełnie nowych bohaterów (z owdowiałą detektyw Muldoon na czele), co rusz przypomina nam Pesce, że chyba każda wcześniejsza pozycja w serii była lepszym filmem. Widzimy więc ikoniczną rękę, która przeczesuje włosy Johna Cho pod prysznicem, a Lin Shaye, jako kobieta z demencją, gra w a kuku z niewidzialną przyjaciółką. Fani sagi identyczne sceny poznali już lata temu u Takashiego Shimizu: w „Klątwie Ju-on” (2002) oraz dwóch amerykańskich „Grudge’ach” (’04, ’06). Nowy film, bardziej niż ciekawą reinkarnację, przypomina składankę typu greatest hits – tyle tylko, że nie ma w niej nic great.

     Tempo „Klątwy” jest nieznośnie ospałe, całość nie angażuje, wywołując apatię. Pomieszane osie czasowe powodują, że można cieszyć się filmem jedynie na urywki: przeskoki w akcji sprawiają, że ewentualne dobrze wyreżyserowane momenty są tylko ulotną bryzą, szybko rozproszoną przez wracającą jak bumerang beznadzieję. Pesce nadużywa jump scare’ów, zbyt często posyłając na widza rozwrzeszczane upiory o krwawiących na czarno twarzach… Zmarnowany został świetny zespół aktorski (poza Shaye i Weaver wystąpili w „The Grudge” m.in. William Sadler i Betty Gilpin) – postaci są płaskie, tendencyjnie zarysowane. Nie dziwi fakt, że przed premierą nie zaprezentowano „Klątwy” krytykom na pokazach prasowych.

     Spore wrażenie robią sceny przemocy, pełne dosadnych, „tryskających” efektów gore. Są jednak atrakcyjne w bardzo przelotny sposób, finalnie prowadzą do uczucia sfrustrowania, bo gołym okiem widać, że Pesce mógł dać z siebie więcej. Być może na planie zdjęciowym doszło do interwencji ze strony Sony Pictures, które wymusiło, by nakręcono „The Grudge” jako bardziej „rutynowy” straszak. Tak czy inaczej, nie przypomina „Klątwa” ani swoich starszych sióstr, ani pozostałych produkcji Pescego. Nie jest ani art-horrorem, ani kawałkiem dobrze wysmażonego, mainstreamowego mięsa. Reżyserowi marzy się ponoć amerykański crossover w stylu „Sadako vs. Kayako” Shiraishiego. Oby w głowie 30-latka szybko zakiełkował pomysł na inny projekt – najlepiej w stu procentach jego własny.

     Albert Nowicki – dziennikarz, tłumacz i copywriter, absolwent studiów filmoznawczych Instytutu Sztuki PAN. Miłośnik kina, zwłaszcza filmowego horroru. Jego teksty pojawiały się między innymi na łamach serwisów Filmawka, Movies Room oraz Filmweb. Stronę His Name is Death prowadzi nieprzerwanie od 2012 roku.

TheGrudge2020-3

3 i pol

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s