Last weeks on earth. Do „Salem” coraz bliżej

     Na „The Lords of Salem” czekamy już długo, ale kolejne donosy na temat projektu potwierdzają, że warto być cierpliwym. Przed czterema dniami światło dziennie ujrzał drugi już zwiastun filmu. Jest finezyjny, intensywny i straszny do potęgi. Zapowiada się, że film sygnowany nazwiskami Bruce’a Davidsona, Kena Foree i Sida Haiga będzie małym arcydziełem.

     Muszę przyznać, że w ciągu ostatnich lat oszalałem na punkcie Roba Zombie. „Dom tysiąca trupów” i jego sequel to hołdujące ukłony w kierunku kina exploitation, które – jako jedna z nielicznych osób – przyjąłem z miłością i podziwem. Nowe odsłony serii Michaela Myersa to klasyczne „Halloween” na miarę dzisiejszych czasów – czasów kina komercyjnego. Są brawurowe i nie uciekają od etykiety „torture-pornowego” trendu, lecz nie brak im ambicji, suspensu i grozy. Jako adept i rozwijający się młody filmowiec Zombie pokazał się ze strony zapędzonego pasjonata horroru, aspirującego do tytułu prawdziwego wizjonera. Ale dosyć o błysku tego ekscentrycznego artysty.

Czytaj dalej Last weeks on earth. Do „Salem” coraz bliżej

Reklamy

Paranormal Inactivity

     Zlany potem budzisz się w nocy, krzyczysz. Bynajmniej nie dręczą cię koszmary spowodowane zawartością grozy w obejrzanym filmie – marnym i niestrasznym „Paranormal Activity 4”. To sam film okazał się koszmarem, jaki ciężko wyprzeć ze świadomości… Historia lubi się powtarzać. Czwarty „Paranormal…”, choć kuleje fabularnie i twórczo, a na dodatek nie ma żadnego sensu, szybko zdążył powtórzyć sukces swoich prequeli. Za kilka miesięcy kina szturmem nawiedzi „piątka”. Co robić, jak żyć?

     Alex jest typową nastolatką. Zajmuje się młodszym bratem, wolne chwile spędza z chłopakiem, wiedzie ustabilizowany tryb życia. Gdy jednak naprzeciw jej domu sprowadzają się nowi sąsiedzi, sprawy przybierają zaskakujący obrót. Młoda matka i jej wyciszony syn Robbie tworzą osobliwą rodzinę. Chłopiec trafia pod tymczasową opiekę rodziców Alex, gdy jego opiekunka ulega podejrzanemu wypadkowi. Sześcioletniemu bratu Alex Robbie przedstawia swojego wyimaginowanego przyjaciela, Toby’ego. Nocą w domu rodziny zachodzą upiorne zjawiska, jednak tylko Alex jest tą sytuacją zaniepokojona. Razem z lubym nastolatka instaluje w posiadłości ukryte kamery…

Czytaj dalej Paranormal Inactivity

Słów kilka o „Teddy’m”

     Jak się okazuje, w Chicago nie znają się na horrorach. Nie dalej niż tydzień temu utwierdziłem się w przekonaniu, że studenckie-niestudenckie etiudy i różnej maści inne krótkometrażowe pierdoły to prawie zawsze śmieci. Obejrzałem „Teddy’ego”, 12-minutową produkcję SlasherStudios.com, wziętej witryny rozprawiającej nad – nie inaczej – moimi ulubionymi slasherami. Podczas 2012 Chicago Fear Fest „Teddy” został nagrodzony laurem publiczności. A ja pytam: za co?

Czytaj dalej Słów kilka o „Teddy’m”

Fanfary dla słodkiego

     Zdarza mi się pomiatać latami dziewięćdziesiątymi jako dekadą upadku kina grozy. W końcu przodujące horrory z tego okresu to pastisze lub w najlepszym razie detektywistyczne thrillery – bez wątpienia filmy znamienite, choć jednocześnie odpowiedzialne za odejście co bardziej krwistych i jaskrawych horrorów na regały wypożyczalni kaset wideo. Trafił się jednak w tej dobie wyzbycia i pogardy straszak pełną gębą. Nie stworzył go David Fincher, ani Jonathan Demme. Craven też nie jest jego autorem. „Candymana”, o którym mowa, wyreżyserował Bernard Rose.

     Chicago. Studentka socjologii Helen Lyle (Virginia Madsen) zbiera materiały do pracy doktorskiej na temat miejskich legend. Nasunięty zostaje jej prawdziwy smaczek – poznaje legendę Candymana (Tony Todd). Daniel Robitaille, bo tak brzmi imię mitycznego, był synem czarnoskórego niewolnika. Jako wzięty artysta tworzył portrety dla bogaczy. Świat burżuazji sprzyjał Danielowi tak dalece, że mężczyzna zakochał się w arystokratce. Ojciec panienki wymierzył mu straszliwą karę, a malarz zmarł w bólach. To nieczysta śmierć nadała mu pseudonim. Od dziesięcioleci Candyman, upiór w długim płaszczu, z ciętym hakiem zastępującym dłoń, nawiedza okolice Cabrini Green, slumsów zamieszkałych przez Afroamerykanów. Helen wierzy w naukę, nie w murzyńskie podania, jest nieustraszona. Gdy tylko posuwa się o jeden krok wprzód za dużo, Candyman zaczyna ją nawiedzać.

Czytaj dalej Fanfary dla słodkiego

Czekając na powód do uśmiechu

     Gdyby tak wymazać podjęte decyzje, chwile szpecące przeszłość… Aktorom filmu „Smiley” z pewnością zbierze się jeszcze na tego typu wynurzenia. Zrealizowany za przysłowiowe grosze koszmarek Michaela Gallaghera zasłużył na mnogość obelg, z którymi się spotkał, choć nie jest to spowodowane jego absolutną beznadzieją.

     Jako kino grozy drugiego sortu film można strawić. „Smiley” natchniony jest duchem klasycznego teen slashera, lecz do klasyki gatunku nigdy nie wejdzie. Główną bohaterkę filmu Ashley (Caitlin Gerard w ni to ziębiącej, ni grzejącej roli) poznajemy na pierwszym roku studiów filozoficznych. Po śmierci matki dziewczyna rozpoczyna samodzielne życie i osiedla się gdzieś w Kalifornii. Wraz z ekstrawertyczną współlokatorką (wkurzająca jak mało kto Melanie Papalia) Ashley wpada na trop tytułowego Smileya – mordercy o wyszytym na twarzy, krwawiącym uśmiechu, może upiorze, może humanoidzie czyhającym na swoje ofiary w internecie. Smiley pojawia się znikąd, a jego wizyta przywołana może być tylko na jednym z tyleż popularnych, co budzących grozę wideoczatów. Dla zabawy dziewczęta testują prawdziwość miejskiej legendy podczas internetowej pogawędki z kolegą. Chłopak pada ofiarą Smileya na oczach zszokowanych studentek. Sielskie życie młodych kobiet zamienia się w koszmar.

Czytaj dalej Czekając na powód do uśmiechu

Prawie jak strach

     Ciężkostrawna jest myśl, że ulubiony reżyser straci formę, zejdzie na psy i zacznie tworzyć kiepskie filmy. Jeszcze większe troski wzbudza idea, według której potencjalny ulubiony reżyser nigdy nie zostaje pupilem widowni, nie potrafiąc należycie wykorzystać swojego talentu. Alexandre Aja jest jednym z „potencjalnych pewniaków”, co udowadnia niebagatelnym „Bladym strachem”.

     Na odludną wieś przybywa tajemniczy nieznajomy. Pierwszą scenę z jego udziałem wieńczy ujęcie zdekapitowanej dziewczęcej głowy, tej samej, która scenę wstecz „wykonywała” na misternym mężczyźnie fellatio – przy pomocy jego dłoni. Dodajmy, że ów obcy jest nie tylko w spaczony sposób perwersyjny, ale też groteskowo szpetny i krajobraz wiejskiej francuskiej osady zakłóca obecnością podobnej jemu ciężarówki, którą przemierza drogi i szosy, a otrzymamy obraz filmowego zwyrodnialca – koniec końców nie tak zwyrodniałego, jak malują go w swych recenzjach pamfleciści zza Oceanu. Odrażający podróżnik z precyzją i zniesmaczającą widza (acz dziwnie go ujmującą) gracją pozbywa się mieszkańców położonego w głębi rolnych pól domu, mordując ich w sposób beznamiętny i brawurowy. Tym samym toruje sobie drogę do upragnionej piękności spoczywającej w swoim pokoju − studentki Alex. Nie przypadkowo użyłem formuły „torować drogę”… Zabójca, choć zdobywa seksualną niewolnicę, którą ochoczo zakuwa w łańcuchy i umieszcza na tyłach swojego wozu, nie może promiennie zatriumfować. Uniemożliwia mu to Marie, niestrudzona wojowniczka, przyjaciółka Alex, która – stając się cichym świadkiem potwornej zbrodni – w akcie desperacji decyduje się odbić porwaną. Bohaterska Marie, niemniej ciekawa postać, w ekscentrycznych snach ma w zwyczaju biegać sama za sobą poprzez lasy. Dubel rodem z bardziej pokrętnych dzieł Davida Lyncha. Tylko czy dubel to odpowiednie słowo?

Czytaj dalej Prawie jak strach

Do you like scary movies?