Archiwa tagu: backwoods horror

Goodbye people, goodbye smog, hello murder. [„Berserker”, 1987]

     Slashery, w których grupę studentów college’u terroryzuje średniowieczny wiking, policzyć można na palcach jednej ręki. A nawet na palcu. Numer jeden tej listy to „Berserker” – koniec. Powstały w 1987 roku horror stalk n’ slash przez ponad trzy dekady pozostawał zupełnie zapomniany, ale rok temu wydany został na odpicowanym Blu-rayu przez Vinegar Syndrome. To niszowy dystrybutor specjalizujący się w odkopywaniu unikatowych filmów klasy „B” i trzeba przyznać, że z „Berserkerem” ekipa z VS przeszła samą siebie. Na nośniku BD ten stary i bardzo niskobudżetowy straszak wygląda fantastycznie, dzięki czemu poznanie legendy tytułowego wojownika jest czystą frajdą.

Berserker06

     Pierwszą scenę filmu osadzono… w X wieku. U wybrzeży przyszłych Stanów Zjednoczonych zatrzymuje się wikiński okręt, na pokładzie którego przebywa przysadzisty bojownik o niezrównoważonym spojrzeniu i gołym torsie. Zawodzi do księżyca jak dzikie zwierzę, co jest o tyle zrozumiałe, że twarz zakrywa mu niedźwiedzia maska. Następuje klasycznie ejtisowa czołówka, podczas której maksymalne close-upy przeplatają się z planszami wymieniającymi nazwiska aktorów. I tu rodzi się pytanie, kto właściwie będzie slaszował dzieciaki w niniejszym slasherze: czasem wydaje nam się, że widzimy na zbliżeniach dzikusa, który przywdział łeb niedźwiedzia, a kiedy indziej w kadrze faktycznie gości drapieżny ssak o tytanowych kłach. „Zagadkę” może już trochę rozstrzygnąłem w pierwszym akapicie, ale umówmy się – tytuł filmu nie jest przypadkowy i zobowiązał twórców do pewnych rozwiązań narracyjnych.

Czytaj dalej Goodbye people, goodbye smog, hello murder. [„Berserker”, 1987]

Kryzys męskości po francusku. [„Złość”, 2019]

     Jeśli wieloletnia tradycja backwoods horrorów czegoś nas mogła nauczyć, to że domy na odludziu – jakkolwiek idyllicznie by się nie kojarzyły – nigdy nie są w pełni bezpieczne. Nie, bo w okalających je lasach może grasować seryjny morderca, bo pobliskie miasteczko zamieszkują rednecy zawsze trzymający przy sobie broń, bo piękny dom może stać się łupem dla dawnej niani i jej konkubenta. Z tym ostatnim problemem mierzą się Paul i Chloé Diallo (duet Adama Niane–Stéphane Caillard), małżonkowie, którzy po powrocie z wakacji odkrywają, że ich posiadłość przejęli dzicy lokatorzy. Okazuje się, że zatrudniona przez parę opiekunka, która wprowadziła się do domu na czas urlopu, została jego właścicielką. Wszystko przez umowę wynajmu, spisaną na szybko i niezbyt wnikliwie przeanalizowaną – teraz niańka i jej partner cieszą się pełnią praw do śródleśnej rezydencji, a Diallowie nic na to nie poradzą. Paul jest wściekły, ale też bezsilny. Nieoczekiwanie znajduje sprzymierzeńca w Mickey’m (Paul Hamy), który zarządza przydrożnym parkiem kempingowym.

Furie-Zlosc-4

     „Złość” w reżyserii Oliviera Abbou rozpoczyna się jak łzawy dramat familijny, ale szybko ewoluuje w psychologiczny dreszczowiec. Finał filmu najwięcej wspólnego ma zaś z cielesną eksploatacją i Nową Francuską Ekstremą – z pozycjami jak „Najście”, „Ils” czy „Głód miłości”. Mieszanka jest wybuchowa, a przejścia gatunkowe – gwałtowne. Chwilami „Złość” sprawia wrażenie odrobinę pogubionej tonalnie. W finalnym rozrachunku filmowi udaje się jednak wywalczyć tytuł udanego home invasion movie, który – choć najczęściej brak mu subtelności – jest efektowny właśnie dzięki swemu sadyzmowi. Dzięki przedstawieniu świata w nihilistycznych barwach, groteskowemu zezwierzęceniu jego antybohaterów.

Czytaj dalej Kryzys męskości po francusku. [„Złość”, 2019]

O motylu, który śnił, że jest człowiekiem. [„Mroczne życzenia”, 1989]

     Scenograf „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”. Charakteryzator, który lata później obsypany został nagrodami za „The Walking Dead”. Do tego Brian Thompson w jednej z najbardziej osobliwych ról swojej kariery. Między innymi ci twórcy zasilili ekipę „Mrocznych życzeń” – horroru kręconego u schyłku lat osiemdziesiątych, którego fabuła pokrywa się trochę z historią przedstawioną w „Linii życia” Schumachera. Grupa studentów zaszywa się w domku pośrodku niczego ze swoim ekscentrycznym profesorem. Mają prowadzić badania nad sensem snu, ale wpadają w sam środek paranormalnej intrygi. „Nightwish”, choć teoretycznie powstawał w dobrych rękach, nie do końca udał się jednak swoim realizatorom. Cały film to jedno wielkie dziwne doświadczenie, o niespójnej fabule, której wystarczy na piętnaście, może dwadzieścia minut czasu ekranowego.

Nightwish3

     Oczekując od „Nightwish” logicznej historii i w ogóle sensownej struktury narracyjnej, można się przeliczyć. Autorski projekt Bruce’a R. Cooka najłatwiej chyba podsumować jako pomieszanie z poplątaniem. W scenariuszu kanibale ustępują miejsca duchom, zmutowane creepy spiskują z kosmitami, a gdzieś w tle powraca motyw koszmarnych wizji opartych na tym, co najbardziej przeraża bohaterów. Ważną rolę odgrywają też w filmie teorie spiskowe, a w jednej ze scen przemądrzały student rzuca do swoich koleżanek: „słuchaj, nie gramy przecież w «Inwazji porywaczy ciał»”. Nie da się ukryć.

Czytaj dalej O motylu, który śnił, że jest człowiekiem. [„Mroczne życzenia”, 1989]

Slasher ostry jak maczeta. [„W lesie dziś nie zaśnie nikt”, 2020]

     Doczekaliśmy się w Polsce własnego „Piątku, trzynastego” – z absurdem podniesionym do kwadratu, aktorstwem budzącym pewne wątpliwości, ale też fajnym settingiem i mnóstwem funu. Kino popcornowe powinno robić się właśnie tak, jak nakręcił je Bartosz Kowalski: powinno opierać się ono na najlepszych wzorcach i sprawdzonych schematach. A filmy powiązane postacią Jasona Voorheesa to przecież dla fanów horroru spod znaku maski i piły łańcuchowej najprawdziwsza biblia. „W lesie dziś nie zaśnie nikt”, hucznie obwołane jako pierwszy slasher made in Poland, najwięcej zawdzięcza właśnie kolejnym „Piątkom”, „Teksańskiej masakrze…” i tetralogii „Topór”. Produkcja ta śmiało mogłaby zostać wypuszczona za granicą i nikt nie powiedziałby, że „nasze” straszaki to jakaś totalna wiocha. Kowalski ewidentnie kocha ejtisowe standardy kina grozy, przez co „W lesie…” nasączone jest szlachetnymi intencjami.

WLesieDzisNieZasnieNikt4

     Akcja filmu rozpoczyna się trzydzieści lat po pewnej brutalnej zbrodni. Jakiej – to jeszcze zdążą twórcy przywołać. Ekipa nastolatków uzależnionych od internetu przybywa do obozu wędrownego „Adrenalina”. Przez tydzień będą bratali się z naturą i sobą nawzajem, a social media nie odwrócą ich uwagi od prawdziwego życia. Dzieciaki zostają dobrane w grupy i ruszają w głąb lasu z opiekunami. Wychowankami Izy (Gabriela Muskała) zostaje piątka skrajnie różniących się od siebie młodych ludzi. Julek (Michał Lupa), typowy nerd i utalentowany gamer, najchętniej zboczyłby z trasy i powędrował prosto przed ekran najbliższego komputera. Bartek (Stanisław Cywka) sypie z rękawa cynicznymi, obliczonymi na reakcję dowcipami, ale skrywa pewien uwierający sekret. Daniel (Sebastian Dela) to „klasowy” jock i niedorosły macho, a Aniela (Wiktoria Gąsiewska) ma w sobie tyle naturalnego seksapilu, że onieśmiela nawet jego. Jest jeszcze Zosia (Julia Wieniawa) – mroczniara w workowatej koszulce, która zawsze nosi przy sobie scyzoryk, gdyby coś miało pójść nie tak. Grupa rozbija biwak i spędza wieczór przy wspólnym ognisku. Rano okazuje się, że jeden z nastolatków przepadł bez śladu. Na drzewie obok namiotu odznacza się skrzepnięta krew.

Czytaj dalej Slasher ostry jak maczeta. [„W lesie dziś nie zaśnie nikt”, 2020]

Przypominam swoje omówienie „American Horror Story: 1984”…

     …Po co? Żeby zalinkować recenzję na Mediakrytyku. Archiwalne omówienia wszystkich odcinków (przekrój całego sezonu) można odszukać tutaj: bit.ly/2SmCqA3.

AHS84

     Zakończony w ubiegłym tygodniu, dziewiąty sezon „American Horror Story” okazał się dokładnie tym, czego od początku oczekiwaliśmy: piękną odą dla filmowego slashera. Czasem zanadto absurdalną, kiedy indziej komplikującą proste wątki, ale w finalnym rozrachunku przynoszącą mnóstwo pierwszorzędnej rozrywki. Po schizofrenicznej „Apokalipsie”, która próbowała zamknąć w jednym scenariuszu trzy osobne historie, „1984” wrócił na właściwe tory. Sezon pełen był fajnie zwizualizowanych scen, stopień stężenia akcji nigdy nie rozczarował, a odwołania do kultury lat 80. – bo już nie samych slasherów – mnożyły się w najlepsze.

Czytaj dalej Przypominam swoje omówienie „American Horror Story: 1984”…

Być człowiekiem. [„The Siren”, 2019]

     W swoim debiutanckim filmie, post-horrorze „They Look Like People”, Perry Blackshear przedstawił opowieść o trudach bycia mężczyzną. Niezależny projekt o mumblecore’owej stylistyce zachwycał za sprawą ponurej kompozycji oraz ciekawie zarysowanego napięcia emocjonalnego między bohaterami. W kolejnym filmie, „The Siren”, kontempluje reżyser nad trudami bycia człowiekiem. Poznajemy troje młodych ludzi, którzy nie potrafią zmienić tego, kim są, jakie mają przyzwyczajenia, troski i słabości. Jedną z postaci centralnych jest tytułowa syrena (właściwie rusałka), w której zakochuje się niemowa. Fabuła „The Siren” pobrzmiewa więc „Kształtem wody”, gdzie poznaliśmy humanoidalnego płaza o romantycznych zapędach.

The-Siren-2019-3

     Rusałkę Ninę gra Margaret Ying Drake, a zafascynowanego nią Toma – Evan Dumouchel. Dziewczyna nigdy nie opuszcza jeziora: pod wpływem straszliwej klątwy zmuszona jest do wiecznej pokuty i żeruje na zauroczonych nią mężczyznach. Potrafi oddychać pod wodą, a na powierzchni ziemi ogarniają ją wielkie boleści. Tom, głęboko wierzący katolik zwiedziony na manowce, może zostać jej następną ofiarą. Chłopak stracił głos w wyniku uderzenia przez łódź i wynajmuje domek letniskowy, by pokonać dziecięce traumy. Intryguje go Nina i jej osobliwy urok; między dwójką rodzi się nietypowa więź. Nieopodal jeziora zatrzymuje się też Al (MacLeod Andrews), który chce pomścić śmierć męża i wierzy, że to Nina jest za nią odpowiedzialna. Dwaj mężczyźni pragną tej samej kobiety – z bardzo jednak różnych powodów.

Czytaj dalej Być człowiekiem. [„The Siren”, 2019]