Piekielnie typowy sequel

     Clive’a Barkera nigdy za wiele – jak się okazuje, w każdej postaci. Pisarz grozy, po którego literaturę sięgają fani makabry dookoła świata, udowodnił, że jest równie utalentowanym autorem, co i sprawnym filmowcem, a nawet game designerem. Artysta fantastyczny, w każdym znaczeniu. Funkcja Anglika przy realizacji „Wysłannika piekieł 2” jest mocno zawężona (powierzono mu produkcję wykonawczą); wielka to szkoda, że współczesny mistrz horroru zaledwie maczał przy tym sequelu palce.

     Obraz zaczyna najlepsze ujęcie z oryginału „Hellraisera”, właśnie reżyserowanego przez Clive’a Barkera: częściowo porozrywany hakami, zawieszony na łańcuchach mężczyzna w ekstazie oblizuje zdeformowane usta i jęczy „Jesus wept” (Jezus zapłakał). Tony Randel przywraca w „Wysłaniku piekieł 2” tę straszliwą poezję, ale tylko częściowo. Na pewno zaś nie podołał uczynieniu z drugiej części cyklu o Cenobitach dzieła równie harmonijnego jak barkerowski klasyk.

Czytaj dalej Piekielnie typowy sequel

Reklamy

„Demons… Not so smart”

     O ile wydany bezpośrednio na rynek DVD remake horroru z lat osiemdziesiątych nie zawsze musi okazać się całkowitym nieporozumieniem (patrz April Fool’s Day), o tyle publikowany z pominięciem dystrybucji kinowej remake autorstwa Adama Gierascha i Jace’a Andersona nie ma szans na bycie przyzwoitym filmem. Night of the Demons trzyma kaleki poziom wielu innych niskobudżetowych obrazów wyżej wymienionych, kpiąc sobie raz po raz ze smaku i przyzwoitości widza.

     Historia jest błaha i głupkowata – trudno w końcu po horrorze o nocy demonów oczekiwać skomplikowanej fabuły i zagmatwania wątków. Rzecz dzieje się w Luizjanie. Scena otwierająca film, nakręcona w tonacji taniej sepii, rozgrywa się w roku 1925 w rezydencji państwa Broussard. Młoda kobieta popełnia samobójstwo, skacząc z balkonu z pętlą wokół szyi, domniemanie w ucieczce przed zagrożeniem. Jej ciało zostaje zdekapitowane. Mało wyszukaną opowiastką od tej pory straszą się lokalne dzieciaki, przypisując zajściu paranormalny podtekst. Dekady później w domu Broussardów odbywa się przyjęcie, którego pomysłodawczynią jest ekscentryczna Angela. Grupka nieszczęśników zostaje omyłkowo zamknięta w opuszczonej posiadłości. Decydują się na podróż po piwnicy…

Czytaj dalej „Demons… Not so smart”

O mrocznej finezji „Zagadki nieśmiertelności”

            Lubimy, kiedy horror łączy się z innymi, wyodrębnionymi i pozornie sprzecznymi gatunkami filmowymi, a już w zupełności z dramatem lub ciężkim kinem psychologicznym. To właśnie wtedy film grozy, przemycając do świata przedstawionego żal, melancholię i prawdziwe życiowe troski, staje się nieodparcie niepokojący i straszny, a nade wszystko – realny. Niewielu twórców z korzystnym dla siebie skutkiem zmierzyło się z tą konwencją. Obok „Nie oglądaj się teraz” Nicolasa Roega czy „Pozwól mi wejść” Tomasa Alfredsona z czystym sumieniem można postawić niniejsze dzieło.

     Wiosną 1983 roku swoją premierę odnotowała „Zagadka nieśmiertelności” – na równi opowieść grozy i kino dramatyczne, bardzo zresztą przytłaczające. Nie można skwitować tego obrazu wprost jako horroru, i nie tylko ze względu na jego specyficzną stronę wizualną, której uwagę poświęcę w dalszej części tekstu. Przede wszystkim jest to wyszukana i skąpa fabularnie historia, pomimo nieobfitej treści bardzo intensywnie przedstawiona – „vampire flick” co najmniej nietypowy.

Czytaj dalej O mrocznej finezji „Zagadki nieśmiertelności”

Z sercem do bebechów

     Zaczęło się w połowie lat dziewięćdziesiątych. Krzyk  Wesa Cravena wyraźnie inspirowany był popularnymi slasherami sprzed dekady. Początek nowego milenium spłynął falą ponownego natchnienia wśród adeptów filmowej grozy, którzy tchnęli w gatunek horroru nowe życie. Za wzorzec posłużyły uznane w latach 70. splattery i projekty z nurtu exploitation. Pomiędzy wieloma lepszymi i gorszymi remake’ami (Teksańska masakra piłą mechaniczną, Wzgórza mają oczy) ukazały się liczne produkcje oryginalne, w tym Droga bez powrotu  Roba Schmidta – dość mierne filmidło na jeden seans, regularnie i zasłużenie pomiatane przez krytykę jako niezborna kombinacja dwóch wymienionych powyżej tytułów. Śmieszne wydawały się informacje o realizacji sequela tego straszaka, które pojawiły się na kilka lat po jego premierze, tym bardziej, że kontynuację szykowano wyłącznie na rynek DVD. Jesienią 2007 roku Droga bez powrotu 2 okazała się przyjemną niespodzianką.

     W zastępstwie za nijakich bohaterów prequelu, którzy dokonując tytułowego złego skrętu zboczyli z zakorkowanej drogi i skazali się na śmierć z rąk zmutowanych genetycznie kanibali okupujących lasy Zachodniej Wirginii, mamy tu ekipę telewizyjną kręcącą program typu reality show na wzór kultowego Survivor. Zadaniem jej członków jest przetrwać w dziczy za wszelką cenę. Gdy już okazuje się, że są oni narażeni nie tylko na jedzenie robaków i mniejszych zwierząt przed kamerą, ale też sami stają się obiektem łowów, mało kto wykazuje wystarczająco wysoką wolę przetrwania, a wegetarianka ze skłonnością do autoagresji i melancholii (w tej roli Erica Leerhsen) okazuje się twardsza niż krzykliwy eks-komandos (Henry Rollins). Ironia sama w sobie.

Czytaj dalej Z sercem do bebechów

Półtorej godziny piekielnej gehenny

     W sztuce filmowej tandeta przewija się regularnie i obficie. Stany Zjednoczone wydały Eda Wooda i jego latające na sznurkach talerze, Niemcy – Uwe „Nie jestem, @#!%$, debilem” Bolla, z zamiłowaniem brukającego gry komputerowe swoimi ekranizacjami i zbierającego Złotego Maliny. To Włochy są jednak kolebką kiczu i złego smaku. Żadna nacja nie może „pochwalić się” przynależnością etniczną tylu beznadziejnych filmowców. Choć niezrównany w swojej okropności pozostaje Bruno Mattei (Szczury: Noc grozy , Strike Commando), bliski uzyskania tytułu twórcy fatalnego jest także Lucio Fulci.

     Fulci, zwany często „ojcem chrzestnym gore”, zaliczany jest w poczet wpływowych i prominentnych reżyserów włoskich, kreatorów klasycznych horrorów. Stawiany obok błyskotliwego artysty jak Dario Argento czy pojętnego rzemieślnika Mario Bavy, wypada jednak niezmiernie słabo, jako że jego projektom brakuje wszystkiego tego, z czego słyną horrory wyżej wymienionych, przede wszystkim minimum konotacji.

Czytaj dalej Półtorej godziny piekielnej gehenny

Ale to już było…

     Kiedy film rozpoczynają przydługie ujęcia ogromnych leśnych obszarów, istnieją spore szanse, że oglądamy obraz z nurtu „backwoods horror” – opowieść grozy (choć to często zbyt duże słowo), rozgrywającą się w lesistych ostępach, z dala od cywilizacji. Trzy dekady temu powstawały ambitniejsze pozycje z tego rozkwitającego wówczas podgatunku, dziś slasher w głuszy najczęściej oznacza kino najniższych lotów. Żałuję, że majestatyczne kadry prowincji australijskiej Wiktorii, którymi zainicjował swój film Jamie Blanks, nie wznieciły we mnie takich przewidywań w ciągu pierwszych minut Przed burzą.

     Bohaterami filmu są europejscy yuppies, zwiedzający Australię według bardzo dziwnego przewodnika turystycznego. Wziętego adwokata i subtelną artystkę poznajemy, gdy wybierają się w podróż niewielką łódką. Zaskoczeni przez morską burzę, dryfują aż na odludną wyspę, gdzie są świadkami pobicia i potencjalnego zabójstwa. W poszukiwaniu pomocy, z trudem udaje im się odnaleźć zapuszczone gospodarstwo, w którym nie spotykają jednak mieszkańców. Ci jednak, niestety, spotykają po pewnym czasie intruzów.

Czytaj dalej Ale to już było…

Do you like scary movies?