Mocnymi słowami o „Hellraiserze III”

     Ja naprawdę lubię kiczowate kino. Zmierzyłem się z włoskimi interpretacjami mitologii nordyckiej („Troll 2”), filmowymi natarciami rozwścieczonych warzyw („Atak pomidorów zabójców”) czy dorobkami bezspornie słabych reżyserów, jak nieodżałowany Ed Wood. Świętą skarbnicą złych filmów pozostaje grupa sequeli najbardziej kultowych horrorów. „Hellraiser III: Piekło na ziemi” zajmuje w owym zbiorze zaszczytne miejsce produkcji miernej i w tej miernocie prawdziwie ujmującej.

     Zdecydowanie jest to kino grozy z niższej półki. Niby upchnięty do dystrybucji kinowej (nie uwierzę dopóki wehikuł czasu nie zabierze mnie do roku 1992 i nie przekonam się o kinowym przeznaczeniu „Hellraisera III” na własne oczy), film przedstawia się z każdej strony charakterystycznej dla horrorów direct-to-video – tak więc od dupy strony.

Czytaj dalej Mocnymi słowami o „Hellraiserze III”

Dobre złego początki, czyli geneza przekleństwa Tobe’a Hoopera

     „Zjedzeni żywcem” to film nieszczęsny. Zaledwie drugi w dorobku twórczym niemniej feralnego Tobe’a Hoopera, nie miał szans na zyskanie takiego poklasku jak młodszy o trzy lata kinowy debiut reżysera, „Teksańska masakra piłą mechaniczną”. Oba te tytuły są jak niebo i ziemia – masakra w Teksasie wznosiła się na nieznane dotąd widzom terytoria orzeźwienia i pierwszorzędnej grozy, od lat niespotykanych w gatunku horroru, natomiast kolejną swoją fabułą Hooper wykazał się przyziemnością i wątpliwym zasobem ambicji. Na całe szczęście nie można uznać „Zjedzonych żywcem” za tani straszak i beznadziejny gniot; jest to całkiem przystępne rzemiosło.

     Początek filmu wzbudza oczywiste skojarzenia z hitchcockowską „Psychozą, chociaż nie przyprawia o ten sam mroźny dreszcz emocji, co klasyczny thriller. Atrakcyjna i strudzona życiem młoda prostytutka zostaje wyrzucona z domu uciech cielesnych, gwarantującym jej dach nad głową. Trafiwszy do obskurnego, otoczonego lasem hoteliku na bagnach, nawet nie spodziewa się, że będzie musiała skonfrontować się z jego właścicielem-mordercą. W pensjonacie mizerniejszej wersji Normana Batesa zjawia się szereg innych gości. Wszyscy, bez wyjątku, przerysowani są bardziej niż przyjaciele gospodyń domowych z ulubionych soap oper. Najbardziej bawią jednak intencje psychopatycznego hotelarza, który prowadzi swój bagienny interes, by… dokarmiać pupila w postaci krokodyla nilowego.

Czytaj dalej Dobre złego początki, czyli geneza przekleństwa Tobe’a Hoopera

Piekielnie typowy sequel

     Clive’a Barkera nigdy za wiele – jak się okazuje, w każdej postaci. Pisarz grozy, po którego literaturę sięgają fani makabry dookoła świata, udowodnił, że jest równie utalentowanym autorem, co i sprawnym filmowcem, a nawet game designerem. Artysta fantastyczny, w każdym znaczeniu. Funkcja Anglika przy realizacji „Wysłannika piekieł 2” jest mocno zawężona (powierzono mu produkcję wykonawczą); wielka to szkoda, że współczesny mistrz horroru zaledwie maczał przy tym sequelu palce.

     Obraz zaczyna najlepsze ujęcie z oryginału „Hellraisera”, właśnie reżyserowanego przez Clive’a Barkera: częściowo porozrywany hakami, zawieszony na łańcuchach mężczyzna w ekstazie oblizuje zdeformowane usta i jęczy „Jesus wept” (Jezus zapłakał). Tony Randel przywraca w „Wysłaniku piekieł 2” tę straszliwą poezję, ale tylko częściowo. Na pewno zaś nie podołał uczynieniu z drugiej części cyklu o Cenobitach dzieła równie harmonijnego jak barkerowski klasyk.

Czytaj dalej Piekielnie typowy sequel

„Demons… Not so smart”

     O ile wydany bezpośrednio na rynek DVD remake horroru z lat osiemdziesiątych nie zawsze musi okazać się całkowitym nieporozumieniem (patrz April Fool’s Day), o tyle publikowany z pominięciem dystrybucji kinowej remake autorstwa Adama Gierascha i Jace’a Andersona nie ma szans na bycie przyzwoitym filmem. Night of the Demons trzyma kaleki poziom wielu innych niskobudżetowych obrazów wyżej wymienionych, kpiąc sobie raz po raz ze smaku i przyzwoitości widza.

     Historia jest błaha i głupkowata – trudno w końcu po horrorze o nocy demonów oczekiwać skomplikowanej fabuły i zagmatwania wątków. Rzecz dzieje się w Luizjanie. Scena otwierająca film, nakręcona w tonacji taniej sepii, rozgrywa się w roku 1925 w rezydencji państwa Broussard. Młoda kobieta popełnia samobójstwo, skacząc z balkonu z pętlą wokół szyi, domniemanie w ucieczce przed zagrożeniem. Jej ciało zostaje zdekapitowane. Mało wyszukaną opowiastką od tej pory straszą się lokalne dzieciaki, przypisując zajściu paranormalny podtekst. Dekady później w domu Broussardów odbywa się przyjęcie, którego pomysłodawczynią jest ekscentryczna Angela. Grupka nieszczęśników zostaje omyłkowo zamknięta w opuszczonej posiadłości. Decydują się na podróż po piwnicy…

Czytaj dalej „Demons… Not so smart”

O mrocznej finezji „Zagadki nieśmiertelności”

            Lubimy, kiedy horror łączy się z innymi, wyodrębnionymi i pozornie sprzecznymi gatunkami filmowymi, a już w zupełności z dramatem lub ciężkim kinem psychologicznym. To właśnie wtedy film grozy, przemycając do świata przedstawionego żal, melancholię i prawdziwe życiowe troski, staje się nieodparcie niepokojący i straszny, a nade wszystko – realny. Niewielu twórców z korzystnym dla siebie skutkiem zmierzyło się z tą konwencją. Obok „Nie oglądaj się teraz” Nicolasa Roega czy „Pozwól mi wejść” Tomasa Alfredsona z czystym sumieniem można postawić niniejsze dzieło.

     Wiosną 1983 roku swoją premierę odnotowała „Zagadka nieśmiertelności” – na równi opowieść grozy i kino dramatyczne, bardzo zresztą przytłaczające. Nie można skwitować tego obrazu wprost jako horroru, i nie tylko ze względu na jego specyficzną stronę wizualną, której uwagę poświęcę w dalszej części tekstu. Przede wszystkim jest to wyszukana i skąpa fabularnie historia, pomimo nieobfitej treści bardzo intensywnie przedstawiona – „vampire flick” co najmniej nietypowy.

Czytaj dalej O mrocznej finezji „Zagadki nieśmiertelności”

Z sercem do bebechów

     Zaczęło się w połowie lat dziewięćdziesiątych. Krzyk  Wesa Cravena wyraźnie inspirowany był popularnymi slasherami sprzed dekady. Początek nowego milenium spłynął falą ponownego natchnienia wśród adeptów filmowej grozy, którzy tchnęli w gatunek horroru nowe życie. Za wzorzec posłużyły uznane w latach 70. splattery i projekty z nurtu exploitation. Pomiędzy wieloma lepszymi i gorszymi remake’ami (Teksańska masakra piłą mechaniczną, Wzgórza mają oczy) ukazały się liczne produkcje oryginalne, w tym Droga bez powrotu  Roba Schmidta – dość mierne filmidło na jeden seans, regularnie i zasłużenie pomiatane przez krytykę jako niezborna kombinacja dwóch wymienionych powyżej tytułów. Śmieszne wydawały się informacje o realizacji sequela tego straszaka, które pojawiły się na kilka lat po jego premierze, tym bardziej, że kontynuację szykowano wyłącznie na rynek DVD. Jesienią 2007 roku Droga bez powrotu 2 okazała się przyjemną niespodzianką.

     W zastępstwie za nijakich bohaterów prequelu, którzy dokonując tytułowego złego skrętu zboczyli z zakorkowanej drogi i skazali się na śmierć z rąk zmutowanych genetycznie kanibali okupujących lasy Zachodniej Wirginii, mamy tu ekipę telewizyjną kręcącą program typu reality show na wzór kultowego Survivor. Zadaniem jej członków jest przetrwać w dziczy za wszelką cenę. Gdy już okazuje się, że są oni narażeni nie tylko na jedzenie robaków i mniejszych zwierząt przed kamerą, ale też sami stają się obiektem łowów, mało kto wykazuje wystarczająco wysoką wolę przetrwania, a wegetarianka ze skłonnością do autoagresji i melancholii (w tej roli Erica Leerhsen) okazuje się twardsza niż krzykliwy eks-komandos (Henry Rollins). Ironia sama w sobie.

Czytaj dalej Z sercem do bebechów

Do you like scary movies?