Archiwa tagu: apokalipsa/postapokalipsa

World gone wild. [„VFW”, 2019]

     Sztuka przelewania krwi na ekranie jest dużo bardziej wymagająca, niż mogłoby się pozornie zdawać. Żeby splatter miał przysłowiowe ręce i nogi (albo umiejętnie ucinał je nieszczęsnym postaciom), reżyser musi wykazać się odpowiednią – użyję tego słowa – wrażliwością. Na estetykę, która najczęściej ma być retro-sentymentalna, na upodobania i potrzeby specyficznego widza. Łatwo można spieprzyć dobrze zapowiadający się midnight movie: dowiodła temu chociażby Chelsea Stardust za sprawą ubiegłorocznego „Satanic Panic” – był to film zbyt stateczny i niemrawy, obiecujący więcej niż był w stanie dać. Lepiej wyważona okazała się „Ekstaza” Joego Begosa: hipnotyzująca opowieść o wampirzym hedonizmie, pełna ejtisowego sleaze’u. Reżyser nie kazał nam długo czekać na swój kolejny ruch, a nowym filmem, „VFW”, potwierdza, że warto mieć jego nazwisko na oku. Begos z łatwością przekracza w „VFW” granice ekranowego szaleństwa, a stylistykę exploitation zna od podszewki. Nie boi się ubrudzić kamery krwią.

VFW 2019 01

     Skrót „VFW” oznacza w wolnym tłumaczeniu Weteranów Wojen Zagranicznych. Akcja filmu toczy się w knajpie dla podstarzałych żołnierzy i pobrzmiewa „Atakiem na posterunek 13”. Bogu ducha winni kamraci – wśród nich właściciel przybytku Fred Parras (Stephen Lang) – zostają napadnięci przez bandę agresywnych narkomanów, wojujących dla lokalnego drug lorda. Powód: do baru wparowuje młoda dziewczyna, która wykradła baronowi zapasy białego proszku, próbując rozbić jego interes. Wszystko to w akcie odwetu za śmierć siostry. Boz (Travis Hammer) zrobi wszystko, by uratować sytuację, a żeby dopiąć swego, planuje wymordować zgromadzone w pijalni towarzystwo. Weterani nie sprzedadzą skóry po taniości.

Czytaj dalej World gone wild. [„VFW”, 2019]

Nut up or shut up². [„Zombieland: Kulki w łeb”, 2019]

     Powroty z sequelami po wielu latach od premiery części pierwszej to w pewien sposób loteria. Czasem okazują się strzałem w dziesiątkę (niech za przykład posłuży świetny retro-horror sprzed roku, „Nieznajomi: Ofiarowanie”), kiedy indziej twórcy przekonują się, że nikt na nie nie czekał („Straż wiejska 2”). Kontynuacja „Zombieland” była bodaj najbardziej wyczekiwanym filmem od czasu ostatniego „Mad Maksa”. Przypomnijmy: poprzednia odsłona ukazała się dokładnie dziesięć lat temu i została świetnie przyjęta tak przez krytyków, jak i widzów. Powstanie sequela wydawało się sprawą oczywistą, a jednak projekt przeszedł przez długotrwały development hell. W tym roku drugi „Zombieland” udało się sfinalizować. Na przekór oczekiwaniom, film ma w sobie moc i nie sprawia wrażenia wymęczonego. Przeciwnie – wygląda na to, że na planie zdjęciowym wszyscy bawili się doskonale.

Z4

     Minęła dekada od wydarzeń przedstawionych w pierwszym filmie. Miłośnik broni palnej Tallahassee wciąż trzyma się swej sprawdzonej bandy: przemierza Amerykę wraz z Columbusem, Wichitą i Little Rock, strzelając między oczy każdemu napotkanemu na drodze zombiakowi. Wędrówki po postapokaliptycznym świecie do łatwych nie należą. Bohaterowie nie utrzymują kontaktu z innymi ocalałymi, zamiast ryzykować, przebywają tylko między sobą. Buntuje się przeciw narzuconemu rygorowi Little Rock, która chce poznać świat, a przy okazji wpaść w oko jakiemuś chłopakowi – takiemu z pulsem. Tymczasem Wichita wpada w panikę, gdy Columbus prosi ją o rękę. Zostawia po sobie kartkę z przeprosinami i decyduje dołączyć do młodszej siostry.

Czytaj dalej Nut up or shut up². [„Zombieland: Kulki w łeb”, 2019]

„I take love seriously, you know?” [„Wściekłość”, 1977]

     David Cronenberg nie zawsze uchodził za wieszcza kina kanadyjskiego. W połowie lat siedemdziesiątych był eksperymentatorem i twórcą undergroundowych kuriozów. Miał na koncie trzy filmy fabularne, które zwróciły na siebie uwagę samego Martina Scorsese, ale zupełnie nie zainteresowały widzów. Reżyser zyskał rozgłos dopiero w roku 1977, kiedy ekrany światowych kin zapałały jego „Wściekłością”. Pomimo mieszanych recenzji film zyskał status kultowego, a z biegiem lat został nawet poddany analizom akademickim. Cielesny horror i sceny tryskające płynami ustrojowymi wchodzą tu w klincz z alegoryczną formułą.

Rabid1977-1

     Na planie „Wściekłości” spotkali się prowokatorzy: Cronenberg oraz aktorka Marilyn Chambers, znana przede wszystkim jako gwiazda porno. Świeżo po występie w „Behind the Green Door” (najbardziej artystycznym filmie XXX wszech czasów) Chambers zapragnęła dowieść, że stać ją na więcej. Że ma nie tylko piękne ciało, ale też duszę artystki. Choć „prawdziwego” aktorstwa ledwo posmakowała, jej rola we „Wściekłości” do dziś pozostaje pamiętna.

Czytaj dalej „I take love seriously, you know?” [„Wściekłość”, 1977]

Dead. La mort. History. [„Doom Generation – Stracone pokolenie”, 1995]

     Po tym, jak „The Living End” zdobyło nominację do nagrody głównej na festiwalu w Sundance, Gregg Araki stał się jednym z ważniejszych głosów na scenie kina LGBT. Wielu twórców podłączyło się pod nurt New Queer Cinema, choć większość tylko z nim flirtowała. Araki zaś kręcił filmy o gejach i biseksualistach, między innymi dla tychże – do końca lat dziewięćdziesiątych miał na swoim koncie siedem projektów, w których dominowały lub wyróżniały się postaci queerowe. Spośród tych produkcji najwięcej uwagi poświęcono „Doom Generation – Straconemu pokoleniu”, groteskowemu kryminałowi o nastolatkach tyleż zblazowanych, co śmiercionośnych. Film – który oburzył między innymi Rogera Eberta – zapowiadano jako „pierwsze heteroseksualne dokonanie” w karierze Arakiego. Niemniej jest to historia do cna homoerotyczna, obfitująca zresztą w pikantne sceny seksu oraz zbliżenia na obnażone ciała. Araki, typ bardziej niż niepokorny, nie spotulniał wcale, gdy „Living End” obwołano „pedalską «Thelmą i Louise»”. I słusznie: w efekcie powstał film zadziorny, wściekły, emanujący nieokiełznaną energią twórczą. Nie wiem, jakim cudem ukazał się na ekranach polskich kin wkrótce po premierze w Stanach – teoretycznie powinien zostać oprotestowany przez rozmodloną dzicz.

DoomGeneration2

     Przypadek brytyjskiego „Księdza” pokazał, że Polska 1995 roku mentalnie tkwiła jeszcze w średniowieczu: przed salami kinowymi pikietowali uzbrojeni w różańce katolicy, bo w złym filmie powiedziano, że ich duchowy przywódca może „kochać inaczej”. Dwa lata później do dystrybucji wprowadzono „Doom Generation” – obraz o wyraźnie anarchistycznym wydźwięku, w którym dziewczyna ma zostać zgwałcona figurką Matki Bożej Fatimskiej. Film celowo utrzymany jest w złym guście, a religijne profanacje są w jego przypadku zaledwie wisienką na torcie. Araki opowiada o pokoleniu X i jego wędrówce ku zatraceniu. Amy (Rose McGowan), Jordan (James Duval) i Xavier (Johnathon Schaech) przemierzają pustkowia i najpodlejsze dzielnice miast w poszukiwaniu własnej tożsamości. Nie będzie spoilerem, jeśli napiszę, że wcale jej nie znajdują: stają się ofiarami dziwacznych okoliczności, przez własną nieuwagę ściągają na siebie olbrzymie kłopoty – pogoń za własnym „ja” musi poczekać. Bohaterowie mają hedonistyczne cele: chcą pieprzyć się ile wlezie i ćpać bez umiaru. Z czasem nową formą rozrywki staje się też zabijanie, bo ofiary jakby same pchają im się pod nóż. O nastoletnich zabójcach trąbią wszystkie stacje informacyjne, ale młodzi są zbyt obojętni – wobec prawa, wobec siebie samych – by szukać ratunku. Wielkimi krokami nadchodzi sądny dzień.

Czytaj dalej Dead. La mort. History. [„Doom Generation – Stracone pokolenie”, 1995]

Umarł król. [„Godzilla II: Król potworów”, 2019]

     Michael Dougherty nigdy dotąd nie podpadł widzom, umieszczając swoje nazwisko pod wyreżyserowanym filmem. Jego „Upiorna noc halloween” to wśród miłośników grozy low-keyowy klasyk, a „Krampus. Duch świąt” wyśniony został przez fanów Joe Dantego z czasów artystycznej świetności. Jeszcze miesiąc temu imię Dougherty’ego kojarzyło się jednoznacznie pozytywnie, ale teraz na portfolio reżysera pojawia się pierwsza skaza. „Godzilla II: Król potworów” – sequel przeboju kinowego z 2014 roku – nie sprawia wrażenia projektu powstałego z pasji, jest bowiem prosty i nader bezpiecznie prowadzony, a bez ryzyka nie ma zabawy. Powstało kino mdlące, boleśnie studyjne, przede wszystkim łechtające gusta niedzielnego kinomana.

Zilla3

     Dosłownie tłumacząc fragment wypowiedzi Dougherty’ego, reżyserując „Króla potworów”, chciał on „obudzić w Godzilli boga” („to put back the God in Godzilla”). Nie do końca się to udało. W finale japońskiemu tytanowi hołdują wszyscy jego przeciwnicy, a bohater grany przez Kena Watanabe co rusz zachwyca się nad prehistorycznymi gigantami, obwołując je jako „pierwszych wiekuistych”, ale modły lepiej zachować już dla tōhōwskich łobuziaków sprzed połowy wieku. Horror(ek) o Godzilli z lat pięćdziesiątych, choć nadgryziony przez ząb czasu, sprawia wrażenie dużo bardziej błyskotliwego niż nowa odsłona MonsterVerse. „Król potworów” to film rozwleczony do granic możliwości, a przy tym niewybrednie napisany, usłany infantylnymi one-linerami i niewykorzystujący potencjału swych aktorów. Łba takiego władcy nie powinna przystrajać żadna korona.

Czytaj dalej Umarł król. [„Godzilla II: Król potworów”, 2019]

No braaain, just pain. [„Dead Trigger − Oddział śmierci”, 2017]

     Świat pogrążył się w chaosie po tym, jak tajemniczy wirus przemienił ludzkość w wygłodniałe zombie. Specjalna jednostka wojskowa ma opuścić tak zwaną bezpieczną strefę i odnaleźć antidotum, które pomoże opanować pandemię. Żołnierzami dowodzi były policjant Kyle Walker (Dolph Lundgren), doskonale władający zarówno przyciężkimi karabinami, jak i śmiertelnie ostrą maczetą. Czy zdoła on ocalić Ziemię przed zagładą?

Untitled 3

     Rozumiem, dlaczego wystąpił w „Dead Trigger − Oddziale śmierci” Isaiah Washington. Niegdysiejszy gwiazdor hitowego serialu − zasłużenie oddalony przez showrunnera z planu − dziś jest aktorem trzecioligowym. Ale Dolph Lundgren posiada przecież więcej honoru, a na pewno ma lepszego nosa do teoretycznie trashowych filmów, które wcale nie okazują się kulawe (przykład: „Don’t Kill It”). Nie wiem, co pchnęło go w objęcia Scotta Windhausera; może perspektywa zafarbowanej głowy i nostalgicznego powrotu do przeszłości.

Czytaj dalej No braaain, just pain. [„Dead Trigger − Oddział śmierci”, 2017]