The bad seed. [„Sierota”, 2009]

     Żyjemy w czasach, kiedy trailery, wywiady, materiały udostępniane w social mediach spoilują filmy i seriale, czasem na długo przed premierą. Bywa tak, że z upublicznionego contentu możemy poskładać może nie tyle, jak dana historia zostanie rozwikłana, ale jak będzie prowadzona, na jakie rozwiązania zdobędzie się reżyser. Niuansów fabularnych „Sieroty” nie sposób przewidzieć, zwłaszcza jeśli mówimy o jej finałowych scenach – jedynych w swoim rodzaju, nieskopiowanych praktycznie w żadnym innym horrorze. Cztery lata po porażce „Domu woskowych ciał” Jaume Collet-Serra odrodził się z popiołów, tym razem serwując widzom hollywoodzkie kino grozy pełne polotu, odwagi i pasji do gatunku.

Sierota1

     Teoretycznie powstały już filmy o zbliżonej tematyce (jednym tchem wymienimy „The Bad Seed”, „Synalka” czy „Joshuę”), ale „Sierota” nie jest odtwórcza: zamiast przytaczać stare śpiewki, modyfikuje je do tego stopnia, że nikt nie obwini Collet-Serry o plagiat. Małżeństwo z Connecticut (duet Vera Farmiga–Peter Sarsgaard) postanawia adoptować około dziesięcioletnią dziewczynkę z Rosji. Od początku przeczuwamy, że przygarnięta z domu dziecka znajda jest osobą zaburzoną – nie wiemy tylko, jak bardzo. Esther manipuluje przybranymi rodzicami z wprawą niemal godną pochwały. Jest mistrzynią kłamstw, wypatruje u Johna i Kate słabości, które potem będzie mogła wykorzystać. Pod powłoką dobrze wychowanej, czarującej córeczki kryje się potwór w ludzkiej skórze, chcący zniszczyć rodzinę od środka. Reżyser sięga po klasyczny trop: bohaterce granej przez Farmigę pozwala uwierzyć, że Esther jest z gruntu zła i przeciąga ją przez piekło poniżeń, bo nikt nie bierze na poważnie insynuacji wobec „biednej” sieroty. John ostrzega nawet Kate, że jeśli nie pozbędzie się pretensji, trafi pod opiekę specjalistów – tak jakby w 2009 roku mógł od ręki umieścić żonę w zakładzie zamkniętym. Cel takiego zabiegu narracyjnego jest szczytny: Collet-Serra trafnie odmalowuje narastającą paranoję, a Farmiga zdobywa się na najwyższej rangi popis aktorskiego kunsztu.

     Przebija ją już tylko Isabelle Fuhrman, która jako Esther nie tyle imponuje, co powoduje niepohamowany opad szczęki. To przejmujący występ, który powala na kolana; jedno z większych osiągnięć aktorstwa dziecięcego w historii. Esther skojarzy się niektórym z Regan MacNeil, tyle tylko, że nie jest dziewczynką opętaną przez nadprzyrodzone moce. Kreacja Fuhrman to diaboliczny eksperyment, niesamowity tour de force, niespełna jedenastoletnią odtwórczynię przedstawiający w świetle zaskakująco dojrzałej artystki. Farmiga robi wrażenie jako udręczona matka i była alkoholiczka, ale ekranowa córka kradnie jej show sprzed nosa. Sprzyja temu sposób przybliżenia obu postaci przez reżysera. Kate widzimy w jednej scenie, jak googluje naiwnie wystukane na klawiaturze hasło: „dzieci, które zabijają”. Esther to natomiast wybitnie uzdolniona malarka i pianistka o wysokim ilorazie inteligencji; wrażliwa wirtuozka, która w jednej scenie daje godny poklasku recital, a w kolejnej wymachuje młotkiem przed twarzą zakonnicy, jakby był precyzyjnie dobranym instrumentem. Jest geniuszem zbrodni. Nie powinien dziwić fakt, że przed wejściem na plan zdjęciowy Fuhrman wnikliwie studiowała rolę Anthony’ego Hopkinsa w „Milczeniu owiec”.

Sierota5

     Surowy prolog, w którym przeplatają się koszmarne wyobrażenia wymuszonej aborcji, nadaje ton reszcie filmu. Collet-Serra zamyka swoich bohaterów w domu pośrodku niczego, a akcję osadza w zimie. Opresyjne są zarówno zdjęcia Jeffa Cuttera (utrzymane w chłodnych, stłumionych barwach), jak i wyizolowana sceneria. Praca operatora ma odzwierciedlać poczucie wyobcowania, jakie z upływem filmu coraz bardziej towarzyszy Kate. „Sierota” to horror zrealizowany potoczyście i kompetentnie, ciężką atmosferę oddający przy pomocy oświetlenia, efektów dźwiękowych, przemyślanego montażu. Grozę dawkuje na rozmaite sposoby: poprzez sceny brutalności, jump-scare’owe cięcia, wzbudzając moralny dyskomfort. Jedni uznają „Sierotę” za horror psychologiczny, inni za zabarwiony kampem film do popcornu. Żadna ze stron nie będzie się myliła.

     Collet-Serra umiejętnie pogrywa z oczekiwaniami widzów, chętnie sięgając po motyw lustrzanych odbić lub sugerując, że ktoś – albo coś – skrada się za plecami bohaterów. Sceny, choć wydawałyby się oczywiste, prawie nigdy nie kończą się tak, jak moglibyśmy zakładać. Z perspektywy lat wydaje się też „Sierota” pewną innowacją, bo wykorzystane w niej, kompletnie bezdźwięczne sekwencje powtórzono potem dopiero w „Cichym miejscu”, przynajmniej z takim powodzeniem. Film daje widzowi wszystko, czego mógłby chcieć od horroru z nurtu killer kids, ale dysponuje też asem w rękawie – szokującym finałem, którego naprawdę nie warto spoilować. Latem tego roku mają ruszyć prace nad prequelem.

     Recenzja znajduje się także na stronie Filmawka.pl, pod niniejszym odnośnikiem. Zapraszam do śledzenia swojego profilu w tym serwisie.

     Albert Nowicki – dziennikarz, tłumacz i copywriter, absolwent studiów filmoznawczych Instytutu Sztuki PAN. Miłośnik kina, zwłaszcza filmowego horroru. Jego teksty pojawiały się między innymi na łamach serwisów Filmawka, Movies Room oraz Filmweb. Stronę His Name is Death prowadzi nieprzerwanie od 2012 roku.

Sierota3

08

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s