Archiwa tagu: body horror

Życie jak film. [„Nightmare Cinema”, 2018]

     Infantylnie śmieszna i przeszywająco upiorna, superkrwawa i telewizyjnie zachowawcza. Taka właśnie jest antologia „Nightmare Cinema”, w której Mickey Rourke wciela się w postać podejrzanego Kinooperatora. Na jego sali pokazywane są filmy zadziwiająco osobiste i odzwierciedlone w rzeczywistości: przekonuje się o tym grupa nieszczęśników, na ekranie oglądających właściwie siebie samych. Brzmi to wszyscy bardzo surrealistycznie, choć całość jest mniej wydumana niż na przykład „The Theatre Bizarre” z 2011 roku.

NightmareCinema4

     „Nightmare Cinema” to efekt współpracy pięciu skrajnie różnych reżyserów, między innymi Ryūheia Kitamury i Joe Dantego. Historie średnio przystają do siebie nawzajem, a przeplatający kolejne segmenty wątek Kinooperatora jawi się jako pomysł nierozwinięty, umieszczony w filmie z konieczności (ktoś przecież musi wyświetlać bohaterom ich własne koszmary na dużym ekranie). W anglojęzycznych recenzjach filmu często przewija się zwrot „mixed bag” i myślę, że dużo mówi on tym, czy udało się twórcom skleić tych kilka opowiastek, nadając im zwarty kształt. Dwa segmenty są udane, reszta – nie do końca.

Czytaj dalej Życie jak film. [„Nightmare Cinema”, 2018]

Reklamy

Let the festivities begin. [„Midsommar. W biały dzień”, 2019]

     Ari Aster szybko powrócił na ekrany ze swoim nowym filmem: jego pełnometrażową pierwocinę, „Dziedzictwo. Hereditary”, wprowadzono do kin niewiele ponad rok temu. W swoim debiucie przedstawił reżyser historię rodzinnej tragedii, której bogowie przypisali bardzo złowrogi cel – i „Midsommar” poniekąd rozpoczyna się nawiązaniem do tego filmu. Główna bohaterka, Dani Ardor (Florence Pugh), traci rodziców i siostrę, cierpiącą na zaburzenia afektywne-dwubiegunowe. Sama też zaczyna borykać się z problemami natury emocjonalnej, jest przekonana, że została na świecie sama. Ważną rolę w jej życiu pełni już tylko Christian (Jack Reynor) – oschły i zdystansowany chłopak, którego stać wyłącznie na puste obietnice. Para wyrusza do Szwecji, by tam odwiedzić osadę, z której pochodzi ich wspólny kolega. Położona z dala od cywilizacji wioska zamieszkana jest przez tajemniczy kult.

MidsommarWBialyDzien3.jpg

     Czarna rozpacz łykającej leki psychotropowe Dani przypomina rozterki, z jakimi w „Hereditary” mierzyła się Toni Collette. Oba filmy garściami czerpią ze stylistyki folk horroru – ten nowszy, oczywiście, bardziej, bo jeszcze przed premierą obwołano go jako połączenie „Wicker Mana” oraz „Czarnoksiężnika z Krainy Oz”. „Dziedzictwo” mieszało grozę z dramatem rodzinnym, a w „Midsommar” przeplatają się horror i dramat post-breakupowy. Wątek folklorystyczny zarysowany został zgodnie z klasycznymi wzorcami: członkowie wioski Hälsingland żyją w harmonii z naturą, ale ich ziemskie szczęście okupione jest brutalnymi rytuałami, które amerykańscy turyści poznają dopiero po przybyciu na miejsce. Jako horror wpisuje się „Midsommar” w nurt filmów o strasznej Europie, gdzie cudzoziemcy wiecznie ściągają na siebie kłopoty: dwa lata temu prąd ten dopłynął do Skandynawii i w efekcie powstał „Rytuał” Davida Brucknera – którego tytuł mówi sam za siebie. Ważniejszy pozostaje jednak wątek toksycznego związku między Dani a Christianem. Dziewczyna z trudem zwraca na siebie uwagę ukochanego, który lepiej odnajduje się wśród kumpli ze studiów. „Midsommar” to film o jednostronnej potrzebie empatii i próbie przebicia wewnętrznej tarczy, jaką osłaniają się niektórzy mężczyźni. Nieszczęsna Dani przekonuje się, że związek z Christianem jest równie martwy, jak jej rodzice.

Czytaj dalej Let the festivities begin. [„Midsommar. W biały dzień”, 2019]

Obcy gracji pełny. [„Obcy – 8. pasażer Nostromo”, 1979]

     Czas był dla „8. pasażera Nostromo” wyjątkowo łaskawy. Powstały w 1979 roku film uchodzi za klasykę horroru science-fiction, a z Ridleya Scotta i Sigourney Weaver uczynił monarchów Hollywood. Na przestrzeni dekad obraz nie zestarzał się ani trochę: zaprojektowane na jego potrzeby praktyczne efekty specjalne wciąż przyprawiają o zawrót głowy, są równie intensywne i ofensywne jak lata temu. Film hipnotyzuje strachem; na rozłogu kina grozy pozostaje żelaznym monumentem.

Alien2

     Strach ten widoczny jest zwłaszcza w oceanicznych oczach Veroniki Cartwright, filmowej Lambert. To Cartwright nastraja w widzach odpowiednie uczucia, to jej niebieskie ślepia odbijają w sobie grozę. Nawigatorka Lambert okazuje się postacią histeryczną – nie mniej niż Sally Hardesty, ulubiona „zabawka” Leatherface’a. Gdy w jednej ze scen na Cartwright bucha strumień sztucznej krwi, aktorkę zalewa nie tylko lepka maź, ale też fala paniki. „Obcy – 8. pasażer Nostromo” to film o kobiecej intuicji: Lambert i Ripley (Weaver) przeczuwają, że wezwanie z opuszczonej planetoidy może przynieść załodze Nostromo kłopoty. Decyzja zejścia na skalistą przystań należy do męskiej części ekipy.

Czytaj dalej Obcy gracji pełny. [„Obcy – 8. pasażer Nostromo”, 1979]

Bogini seksu. [„Szamanka”, 1996]

     Zwierzęcość i duchowość przeplatają się w „Szamance” w sposób niemal perwersyjny. Kultowy film, choć powstał ponad dwadzieścia lat temu, w Polsce wciąż owiany jest najgorszą sławą i stale pada ofiarą kpin ze strony widzów. W latach 90. obraz wywołał oburzenie za sprawą nagromadzenia scen erotycznych, które – choć dosadne – nie szokowały eksplicytną nagością i zbliżeniami na organy płciowe. Andrzej Żuławski epatował w „Szamance” seksem, ale nie przeciągał struny bardziej niż robił to Bertolucci w „Ostatnim tangu”. W późniejszym wywiadzie powiedział reżyser, że „Polska utknęła na etapie średniowiecza”. Nie sposób nie zgodzić się z tym twierdzeniem: grzmiący z ambony księża mieli ponoć sprawić, że „Szamanka” zostanie pogrzebana żywcem.

Szamanka2

     …I udało im się to. Film Żuławskiego został doceniony za granicą, ale nad Wisłą wciąż uchodzi za synonim tandety i złego smaku. Znajdziemy w „Szamance” gorszące sceny, poznamy język jak z rynsztoka. Mimo to, projekt stanowi bezkompromisowy, antyugodowy traktat o seksie, co z miejsca stawia go w pozycji jednego z bardziej unikatowych dokonań rodzimych. W czasach, gdy polskie kino kojarzone było w znacznej mierze z kinem sensacyjnym, Żuławski wprowadził na ekrany dramat psychologiczny o poetyce cielesności – utopiony w głębokim nihilizmie, gwałcący tematy tabu. „Szamanka” jest film gniewnym, którego brutalność posunięta bywa do sadomasochistycznych granic. Zderzają się w nim dwie odmienne siły (pamiętny duet Iwona Petry-Bogusław Linda), kopulują ze sobą różnoimienne bieguny. „Włoszka” manifestuje sobą pierwotność; już w pierwszych scenach budzi się w niej nieokiełznana bestia. Spotkanie z Michałem – człowiekiem nauki, targanym impulsami – będzie dla niej chwilą seksualnego przebudzenia. Seks ukazany zostaje w „Szamance” jak narkotyk, który czyni z bohaterów marionetki własnego nałogu.

Czytaj dalej Bogini seksu. [„Szamanka”, 1996]

Atomy naszego życia. [„Anihilacja”, 2018]

     Przedostatni film Aleksa Garlanda, „Ex Machina”, stanowił refleksyjne, chwilami niemal filozoficzne kino cyberpunkowe i zasłużenie przyniósł swojemu twórcy nominację do Oscara za scenariusz. Tekstualnie projekt scalał ze sobą fragmenty „Frankensteina” Mary Shelley z urywkami prozy Philipa K. Dicka. „Anihilacja” – dziecko Paramountu i Netfliksa – to film nie mniej ryzykowny; chwilami wyglądający jak kobiecy remake „Predatora”, a kiedy indziej jak duchowy sequel „Stalkera” Tarkowskiego.

Annih2

     Fabuła „Anihilacji” wydaje się prosta, ale wcale taka nie jest: scenariusz okazuje się enigmatyczny, a jego autor nie ma w zanadrzu żadnych odpowiedzi – mimo że pytań wystosować można by wiele. W Strefie X, gdzieś w Stanach Zjednoczonych, niezidentyfikowana fala energii przyczynia się do mutacji biologicznych. Członkowie ekspedycji rozkładają nad ewenementem ręce. Padają nawet sugestie, że za całym zamieszaniem stoją obcy. Historia inspirowana jest utworem Lovecrafta „Kolor z przestworzy”, w którym gazy tajemniczego meteorytu wywołują wśród ludzi straszliwą chorobę. Okazuje się jednak „Anihilacja” więcej niż body horrorem; to zarazem minimalistyczny w swej formie traktat, dotyczący natury ludzi i dziwnie im bliskiej autozagłady. Garland (prawdopodobnie jak VanderMeer w książkowym pierwowzorze, choć pewności nie mam) opowiada o momencie, w którym bohaterki nie mogą dłużej ufać swoim ciałom. „Anihilacja” to film, w którym porządek świata zostaje unicestwiony, a destrukcja wynika z nieświadomości człowieka. W jednej ze scen pada zdanie: „Mało kto przejawia skłonności samobójcze, choć wszyscy dążymy do samozagłady”. Z jakiegoś powodu ewolucja wyposażyła nas w silny impuls masochistyczny.

Czytaj dalej Atomy naszego życia. [„Anihilacja”, 2018]

O mięsie gnijącym. [„We Are the Flesh” aka „Tenemos la carne”, 2016]

     Meksyk, czas postapokalipsy. Obłąkany Mariano (Noé Hernández) znajduje schronienie w na wpół zrujnowanym budynku, w którym usiłuje wywęszyć ostatki pożywienia i powoli traci ostatki rozumu. Okazuje się, że obiekt zamieszkuje rodzeństwo, Fauna (María Evoli) i Lucio (Diego Gamaliel). Nowo przybyły podporządkowuje sobie młodszych towarzyszy, a z czasem staje się ich przodownikiem, niejako autorytetem. Zapewnia, że pomoże im przetrwać koniec świata, wciągając ich zarazem w niebezpieczną, chorą grę.

WeAreTheFlesh2

     W przeciągu ostatniego roku „We Are the Flesh”, ledwo fabularny splot surrealnych, erotycznych i niepokojących obrazów, obdarzony został dużą estymą. Najwięksi wieszczowie meksykańskiego kina, Alejandro González Iñárritu, Alfonso Cuarón i Carlos Reygadas, zachwalali projekt jako geniusz sztuki eksperymentalnej. Faktycznie, film Emiliano Rochy Mintera okazuje się wspaniałym okazem celuloidowej transgresji, brzydzącej się tradycją, a piękno postrzegającej przez pryzmat brudnego tabu. W przeszłości Rocha Minter odprawiony został z trzech kolejnych szkół, w których chciał uczyć się fachu reżysera. „We Are the Flesh”, debiut pełnometrażowy dwudziestoparoletniego Meksykanina, jest wyrazem jego autonomizmu i próżności.

Czytaj dalej O mięsie gnijącym. [„We Are the Flesh” aka „Tenemos la carne”, 2016]