Archiwa kategorii: Slashery

Krwawe i niezobowiązujące. Uwielbiamy je wszyscy – czy się przyznajemy, czy nie.

When a man kills a woman. [„Nowojorski rozpruwacz”, 1982]

     Kiedy w 1982 roku Lucio Fulci powrócił ze swoim nowym filmem, natychmiast został on owiany złą sławą. „Nowojorski rozpruwacz” debiutował na ekranach w atmosferze skandalu, zresztą uzasadnionego. To kolejny horror, w którym maestro złego smaku używa sobie na bezbronnych kobietach. W filmie pod nóż tytułowego oprawcy trafiają wyłącznie atrakcyjne blondynki. Żadna z nich nie ginie szybko i bezboleśnie, bo nie w tym tkwi, według Fulciego, zabawa.

NYRipper-1

     „Nowojorski rozpruwacz” to horror o wyjątkowo slasherowej estetyce, stworzony jakby na eksport, z myślą o amerykańskiej widowni. Nie brak tu jednak charakterystycznego dla reżysera upodobania do sadyzmu – którego w takim „Halloween” na przykład nie uświadczymy. To, oczywiście, dwie różne produkcje, a i Fulciego nijak nie da się porównać z Johnem Carpenterem – skarbem narodowym USA. W Nowym Jorku grasuje wyjątkowo bezlitosny zabójca, który rozpruwa swoje ofiary przy użyciu noża kuchennego. Jego zbrodnie ściągają sen z powiek zmęczonemu życiem detektywowi Williamsowi: tak porywistej rzezi miasto nie doświadczyło od dawna. By powstrzymać impulsywnego psychopatę, porucznik nawiązuje współpracę z doskonale wykwalifikowanym psychoanalitykiem.

Czytaj dalej When a man kills a woman. [„Nowojorski rozpruwacz”, 1982]

Reklamy

„I know a good story…” [„Ulice strachu 2: Ostatnia odsłona”, 2000]

     Orson Welles Center to wydział filmowy Uniwersytetu Alpine. Swoje pierwsze artystyczne szlify zdobywało tu wielu zasłużonych dla kina reżyserów – uczelnia plasuje się bowiem wysoko w rankingach akademickich. Do grona uznanych filmowców chce dołączyć Amy Mayfield (Jennifer Morrison) – młoda studentka, podekscytowana na myśl o przyszłości. Dziewczyna pracuje nad horrorem, który będzie stanowił jej pracę dyplomową. Między uczniakami wytwarza się atmosfera wyścigu: najlepszy z projektów przyniesie swojemu twórcy kontrakt na trzy hollywoodzkie filmy. Nieoczekiwanie scenariusz Amy – ogniskujący się wokół miejskich legend – motywuje do działania tajemniczego mordercę. Studenci filmówki zaczynają ginąć, jeden po drugim, w osobliwych okolicznościach.

kinopoisk.ru

     Dwa lata po sukcesie „Ulic strachu” producenci Gina Matthews i Neal H. Moritz postanowili wrócić na podium box-office’u za sprawą sequela. Reżyserię powierzyli Johnowi Ottmanowi, który wsławił się jako montażysta i kompozytor (za pracę przy Podejrzanych przyznano mu nagrodę BAFTA), ale nie dyrygował jeszcze planem dużego filmu. Podobnie jak w przypadku Jamiego Blanksa, jego pierwsze kroki okazały się nader fortunne. Według wszelkiego prawdopodobieństwa „Ulice strachu 2” powinny minąć się z sukcesem – oto niedoświadczony reżyser wziął się za kontynuację slashera, na której każdy krytyk i tak z miejsca postawił krzyżyk. Nawet po latach pozostaje jednak sequel przyjemny w odbiorze i zwyczajnie udany. Jest przykładem horroru postmodernistycznego, w którym istotny ma być element celebracji: dziedzictwo kina grozy to przecież sacrum, warte opiewania na każdym kroku. Zdziwicie się, jak wiele cytatów wyłapiecie z „Ulic strachu 2” przy każdym kolejnym seansie.

Czytaj dalej „I know a good story…” [„Ulice strachu 2: Ostatnia odsłona”, 2000]

Ciała studenckie. [„Ulice strachu”, 1998]

     Nowa Anglia na północnym wschodzie Stanów Zjednoczonych. Kampusem Uniwersytetu Pendleton wstrząsa seria brutalnych morderstw, które popełniane są w zgodzie z popularnymi legendami miejskimi. Jako pierwsza ginie Michelle Mancini (Natasha Gregson Wagner): bezwzględny zabójca kryje się w samochodzie dziewczyny i uśmierca ją podczas jazdy, ucinając łeb siekierą. To jedynie początek krwawej łaźni, która zdaje się koncentrować wokół niepozornej studentki Natalie (Alicia Witt) i jej najbliższych przyjaciół. Władze uczelni rozkładają ręce: psychopata chowający swe oblicze pod zwalistym, zimowym kapturem pozostaje nieuchwytny. Zbrodnie mogą być powiązane z zapomnianą masakrą, która rozegrała się w Pendleton dwadzieścia pięć lat wcześniej.

UrbanLegend1998-2

     Jamie Blanks od zawsze uchodził za fana horroru. Niektórzy uznawali go za niepoprawnego ekscentryka. Jako młodzieniec ten urodzony w Australii reżyser tworzył swoje własne „home movies”: nie były jednak zapisem życia rodzinnego, a mikrobudżetowymi shockerami, o tytułach jak „Maniac” czy „Chopping Spree”. Blanks korzystał z kliszy Super 8 i szlifował swój warsztat, by w przyszłości dowieść, że dobrze zna się na fachu. Okazja nadarzyła się prędzej niż później. W połowie lat dziewięćdziesiątych 20-parolatek był już znany w Hollywood, za sprawą krótkometrażówki „Silent Number”. Neal H. Moritz miał zlecić mu reżyserię „Koszmaru minionego lata”, ale zdecydował się na Jima Gillespiego. Blanks zdążył jednak nakręcić testowy trailer tego filmu, który choć nie przyniósł mu angażu w roku 1997, zwrócił uwagę grupy młodych producentów. Był ponoć tak efektowny, że tylko na jego podstawie zaoferowano Australijczykowi pracę przy „Ulicach strachu”.

Czytaj dalej Ciała studenckie. [„Ulice strachu”, 1998]

W ciemnej… puszczy. [„The Horde”, 2016]

     Grupa studentów fotografii na wycieczce oświatowej trafia w sam środek piekła, gdy znikąd pojawiają się zmutowani genetycznie agresorzy. Młodzi mieli szlifować swoje umiejętności artystyczne pod czujnym okiem nauczycielki (Tiffany Brouwer), ale ich wyprawa przeobraziła się w scenariusz horroru. Gdy opiekunka zostaje porwana, z odsieczą wyrusza jej bohaterski narzeczony John (Paul Logan) − były członek Navy SEALs.

Horde2

     „The Horde” rozpoczyna się jak archaiczny backwoods slasher, a kończy niczym sieczka z sobotniej ramówki Telewizji Puls. Mieszają się w filmie tropy i konwencje gatunkowe, ale nie jest to raczej zaplanowany manewr: to reżyser i scenarzysta (ponownie Logan) pogubili się w swych inspiracjach. Gdyby „Wzgórza…” miały romans z „Teksańską masakrą…”, a Craven i Hooper nie byliby geniuszami grozy, powstałby straszak podobny do „Horde”. Atakujący protagonistów mordercy przypominają trochę zdeformowanych leśnych dziadków z ostatnich sequeli „Drogi bez powrotu” − nie jest to, oczywiście, komplement.

Czytaj dalej W ciemnej… puszczy. [„The Horde”, 2016]

Krwawy moralitet. [„Dom pani Slater”, 1983]

     Słynne „Widmo”, z Vérą Clouzot i Simone Signoret jako nauczycielkami dręczonymi przez kochanka-tyrana, zainspirowało wiele filmowych dreszczowców. Poza kiepsko przyjętym przez krytykę remakiem, „Diabolique”, powstały też luźno inspirowane francuskim klasykiem odniesienia: między innymi „Gry” Curtisa Harringtona czy „Niech bestia zdycha”. Henri-Georges Clouzot miał też wywrzeć wpływ na Marka Rosmana, którego „The House on Sorority Row” (tytuł polski „Dom pani Slater”) przyjmuje postawę moralizującą. Oto bowiem w ejtisowym slasherze piękne studentki giną nie dlatego, że uwziął się na nie bezmyślny zabójca, a z racji bezmyślnie popełnionej zbrodni.

houseonsororityrow2

     W scenie początkowej tytułowa Dorothy Slater – wynajmująca swoją willę studentkom – rodzi bękarta. Poród odbiera tajemniczy doktor, który na widok malca rzuca z rozczarowaniem: „toż to kolejna porażka!”. Dlaczego dziecko urodziło się nieudane – nikt tego nie wyjaśnia… Po latach schorowana Slater pada ofiarą dowcipu, który wymknął się spod kontroli. Członkinie siostrzanego stowarzyszenia wystrzeliły do zrzędliwej staruszki, nie mając pojęcia, że pistolet był naładowany. Po północy dziewczęta pożałują swej głupoty. Na ich imprezę wkradnie się bowiem uzbrojony intruz, który spocznie dopiero, gdy każda z panien zapłaci za swój błąd.

Czytaj dalej Krwawy moralitet. [„Dom pani Slater”, 1983]

Masakra po latynosku. [„What the Waters Left Behind” aka „Los olvidados”, 2017]

     Grupa seksownych dokumentalistów wyrusza do Villa Epecuén − zapomnianej przez świat miejscowości na zachodzie Argentyny, która lata temu zatonęła pod hektolitrami podniesionej wody. Dziś jest to teren budzący grozę: zdewastowany i całkowicie opuszczony przez ludzi. Tak przynajmniej wydaje się członkom ekipy filmowej. Bohaterowie − wśród nich Vicky (Paula Sartor) i Diego (Agustin Pardella) − nie zdołają zebrać w Epecuén potrzebnego materiału. Niektórzy nigdy nie wrócą do domu, bo na ich drodze niespodziewanie staną „intruzi”.

what3

     Pamiętacie braci Onettich? Jasne, że tak: parę lat temu ich giallowy throwback, „Francesca”, odbił się szerokim echem wśród fanów horroru. Tegoroczny passion project rodzeństwa, „What the Waters Left Behind” (oryg. „Los olvidados”), odwołuje się do takich klasyków, jak „Teksańska masakra piłą mechaniczną” czy „Wzgórza mają oczy”. Tobe Hooper w swoim opus magnum zmierzył się z powojenną depresją i klimatem politycznym USA lat siedemdziesiątych − pod banalnym tytułem przechwycił głębsze treści. Film Onettich natomiast nie jest zaangażowany socjologicznie: powstał bowiem na bazie zerowego, przesyconego pustym sadyzmem scenariusza, w którym na żadną formę szacunku nie zasłużyli sobie nawet bohaterowie pierwszoplanowi. Ich ciała są masakrowane, ale mało kogo to wzruszy, bo nie łączy nas z postaciami żaden związek.

Czytaj dalej Masakra po latynosku. [„What the Waters Left Behind” aka „Los olvidados”, 2017]