Pan moim pasterzem. [„Córka boga” aka „The Other Lamb”, 2019]

     Chłodny wiatr zrywa się nad wioską usytuowaną w środku lasu. Miękkie światło otula osadniczki, przebijając się przez szkarłatne gałęzie, jakby wiedziało, że potrzebują pieszczoty. Kobiety śpiewają razem, gotują i oddają mocz. Wspólnie marzą o przyszłości, choć dla wielu z nich za późno już na sny o lepszym życiu. Grupie oddanych żon i córek przewodzi jeden jedyny mężczyzna, nazywany Pasterzem (w tej roli Michiel Huisman, „Zaproszenie”). Kopuluje on zarówno z przybranymi partnerkami, jak i dojrzewającymi dziewczętami, które sam spłodził. Kiedy osadę nachodzi policjant, grupa zmuszona jest do tułaczki. Pasterz obiecuje swoim jagniętom, że zaprowadzi je na ziemię obiecaną.

TheOtherLamb3

     Bohaterkami „Córki boga” są uciemiężone kobiety, bez reszty poddane woli apodyktycznego lidera. Jest on przywódcą duchowym, który do perfekcji opanował zdolność kontrolowania swoich służebnic: większość z nich albo nie zdaje sobie sprawy, że należy do sekty, albo dawno ten fakt zignorowała. Kobiety nie mają własnej woli, ale wciąż dbają o swoje delikatne stado – w rękach Pasterza są uległymi owcami, co oryginalny tytuł filmu, „The Other Lamb”, podkreśla dużo lepiej niż ten polski. Jagnięciem „innym”, trochę wyobcowanym na tle grupy jest nastoletnia Selah (Raffey Cassidy). Dziewczyna powoli wchodzi w dorosłość i jako jedyna spośród sióstr zaczyna dostrzegać nienaturalność otaczającego ją środowiska; jedyna też postanawia podważyć nauki przywódcy. Jej głos, jeśli tylko przebije się przez szarlatanerię Pasterza, może wywołać rewolucję.

Czytaj dalej Pan moim pasterzem. [„Córka boga” aka „The Other Lamb”, 2019]

Goodbye people, goodbye smog, hello murder. [„Berserker”, 1987]

     Slashery, w których grupę studentów college’u terroryzuje średniowieczny wiking, policzyć można na palcach jednej ręki. A nawet na palcu. Numer jeden tej listy to „Berserker” – koniec. Powstały w 1987 roku horror stalk n’ slash przez ponad trzy dekady pozostawał zupełnie zapomniany, ale rok temu wydany został na odpicowanym Blu-rayu przez Vinegar Syndrome. To niszowy dystrybutor specjalizujący się w odkopywaniu unikatowych filmów klasy „B” i trzeba przyznać, że z „Berserkerem” ekipa z VS przeszła samą siebie. Na nośniku BD ten stary i bardzo niskobudżetowy straszak wygląda fantastycznie, dzięki czemu poznanie legendy tytułowego wojownika jest czystą frajdą.

Berserker06

     Pierwszą scenę filmu osadzono… w X wieku. U wybrzeży przyszłych Stanów Zjednoczonych zatrzymuje się wikiński okręt, na pokładzie którego przebywa przysadzisty bojownik o niezrównoważonym spojrzeniu i gołym torsie. Zawodzi do księżyca jak dzikie zwierzę, co jest o tyle zrozumiałe, że twarz zakrywa mu niedźwiedzia maska. Następuje klasycznie ejtisowa czołówka, podczas której maksymalne close-upy przeplatają się z planszami wymieniającymi nazwiska aktorów. I tu rodzi się pytanie, kto właściwie będzie slaszował dzieciaki w niniejszym slasherze: czasem wydaje nam się, że widzimy na zbliżeniach dzikusa, który przywdział łeb niedźwiedzia, a kiedy indziej w kadrze faktycznie gości drapieżny ssak o tytanowych kłach. „Zagadkę” może już trochę rozstrzygnąłem w pierwszym akapicie, ale umówmy się – tytuł filmu nie jest przypadkowy i zobowiązał twórców do pewnych rozwiązań narracyjnych.

Czytaj dalej Goodbye people, goodbye smog, hello murder. [„Berserker”, 1987]

Ziew. [„Dreamkatcher”, 2020]

     „Dreamkatcher” to jeden z setek zorientowanych na jump scare’y horrorów, jakie będziecie mogli obejrzeć w tym roku – kropla w morzu paranormalnych łez. Film ewidentnie kosztował niewiele, pełen jest niezbyt natchnionego aktorstwa, a twórcy zamiast ryzykować, grają półśrodkami. Nadużywają ujęć z drona, bo tak będzie taniej. Stosują niewybredne, ograne cięcia, choć montaż to przecież kluczowy dla kina grozy środek dramaturgiczny. Najwięcej zawdzięczają realizatorzy ciekawemu miejscu akcji, w którym rzecz się dzieje; cóż jednak z tego skoro przestrzeń ekranu staje się polem nudnych zdarzeń, reżyserowanych wedle podręcznika horrorowej sztampy?

Dreamkatcher2

     Bohaterowie „Dreamkatchera” to absolutne klisze: mamy tu chłopca słyszącego głos zmarłej matki, upiorną staruszkę uprawiającą indiańskie gusła (nieprzekonująca Lin Shaye) i panią psycholog (Radha Mitchell), która nie wierzy w nadnaturalne zjawiska nawet, gdy dokonują się wprost przed jej nosem. Wszyscy podejmują niemające sensu decyzje, na czym cierpi ciąg przyczynowo-skutkowy (Luke zabiera Gail na wypad za miasto, ale szybko wraca tam, skąd przyjechał, bo… niezwłocznie musi napisać piosenkę klientowi). Praktycznie nic nie trzyma się w filmie kupy, co odzwierciedlają sceny snu we śnie i przede wszystkim fatalny epilog z udziałem postaci, których dotąd nie widzieliśmy na oczy. Nawet postać „nawiedzonego” dzieciaka zupełnie mija się z pokładanymi weń oczekiwaniami: na przykład próbując skrzywdzić Gail, swoją przybraną, nową mamę, zostawia on otwartą szafkę, by nabiła sobie guza. Zaiste, straszne…

Czytaj dalej Ziew. [„Dreamkatcher”, 2020]

Kryzys męskości po francusku. [„Złość”, 2019]

     Jeśli wieloletnia tradycja backwoods horrorów czegoś nas mogła nauczyć, to że domy na odludziu – jakkolwiek idyllicznie by się nie kojarzyły – nigdy nie są w pełni bezpieczne. Nie, bo w okalających je lasach może grasować seryjny morderca, bo pobliskie miasteczko zamieszkują rednecy zawsze trzymający przy sobie broń, bo piękny dom może stać się łupem dla dawnej niani i jej konkubenta. Z tym ostatnim problemem mierzą się Paul i Chloé Diallo (duet Adama Niane–Stéphane Caillard), małżonkowie, którzy po powrocie z wakacji odkrywają, że ich posiadłość przejęli dzicy lokatorzy. Okazuje się, że zatrudniona przez parę opiekunka, która wprowadziła się do domu na czas urlopu, została jego właścicielką. Wszystko przez umowę wynajmu, spisaną na szybko i niezbyt wnikliwie przeanalizowaną – teraz niańka i jej partner cieszą się pełnią praw do śródleśnej rezydencji, a Diallowie nic na to nie poradzą. Paul jest wściekły, ale też bezsilny. Nieoczekiwanie znajduje sprzymierzeńca w Mickey’m (Paul Hamy), który zarządza przydrożnym parkiem kempingowym.

Furie-Zlosc-4

     „Złość” w reżyserii Oliviera Abbou rozpoczyna się jak łzawy dramat familijny, ale szybko ewoluuje w psychologiczny dreszczowiec. Finał filmu najwięcej wspólnego ma zaś z cielesną eksploatacją i Nową Francuską Ekstremą – z pozycjami jak „Najście”, „Ils” czy „Głód miłości”. Mieszanka jest wybuchowa, a przejścia gatunkowe – gwałtowne. Chwilami „Złość” sprawia wrażenie odrobinę pogubionej tonalnie. W finalnym rozrachunku filmowi udaje się jednak wywalczyć tytuł udanego home invasion movie, który – choć najczęściej brak mu subtelności – jest efektowny właśnie dzięki swemu sadyzmowi. Dzięki przedstawieniu świata w nihilistycznych barwach, groteskowemu zezwierzęceniu jego antybohaterów.

Czytaj dalej Kryzys męskości po francusku. [„Złość”, 2019]

(Re)birth is always painful. [„Reanimator”, 1985]

     Nie od dziś wiadomo, że lata osiemdziesiąte były złotą erą krwawego horroru. Splattery i pozycje zabarwione gore’m tworzyli twórcy młodzi – bo zwyczajnie im się to opłacało – jak i weterani. Brian De Palma szlachtował kobiety w kultowym już dziś „Świadku mimo woli” oraz „W przebraniu mordercy”, a J. Lee Thompson, reżyser „Dział Navarony”, nakręcił jeden z najbardziej stylowych slasherów wszech czasów („Happy Birthday to Me”). W 1985 roku amerykańskie kina zalane zostały przez ekranową grozę, a najgorętsze dyskusje wywołał „Reanimator” Stuarta Gordona. Przykryty grubą warstwą czerwonej farby shocker został zaskakująco pozytywnie oceniony przez krytykę: nawet „obrońcy moralności”, którzy nie tak dawno temu gardzili „Piątkami, trzynastego” czy „Silent Night, Deadly Night”, musieli przyznać, że film jest po prostu dobry. Jeden z najwulgarniejszych i najobficiej przelewających krew horrorów stał się emblematycznym tytułem lat 80. – dziś to klasyk amerykańskiej grozy.

ReAnimator5

     Film stanowi ekranizację opowiadania „Reanimator Herbert West”, za którym stoi H. P. Lovecraft – wątki książkowe traktuje jednak w sposób luźny i niezobowiązujący. Historia, napisana przez wieszcza w latach 1921–1922, parodiowała „Frankensteina” Mary Shelley i w wersji Gordona również dominuje akcent humorystyczny. W filmie podjęty zostaje temat granicy między życiem a śmiercią, choć większość widzów uzna całość za szyderę z body horrorów i mad scientist movies, powstałą na modłę Warholowskiego „Ciała dla Frankensteina”. Bogiem-stwórcą jest w „Reanimatorze” West (Jeffrey Combs), student medycyny, który przybywa do Nowej Anglii ze Szwajcarii, zresztą w atmosferze skandalu. Zaczyna naukę na Uniwersytecie Miskatonic. Choć bystry i ambitny, nie szanuje środowiska akademickiego, głęboko wierzy w swoją wyższość i nieomylność. W towarzystwie współlokatora zaczyna prowadzić eksperymenty na zwłokach. Początkowo udane doświadczenia szybko wymykają się spod kontroli, a przywrócone do życia trupy nabierają cech typowych dla zombie.

Czytaj dalej (Re)birth is always painful. [„Reanimator”, 1985]

Perwersyjny świat Briana De Palmy. [„Świadek mimo woli”, 1984]

     Kiedy w 1980 roku na dużych ekranach zadebiutował slasher „W przebraniu mordercy”, widownia zawrzała. Brian De Palma, świeżo po sukcesie „Carrie”, wyreżyserował nabuzowany erotyką shocker, w którym kobiety poddane zostają szowinistycznej przemocy. Na ulicę wyszły stowarzyszenia feministek, a pod kinami odbywały się protesty, co tylko zapewniło filmowi dodatkową reklamę. De Palma nie był zadowolony z łatki mizogina, jaką mu przypięto, ale zamiast chować głowę w piasek, na falę krytyki odpowiedział najkąśliwiej, jak tylko potrafił. Nakręcił kolejny dreszczowiec, a seks i poziom brutalności podkręcił w nim do maksimum. „Świadek mimo woli” szybko okrył się jeszcze większą niesławą, a w Wielkiej Brytanii jego wersji uncut nie wydano aż do 2000 roku. W materiałach prasowych, poprzedzających premierę, De Palma opiewał „Świadka mimo woli” jako „erotyczną jazdę bez trzymanki”, co chwilę mieszającą tropy fabularne i wodzącą oglądających za nos.

BodyDouble2

     Manipulacją okazuje się już insynuacyjny prolog, w którym skonfrontowani zostajemy ze sztucznością świata przedstawionego: z wytwornicy dymu ulatniają się mgliste kłęby, a symulowany zachód słońca „oświetla” styropianowe nagrobki. Kilka metrów pod ziemią do snu układa się ostro ucharakteryzowany krwiopijca, tyle tylko, że zamiast spoczywać w swojej trumnie, szczerzy kły w panicznym przestrachu. Nieumarła postać to tak naprawdę aktor cierpiący na klaustrofobię, a akcję umiejscowił De Palma na planie zdjęciowym fikcyjnego horroru. Poznajemy Jake’a (Craig Wasson), który z powodu kłopotliwych dolegliwości zostaje odesłany do domu: nie wie jeszcze, że właśnie utracił pracę. Hasło „cięcie!” rzuca w stronę zgromadzonej ekipy Dennis Franz, który – wyłysiały, z kępami gęstych włosów przy skroni – przypomina trochę samego De Palmę.

Czytaj dalej Perwersyjny świat Briana De Palmy. [„Świadek mimo woli”, 1984]