Archiwa tagu: backwoods horror

Krótka piłka: „Never Hike Alone” [2017]

     „Never Hike Alone” to średniometrażowy spin-off „Piątku, trzynastego”. Reżyser Vincente DiSanti wziął zakurzoną serię na celownik i dzięki pomocy Kickstartera nakręcił fanowski, 50-minutowy slasher. Dobór słów (Kickstarter, film fanowski) mógłby sugerować, że nie warto poświęcić DiSantiemu cennego czasu. Nic bardziej mylnego. W „Never…” nasz stary przyjaciel, Jason Voorhees, wymachuje siekierą z gracją godną 30-paroletniego Kane’a Hoddera. W ostatnim akcie mierzy się nawet z jednym z głównych bohaterów oryginalnego cyklu. Imienia postaci nie wyjawię; napiszę tylko, że DiSantiemu udało się nawiązać współpracę z aktorem, który lata temu brylował w pewnym bardzo lubianym sequelu. „Never Hike Alone” wygląda jak wysokobudżetowy film studyjny, choć w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach kręcony był w lesie przez grupę zapalonych amatorów. Pojawiają się tu odwołania do pierwszych „Piątków”, chwilami pięknie leje się krew, a przede wszystkim sam Jason sprawia wrażenie, jakby dopiero co obudził się z długiej hibernacji. Od DiSantiego, który zagrał zamaskowanego antybohatera, nie da się oderwać oczu. Minusy: „niepełne” i pośpieszne zakończenie, wkurzająco hipsterski protagonista, który przez czterdzieści minut jest w zasadzie jedyną postacią filmu.

     „Never Hike Alone” stanowi odtrutkę na metafikcyjne, kręcone tylko dla zgrywy slashery, jakich wcale ostatnio nie brakuje (I’m lookin’ at you, „Victor Crowley”). Jest w średniometrażówce DiSantiego coś zaskakująco dostojnego. Film był częścią obszernego omówienia ubiegłorocznych horrorów, na jakie zdobyłem się kilka tygodni temu.

     Albert Nowicki – dziennikarz, tłumacz i copywriter, miłośnik kina, zwłaszcza filmowego horroru. Jego teksty pojawiały się między innymi na łamach serwisów Filmweb oraz Movies Room. Blog His Name Is Death prowadzi nieprzerwanie od 2012 roku.

NeverHikeAlone2

06

Reklamy

Powtórka z rozrywki. [„Victor Crowley”, 2017]

     Honey Island Swamp to luizjańskie bagniska, które osnute są przędzą legendy. Przed dziesięcioma laty na mokradłach rozegrał się krwawy dramat: maniakalny zabójca, Victor Crowley (Kane Hodder), wymordował ponad trzy tuziny beztroskich turystów – a to korzystając ze szlifierki taśmowej, a to dusząc kogoś… jelitami, wyrwanymi wprost z jamy brzusznej. Jego modus operandi okazało się jednak rąbanie nieszczęśników toporem. Z masakry dokonanej przez Crowleya uszedł tylko jeden mężczyzna: poczciwy ratownik medyczny Andrew (Parry Shen) – obecnie celebryta i gość programów śniadaniowych. Andrew dostaje propozycję nie do odrzucenia: za uczestnictwo w wywiadzie, kręconym na niesławnym bagnie, ma zostać nagrodzony milionem dolców. Menadżerka pokiereszowanego emocjonalnie „gwiazdora” wie, że nie można przepuścić takiej okazji i czarteruje prywatny lot do Luizjany. Na miejscu zjawia się też troje filmowców-amatorów, którzy, bezwiednie uprawiając czarną magię, uwalniają Crowleya z podmokłego grobu.

victorcrowley2

     Gdyby dekadę temu ktoś zasugerował, że niskobudżetowy slasher Adama Greena, „Topór”, doczeka się trzech kontynuacji, zrywałbym boki ze śmiechu. Z perspektywy lat ten niewybredny straszak wydaje się jeszcze mniej atrakcyjny niż jedenaście wiosen wstecz – choć w CV reżysera ma zajmować prominentną pozycję. The Hatchet Army – jak zwykło się nazywać miłośników serii – to najwyraźniej gruba ekipa: „Victor Crowley” powstał jako film dedykowany wszystkim tym, którzy w „Toporze” i jego sequelach widzą sacrum. Choć nie należę do tego prostodusznego grona, muszę przyznać, że „Crowleya” obejrzałem nie tylko bezboleśnie, ale też z pewną oględną przyjemnością. Nie jest to kino wysokich lotów. Nie brakuje jednak powodów, by odhaczyć projekt Greena na liście obejrzanych w tym roku horrorów.

Czytaj dalej Powtórka z rozrywki. [„Victor Crowley”, 2017]

„I know jiu titsu!” [„Wtf!”, 2017]

     Rachel (Callie Ott) wyszła cało z masakry, której nie przeżyli jej przyjaciele. W śródleśnej chatce nastolatków zaatakował psychopatyczny morderca, a dziewczynie, jako jedynej ocalałej, udało się wygrać walkę o życie. Te doświadczenia sprawiły, że obecnie Rachel jest kłębowiskiem nerwów. By zaczerpnąć odrobiny relaksu, bohaterka zabiera się z grupą znajomych z college’u poza miasto. Okazuje się, że organizator wyprawy ma klucze do willi zmarłego wuja. Niestety, posesja mieści się w samym sercu ciemnego, chłodnego lasu. Rachel obawia się, że raz jeszcze stanie w samym centrum okrutnej rzezi. Nie wie jeszcze, że jej lęki wcale nie są irracjonalne.

wtf2

     „Wtf!” w reżyserii Petera Herro to nie tylko najgłupiej zatytułowany film ever (like, srsly, ever!), ale też murowany gość przeglądów badziewia wszelakiego, w tym list najgorszych horrorów roku. Niech Was nie zmyli ciekawy pomysł scenarzystów na fabułę. Intrygujący punkt wyjścia dla wydarzeń ekranowych nie jest w stanie uchronić „Wtf!” przed ostateczną klęską. Bezapelacyjną porażkę tego offowego slashera przypieczętowuje zwłaszcza finał, zamieniający mózg w wodę. W ostatniej scenie filmu podważone zostają wszelkie prawa logiki i zdrowego rozumowania, a widz zdaje sobie sprawę, że zsumowana wartość IQ tercetu scenarzystów nie może składać się na liczbę trzycyfrową. Kulminacja „Wtf!” dumnie zdobi szczyt wysypiska piętrzących się wad, błędów ideowych oraz reżyserskich blamaży.

Czytaj dalej „I know jiu titsu!” [„Wtf!”, 2017]

Dwadzieścia trupów w półtorej godziny. [„Piątek, trzynastego V: Nowy początek”, 1985]

     Przed kilkoma laty Tommy Jarvis (John Shepherd) przeżył spotkanie z Jasonem Voorheesem. Mało tego – udało mu się wyrwać z rąk psychopaty maczetę i wymierzyć sprawiedliwość. W rezultacie Jason trafił tam, gdzie jego miejsce: do piachu. Teraz chłopak jest u schyłku swoich nastoletnich lat. Trauma z przeszłości odcisnęła na jego mózgu trwałe piętno. Tommy błąka się między ośrodkami dla trudnej młodzieży, by wreszcie przybyć do śródleśnego zakładu w Pinehurst. Trafia pod opiekę Pam Roberts (Melanie Kinnaman), która zajmuje się resocjalizacją zaburzonych i nieprzystosowanych młodziaków. Gdy jednak Tommy pojawia się w Pinehurst, w okolicy zaczyna dochodzić do brutalnych morderstw. Czyżby stał za nimi legendarny oprawca w masce hokeisty? A może Jarvis śni na jawie i w chorych majakach ukazują mu się zabójstwa upozorowane przez umysł?

Friday the 13th V-Eddie

     Postawmy sprawę jasno i nie owijajmy niczego w spoiler alert(!)y: w „Piątku, trzynastego V: Nowym początku” nie zabija Jason. To fakt powszechnie znany i bardzo często wymierzany w stronę reżysera, Danny’ego Steinmanna, jako zarzut. Jednakże wymierzany niepotrzebnie. Co z tego, że w „piątce” kwiat amerykańskiej młodzieży wybija inny obłąkaniec (mianowicie Roy Burns, mszczący się za śmierć syna niczym Pamela Voorhees)? Duch Jasona był obecny na planie zdjęciowym filmu i jest widny w scenariuszu. W niektórych scenach postaci niemal „zarażane” są typowym dla antybohatera amokiem. Gdy tylko w zwidach Tommy’ego pojawia się Jason, chłopak zaczyna zachowywać się jak czub – wariuje na potęgę i okłada nieprzyjaciół ciosami, jakich nie powstydziłby się zawodowy karateka. Ważniejsze pozostaje, oczywiście, metodyczne podejście Roya do krzywdzenia innych. Facet zna się na rzeczy i ma łeb pełen chorych pomysłów. „Nowy początek” pozostaje więc zharmonizowany z poprzednimi, dużo mniej karconymi „Piątkami”. Nie jest żadną abominacją.

Czytaj dalej Dwadzieścia trupów w półtorej godziny. [„Piątek, trzynastego V: Nowy początek”, 1985]

Enjoy your meal. [„Amerykański burger”, 2014]

     Gruby Nerd (Liam Macdonald), Miła Cheerleaderka (Aggy K. Adams) i Gwiazdor Futbolu (Gabriel Freilich) o włos unikają śmierci z rąk okrutnych rzeźników: jako jedni z nielicznych ocaleli bowiem masakrę, do jakiej doszło w wiejskiej, szwedzkiej wytwórni burgerów. Okazuje się, że w Europie sieci fastfoodowe nie tyle bazują na sprawdzonych amerykańskich przepisach, co eksploatują amerykańskie ciała. Młodzi jankesi, uczestnicy wycieczki szkolnej, jeśli tylko chcą wrócić w objęcia wuja Sama, muszą nawiązać nić porozumienia. Przychodzi im to z trudem: w końcu co wspólnego mogą mieć ze sobą kujon, mięśniak i popularna ślicznota?

AmericanBurger3

     Bohaterowie „Amerykańskiego burgera”, szwedzkiego horroru komediowego w reżyserii zaobrączkowanej pary – Johana Bromandera i Bonity Drake, stanowią odzwierciedlenie najbardziej oczywistych stereotypów i klisz ekranowych. Gruby nerd przewinął się przez większość jankeskich filmów młodzieżowych, prawie zawsze jako karykatura człowieka (patrz: Shelly w „Piątku, trzynastego III”). U Bromandera i Drake to archetypowy spaślak zostaje jednak bohaterem, a jego nieodrodne lenistwo pomaga mu w pokonaniu przeciwności losu: w jednej ze scen wuefowe frustracje napędzają ucieczkę granego przez Macdonalda nerda, ściganego przez bandę rzeźników. Gruby Nerd jest pośród młodzianów najciekawszą figurą. Jego kolegów skwitujemy „po amerykańsku” określeniem „totally annoying”.

Czytaj dalej Enjoy your meal. [„Amerykański burger”, 2014]

Horror błękitnokrwisty? [„Bodom”, 2016]

     Wiosną 1960 roku nad jeziorem Bodom, leżącym opodal Espoo, doszło do zagadkowej zbrodni. Czworo nastolatków padło ofiarą ataku nigdy nieujętego maniaka, który zabił trójkę z nich, a ocalałego biwakowicza ciężko ranił. Tożsamości szaleńca nie udało się ustalić, co przez lata skutecznie napędzało żywotność legendy – historię morderstw, wyjętą jakby z horrorów klasy „B”, spowiła bowiem nić infamii. Po wielu dekadach miejsce napaści odwiedzają przyjaciele ze szkoły średniej: Ida (Nelly Hirst-Gee), Nora (Mimosa Willamo), Atte (Santeri Helinheimo Mantyla) i Elias (Mikael Gabriel). Chłopcy obiecują towarzyszkom wyprawy, że nad brzegiem jeziora odbędzie się dzika impreza, choć jest to kłamstwo. Dziewczęta skrzętnie skrywają własne konszachty. Nabuzowani hormonami licealiści nie odczuwają obecności obserwującego ich intruza.

bodom1

     „Bodom” Taneliego Mustonena, w rodzimej Finlandii znanego z reżyserii niezbyt ambitnych komedii, przedstawia się dość zaskakująco. Młody Helsińczyk nakręcił slasher potencjalnie stereotypowy, lecz dalece niepodobny do lwiej części osiągnięć spod znaku maski i piły łańcuchowej. „Bodom” gardzi humorem – smoliście czarnym czy ulgowym, popędowym – a za priorytet stawia sobie zasianie złowieszczego klimatu, rozpylenie subtelnej aury grozy. Bardziej niż, przykładowo, „Bal maturalny” czy „Cheerleader Camp”, przypomina projekt Mustonena nieoszlifowany skarb – „Wszyscy kochają Mandy Lane”. Oba filmy, namalowane jako portrety współczesnych nastolatków, czarują stylowym aranżem, a przede wszystkim uspokajają i wyciszają – tylko po to, by w najmniej spodziewanej chwili brutalnie wyrwać oglądającego ze zwodniczego błogostanu.

Czytaj dalej Horror błękitnokrwisty? [„Bodom”, 2016]