Archiwa tagu: cult favorite

O mrocznej finezji „Zagadki nieśmiertelności”

            Lubimy, kiedy horror łączy się z innymi, wyodrębnionymi i pozornie sprzecznymi gatunkami filmowymi, a już w zupełności z dramatem lub ciężkim kinem psychologicznym. To właśnie wtedy film grozy, przemycając do świata przedstawionego żal, melancholię i prawdziwe życiowe troski, staje się nieodparcie niepokojący i straszny, a nade wszystko – realny. Niewielu twórców z korzystnym dla siebie skutkiem zmierzyło się z tą konwencją. Obok „Nie oglądaj się teraz” Nicolasa Roega czy „Pozwól mi wejść” Tomasa Alfredsona z czystym sumieniem można postawić niniejsze dzieło.

     Wiosną 1983 roku swoją premierę odnotowała „Zagadka nieśmiertelności” – na równi opowieść grozy i kino dramatyczne, bardzo zresztą przytłaczające. Nie można skwitować tego obrazu wprost jako horroru, i nie tylko ze względu na jego specyficzną stronę wizualną, której uwagę poświęcę w dalszej części tekstu. Przede wszystkim jest to wyszukana i skąpa fabularnie historia, pomimo nieobfitej treści bardzo intensywnie przedstawiona – „vampire flick” co najmniej nietypowy.

Czytaj dalej O mrocznej finezji „Zagadki nieśmiertelności”

Półtorej godziny piekielnej gehenny

     W sztuce filmowej tandeta przewija się regularnie i obficie. Stany Zjednoczone wydały Eda Wooda i jego latające na sznurkach talerze, Niemcy – Uwe „Nie jestem, @#!%$, debilem” Bolla, z zamiłowaniem brukającego gry komputerowe swoimi ekranizacjami i zbierającego Złotego Maliny. To Włochy są jednak kolebką kiczu i złego smaku. Żadna nacja nie może „pochwalić się” przynależnością etniczną tylu beznadziejnych filmowców. Choć niezrównany w swojej okropności pozostaje Bruno Mattei (Szczury: Noc grozy , Strike Commando), bliski uzyskania tytułu twórcy fatalnego jest także Lucio Fulci.

     Fulci, zwany często „ojcem chrzestnym gore”, zaliczany jest w poczet wpływowych i prominentnych reżyserów włoskich, kreatorów klasycznych horrorów. Stawiany obok błyskotliwego artysty jak Dario Argento czy pojętnego rzemieślnika Mario Bavy, wypada jednak niezmiernie słabo, jako że jego projektom brakuje wszystkiego tego, z czego słyną horrory wyżej wymienionych, przede wszystkim minimum konotacji.

Czytaj dalej Półtorej godziny piekielnej gehenny

The Man Behind the Mask, czyli początki Jasona popkulturowego

     Niewiele osób, które miało przyjemność lub nieprzyjemność zetknięcia się z serią „Friday the 13th”, wie, że początkowo planowano ograniczyć ją zaledwie do jednego tytułu. Geneza historii o krwawych morderstwach popełnianych nad zacisznym jeziorem miała być jednocześnie jej finałem. Serię postanowiono wszak kontynuować, a wśród dwunastu, jak na chwilę obecną, epizodów jasno świeci zaledwie kilka z nich. Piątek, trzynastego III” można uznać jednym z nich, główny antybohater otrzymuje w nim bowiem swój znamienny znak firmowy.

     Znak ten to nic innego, jak maska hokejowa, która przez dziesięć kolejnych części cyklu slasherów bardzo rzadko zdołała opuścić szpetną twarz swojego nabywcy.

Czytaj dalej The Man Behind the Mask, czyli początki Jasona popkulturowego

„Slumber Party Massacre”, czyli slasher na wesoło

     Maniak z narzędziem budowlanym składa nieoczekiwaną wizytę bandzie rozwydrzonych nastolatków, chlejących tani alkohol, ćpających co się da i zabawiających się ze sobą po kątach. Co może z tego spotkania wyniknąć?

     Więcej retorycznych pytań nie zadam i z góry pozwolę sobie zauważyć, z jak generycznym horrorem mamy do czynienia; nie mniej rodzajowym niż którakolwiek z odsłon  Piątku, trzynastego. Typowość nie przekłada się tutaj jednak na banał – Slumber Party Massacre wznosi się ponad przeciętny poziom setek slasherów z lat 80., a standardowość dziełka Amy Holden Jones znacznie wpływa na jego sztandarowość. Choć niewybredny fabularnie, film śmiało może być wliczany w wąski poczet najlepszych straszaków spod znaku maski i piły łańcuchowej (w tym wypadku wiertarki).

Czytaj dalej „Slumber Party Massacre”, czyli slasher na wesoło

Keczupowe lata osiemdziesiąte

     Muszę przyznać, że z dużym dystansem podchodziłem do tego tytułu – kultowego w pewnych kręgach, zresztą cieszącego się popularnością zasłużenie, lecz nadal naiwnego i oferującego znacznie mniej niż chciałoby się oczekiwać. Podobnie jak znakomita większość filmów grozy doby lat 80. ubiegłego stulecia, „Noc demonów” to dzieło oryginalne inaczej, przepojone kliszami i rutyną. Jednak – a niech mnie – błaha historia w wydaniu niezbyt wziętego twórcy Kevina Tenneya okazuje się mieć na tyle silny potencjał, że i obok jej niedostatków przechodzi się obojętnie.

     „Noc demonów” to film afabularny. Bynajmniej nie pozbawiony akcji jak ambitniejsze dokonania Bruno Dumonta czy Jamesa Benninga, jednak wyraźnie nie stawiający na swojej treści akcentu. W tym uznanym horrorze, stawianym często za kwintesencję kina grozy sprzed ponad dwóch dekad, dyskusyjna linia fabularna stanowi pretekst do wrzucenia widza prosto w wir uproszczeń, nonsensu i kołtunerii, z których zbudowany jest cały projekt. Rzec, że „Night of the Demons” dotyczy grupki młodych, uwięzionych na chybionym przyjęciu rozgrywającym się w nawiedzonym domu, to wypowiedzieć się na temat fabuły wyczerpująco. Demony w niestarannej charakteryzacji, trzydziestoletni licealiści i radosny absurd wypełniają intrygę przez blisko półtorej godziny.

Czytaj dalej Keczupowe lata osiemdziesiąte