Archiwa tagu: art house

Czarna wdowa i Chrystus w seksownym speedo. [„Czwarty człowiek”, 1983]

     Filmy Paula Verhoevena z końca lat siedemdziesiątych, „Ślepy traf” i „Namiętność Kate”, spotkały się z mocno mieszanym odbiorem holenderskich krytyków. Zarzucano im płytkość, co reżyser wziął mocno do siebie: na tyle, że postanowił nakręcić projekt dużo bardziej przenikliwy, dający możliwość rozwiniętej interpretacji. W efekcie powstał hiperrzeczywisty dreszczowiec „Czwarty człowiek”, w którym realizm zastąpiony zostaje znakami umownymi i metafizyczną złudą, a świat przedstawiony podporządkowany jest doznaniom zmysłowym – nie obowiązują w nim zasadniczo prawa logiki.

DeVierdeMan2

     W „Czwartym człowieku” biseksualny pisarz Gerard Revé (Jeroen Krabbé) przybywa do nadmorskiego miasteczka, by dać wykład w klubie literackim. Mężczyzna szybko zwraca uwagę miejscowej kusicielki o androgynicznym typie urody. Christine (Renée Soutendijk) od razu przechodzi do ataku: chce przespać się z prozaikiem i nie spocznie, póki nie dopnie swego. Erotyczna przygoda przynosi zaskakujące następstwa. Gerard odkrywa, że kochankiem Christine jest seksowny robotnik, wcześniej widziany na dworcu amsterdamskim. „Muszę go mieć, choćby miało mnie to zabić”, rzuca, spoglądając na zdjęcie, i zaklina tym samym rzeczywistość. Christine potraktuje słowa pisarza całkiem na poważnie.

Czytaj dalej Czarna wdowa i Chrystus w seksownym speedo. [„Czwarty człowiek”, 1983]

Pan moim pasterzem. [„Córka boga” aka „The Other Lamb”, 2019]

     Chłodny wiatr zrywa się nad wioską usytuowaną w środku lasu. Miękkie światło otula osadniczki, przebijając się przez szkarłatne gałęzie, jakby wiedziało, że potrzebują pieszczoty. Kobiety śpiewają razem, gotują i oddają mocz. Wspólnie marzą o przyszłości, choć dla wielu z nich za późno już na sny o lepszym życiu. Grupie oddanych żon i córek przewodzi jeden jedyny mężczyzna, nazywany Pasterzem (w tej roli Michiel Huisman, „Zaproszenie”). Kopuluje on zarówno z przybranymi partnerkami, jak i dojrzewającymi dziewczętami, które sam spłodził. Kiedy osadę nachodzi policjant, grupa zmuszona jest do tułaczki. Pasterz obiecuje swoim jagniętom, że zaprowadzi je na ziemię obiecaną.

TheOtherLamb3

     Bohaterkami „Córki boga” są uciemiężone kobiety, bez reszty poddane woli apodyktycznego lidera. Jest on przywódcą duchowym, który do perfekcji opanował zdolność kontrolowania swoich służebnic: większość z nich albo nie zdaje sobie sprawy, że należy do sekty, albo dawno ten fakt zignorowała. Kobiety nie mają własnej woli, ale wciąż dbają o swoje delikatne stado – w rękach Pasterza są uległymi owcami, co oryginalny tytuł filmu, „The Other Lamb”, podkreśla dużo lepiej niż ten polski. Jagnięciem „innym”, trochę wyobcowanym na tle grupy jest nastoletnia Selah (Raffey Cassidy). Dziewczyna powoli wchodzi w dorosłość i jako jedyna spośród sióstr zaczyna dostrzegać nienaturalność otaczającego ją środowiska; jedyna też postanawia podważyć nauki przywódcy. Jej głos, jeśli tylko przebije się przez szarlatanerię Pasterza, może wywołać rewolucję.

Czytaj dalej Pan moim pasterzem. [„Córka boga” aka „The Other Lamb”, 2019]

Perwersyjny świat Briana De Palmy. [„Świadek mimo woli”, 1984]

     Kiedy w 1980 roku na dużych ekranach zadebiutował slasher „W przebraniu mordercy”, widownia zawrzała. Brian De Palma, świeżo po sukcesie „Carrie”, wyreżyserował nabuzowany erotyką shocker, w którym kobiety poddane zostają szowinistycznej przemocy. Na ulicę wyszły stowarzyszenia feministek, a pod kinami odbywały się protesty, co tylko zapewniło filmowi dodatkową reklamę. De Palma nie był zadowolony z łatki mizogina, jaką mu przypięto, ale zamiast chować głowę w piasek, na falę krytyki odpowiedział najkąśliwiej, jak tylko potrafił. Nakręcił kolejny dreszczowiec, a seks i poziom brutalności podkręcił w nim do maksimum. „Świadek mimo woli” szybko okrył się jeszcze większą niesławą, a w Wielkiej Brytanii jego wersji uncut nie wydano aż do 2000 roku. W materiałach prasowych, poprzedzających premierę, De Palma opiewał „Świadka mimo woli” jako „erotyczną jazdę bez trzymanki”, co chwilę mieszającą tropy fabularne i wodzącą oglądających za nos.

BodyDouble2

     Manipulacją okazuje się już insynuacyjny prolog, w którym skonfrontowani zostajemy ze sztucznością świata przedstawionego: z wytwornicy dymu ulatniają się mgliste kłęby, a symulowany zachód słońca „oświetla” styropianowe nagrobki. Kilka metrów pod ziemią do snu układa się ostro ucharakteryzowany krwiopijca, tyle tylko, że zamiast spoczywać w swojej trumnie, szczerzy kły w panicznym przestrachu. Nieumarła postać to tak naprawdę aktor cierpiący na klaustrofobię, a akcję umiejscowił De Palma na planie zdjęciowym fikcyjnego horroru. Poznajemy Jake’a (Craig Wasson), który z powodu kłopotliwych dolegliwości zostaje odesłany do domu: nie wie jeszcze, że właśnie utracił pracę. Hasło „cięcie!” rzuca w stronę zgromadzonej ekipy Dennis Franz, który – wyłysiały, z kępami gęstych włosów przy skroni – przypomina trochę samego De Palmę.

Czytaj dalej Perwersyjny świat Briana De Palmy. [„Świadek mimo woli”, 1984]

Jeśli blada śmierć. [„Lighthouse”, 2019]

     Dobra passa Roberta Eggersa trwa w najlepsze: po „Czarownicy” nakręcił on kolejny art-house’owy horror, który zjednał sobie widzów i krytyków. W „Lighthouse” dwoje strażników morskich zostaje wysłanych na skalistą wysepkę pośrodku wód. Mają doglądać tutejszej latarni i wykonywać szereg żmudnych prac fizycznych, między innymi w stojącej obok kotłowni. Izolacja i spartańskie warunki powodują, że bohaterzy stopniowo popadają w paranoję. Film już od pierwszych minut przepojony jest ciężką do określenia, złowrogą aurą: wywołuje uczucie fatalizmu, zapowiada nadejście zguby. Postaci chłostane są przez strugi deszczu i wszechobecne fale rozjuszonego oceanu, a Eggers karmi nasze lęki zabobonnymi wierzeniami: przebąkując, że nie wolno zabijać mew – bo przynosi to pecha – albo strasząc wzmianką o poprzednim latarniku, który odebrał sobie na wysepce życie.

TheLighthouse04

     „Lighthouse” toczy się w Nowej Anglii u schyłku XIX wieku. To kolejny, po „Czarownicy”, post-horror – wymykający się ramom gatunku, flirtujący z kinem psychologicznym – a przy tym film równie surowy i intuicyjny. Zupełnie jak w poprzedniej pozycji Eggersa, w „Lighthouse” również przedstawione zostają zwierzęta jako symbol zatracenia, swego rodzaju złe fatum: gdy z ludzkiej winy dogorywa jeden z ptaków, na wyspie zaczyna dochodzić do upiornych zdarzeń. Tam jednak, gdzie „The VVitch” czarowała powściągliwością, nowy film reżysera umiejętnie szokuje. „Lighthouse” to projekt mniej oszczędny, wyrazistszy technicznie, suto zaprawiony ciętym dowcipem, który wcale nie koliduje z dramatyzmem scenariusza. Sposób jego montażu to w istocie atak na zmysły odbiorcy, ale dzięki temu wykazuje film rytm typowy dla koszmaru nocnego.

Czytaj dalej Jeśli blada śmierć. [„Lighthouse”, 2019]

Gdzie diabeł mówi dobranoc. [„Lśnienie”, 1980]

     Prawie wszystkie filmy Stanleya Kubricka nakręcone po 1960 roku uzyskały nominację albo do Oscara, albo Złotego Globu. Niektóre uhonorowano zresztą tymi nagrodami: na przykład w roku 1969, kiedy „2001: Odysei kosmicznej” przyznano statuetkę za najlepsze efekty wizualne. Jedyny wyjątek w filmografii Kubricka stanowi „Lśnienie” – swobodna adaptacja powieści Stephena Kinga, którą krytycy przeżuli z niesmakiem, a potem pretensjonalnie nią splunęli, przebąkiwając coś o nudzie i żałości. Zamiast 4-kilogramowym, brązowo-złotym dżentelmenem wyróżniono „Lśnienie” antynagrodami, a samego Kubricka strasznie antagonizowano przez wiele lat po premierze. Dziś trudno uwierzyć, że film spotkał się z tak oschłym przyjęciem. Nastawienie kinofilów uległe przemianie, a dzieło Kubricka uchodzi za najbardziej epicki horror w historii.

TheShining5

     King z uporem maniaka wciąż miesza „Lśnienie” z błotem, a w jednym z wywiadów określił je nawet jako luksusowy samochód bez silnika. Argument od lat pozostaje ten sam: ekranizacja pozwala sobie na zbyt wiele różnić względem książkowego pierwowzoru. Warnerowskie „Lśnienie”, faktycznie, bagatelizuje wiele wątków, które dla powieści były kluczowe, ale Kubrick nie robi tego, by utrzeć pisarzowi nosa. Z chirurgiczną precyzją wycina to, co ma być dla filmu nieistotne, historię przedstawia z innej perspektywy. Zamiast opowiadać o nawiedzonym hotelu na odludziu, poddaje wiwisekcji amerykańską rodzinę. Umieszcza w zamknięciu trójkę pogubionych duchowo osobników. Wodzi ich krętymi korytarzami, które zdają się prowadzić donikąd; oprowadza alejkami labiryntu z żywopłotu, w którym są jak marionetki. Upiorne zjawy kryją się, oczywiście, w zaułkach hotelu Overlook, ale „Lśnienie” to na równi psychologiczny horror i dramat rodzinny, a Kubrick skupia się przede wszystkim na demonach wypływających z wnętrza postaci.

Czytaj dalej Gdzie diabeł mówi dobranoc. [„Lśnienie”, 1980]

Forever and ever. [„Koko-di Koko-da”, 2019]

     Pogrążeni w żałobie Tobias i Elin wyruszają pod namiot, aby zbliżyć się do siebie i spróbować uratować rozpadające się małżeństwo. Na miejscu, zamiast wyczekiwanej sielanki, zastają troje cyrkowych artystów, którzy wciągają ich w wir okrucieństwa, upokorzeń i psychicznego terroru (opis dystrybutora).

Koko-di Koko-da1

     Europejskie kino artystyczne słynie z filmów, które łamią tradycje narratologiczne, i „Koko-di Koko-da” Johannesa Nyholma wpisuje się w ten nurt. Historia rozpoczyna się w sposób dobrze znany – oto para małżonków popada w rozpacz po śmierci córki – ale fabuła szybko przyjmuje nielinearną trajektorię. Nyholm opowiada swój horror metodą, jakiej nie wypracował jeszcze żaden inny reżyser: niby przyjmuje konwencję snu we śnie, ale to nie do końca to, niby zapętla senne majaki i mówi o kontrolowaniu nocnych złudzeń, ale właśnie – akcent pada na słowo „niby”. Szwedzki artysta (twórca krótkometrażowego „Olbrzyma”) nie przestrzega klasycznych reguł narracyjnych. Jego film to surrealny obraz rodzicielskiego piekła na ziemi; historia, w której bohaterowie kierują się przeczuciami, a nie rozumem – dają się porwać własnemu strachowi i próbują się z nim skonfrontować. To w tym kluczu należy „Koko-di Koko-da” odczytywać.

Czytaj dalej Forever and ever. [„Koko-di Koko-da”, 2019]