Archiwa tagu: demon

Dom zły. [„Amityville: Przebudzenie”, 2017]

     Po latach „piekiełka” developmentowego oraz kilku re-shootach „Amityville: Przebudzenie” wreszcie zaprezentowany został widzom. Producenci ewidentnie stracili wiarę w swój projekt, przez co w jego jakość zwątpili też fani horroru. Śmiało mogę wszak powiedzieć, że La Scala i członkowie jego załogi zbyt długo grali na zwłokę. „Przebudzenie” nie jest rewolucyjnym filmem grozy – to straszak na wskroś konwencjonalny, niekiedy dość oczywisty. Reżyser Franck Khalfoun obejrzał jednak kilka klasyków o nawiedzonych domach i wie, jakimi metodami straszenia warto dręczyć publikę. Jego film ma w sobie też wystarczająco dużo autoświadomości, by odciąć się od LICZNYCH gniotów, jakie wpisują się w kronikę serii.

AmityvilleTheAwakening02

     Amityville w stanie New Jersey. Nastoletnia Belle (Bella Thorne) wprowadza się do posiadłości położonej przy 112 Ocean Avenue. Matka (Jennifer Jason Leigh) nie powiedziała jej, że przed laty tym położonym w zacisznej okolicy domem wstrząsnęła potworna zbrodnia. Od tego czasu lokalni mieszkańcy uważają, że w okazałej, zaprojektowanej w stylu kolonialnym rezydencji straszą złe duchy. Belle jest wściekła: historię ponurego domostwa poznaje dopiero w szkole, gdzie szybko staje się obiektem plotek i drwin. Dziewczyna podchodzi do sprawy bardzo sceptycznie; nie wierzy bowiem w zjawiska paranormalne. Wszystko zmienia się, gdy jej poszkodowany w wypadku brat, James (Cameron Monaghan), budzi się z wieloletniej śpiączki i zaczyna przejawiać oznaki opętania.

Czytaj dalej Dom zły. [„Amityville: Przebudzenie”, 2017]

Reklamy

Potwór nad wyraz prawdziwy. [„Smakosz”, 2001]

     Złowieszczy śpiew kruków, przeszywające jęki rozdrażnionych kocurów, rustykalny urok amerykańskich ziem niczyich. Przyroda, ale też żywioł ludzki mają dla Victora Salvy dogmatyczne wręcz znaczenie. W swoim niesławnym „Smakoszu” Salva zmalował portret najwymyślniejszej ponadnaturalnej kreatury horroru nowomilenijnego; co ciekawe, by tego dokonać, posłużył się jednak ekwipunkiem ze wszech miar naturalnym. Jeszcze przed nadrealnym rozwojem sytuacji ekranowych „Smakosz” zwraca uwagę dosłownością scen grozy: ktoś podąża za bohaterami na odludnej drodze, a potem okazuje się mordercą. Miejskie legendy nie biorą się znikąd; zawsze mają w sobie ziarno prawdy.

JeepersCreepers2001-3

     Prawda nie jest sprzymierzeńcem Salvy. Gdy na jaw wyszły ekscesy, jakich reżyser dopuścił się na planie „Domu klownów” (przypomnę: pochodzący z Kalifornii filmowiec molestował seksualnie dwunastoletniego aktora), wielcy Hollywoodu odwrócili się od niego. Jedynie Francis Ford Coppola wciąż oczarowany był talentem Salvy i w efekcie, dekadę później, wykonawczo wyprodukował „Smakosza”. W tym zaskakująco metaforycznym horrorze Salva, przewrotnie, postanowił powiedzieć nam sporo o sobie – wyjawił prawdę, którą wielu wolałoby zamieść pod dywan. Tytułowym potworem – lub, jeśli wolicie, Creeperem – jest sam reżyser, a „Smakosz” dał mu sposobność dokonania egzorcyzmów na własnej przeszłości, na sromotnych błędach i niechcianych skłonnościach. Z jednej ze scen dowiadujemy się, że Smakosz z szemranym entuzjazmem obwąchał brudną bieliznę uroczo chłopięcego Darry’ego, schowaną na tyle jego samochodu. W ten sposób – węchem – przekonał się, na jaką „część” chłopaka miałby największy apetyt. Wysoko cenię sobie wolność twórczą i nie aprobuję nagonki, z jaką Salva walczy od dekad, ale jestem w stanie zrozumieć, dlaczego niektórzy krytycy postanowili dać mu w kość za „Smakosza”. Nawet ślepiec zauważyłby, jak kontrowersyjna i ryzykowna jest to produkcja, jak cienka bywa w tym filmie granica między fikcją a rzeczywistością.

Czytaj dalej Potwór nad wyraz prawdziwy. [„Smakosz”, 2001]

Groovy? [„Bloody Muscle Body Builder in Hell”, 2012]

     „Hollywoodzkie dziwki uzbrojone w piły łańcuchowe”, „Barbarzyńska nimfomanka w piekle dinozaurów”, „Nazistowscy surferzy muszą umrzeć”… Twórcy kina klasy „Z” od zawsze wiedzieli, jak przykuć uwagę widza już samym tytułem. Kiedy parę lat temu dowiedziałem się o istnieniu komedio-horroru „The Incredibly Strange Creatures Who Stopped Living and Became Mixed-Up Zombies!!?” (nie, nie wymyśliłem tej pozycji na poczekaniu), nie sądziłem, że może istnieć bardziej groteskowy tytuł filmowy. I tkwiłem w tym naiwnym przekonaniu aż do momentu, gdy głośno zrobiło się o japońskim „klasyku”, „Bloody Muscle Body Builder in Hell”.

BMBBiH02.jpg

     Reżysera i odtwórcę roli tytułowej, Shinichiego Fukazawę, nie interesuje gołosłowie: bohaterem jego filmu jest pseudokulturysta, którego od podnoszenia grubej sztangi odrywa była dziewczyna – reporterka mająca zbadać sprawę rzekomo nawiedzonego domu. W towarzystwie medium duet wybiera się w miejsce, które stanowi niejako portal do piekła. Tam też zostają skąpani w hektolitrach posoki, a właściwie w półprodukcie przypominającym purée pomidorowe. „Bloody Muscle Body Builder in Hell” to najszlachetniejszy gorefest, regularnie i efektywnie przyprawiający o ostre mdłości. Jest też rasowym lo-fi movie, a więc produkcją nad wyraz amatorską, powstałą przy dużych ograniczeniach finansowych. Wiele filmów fanowskich prezentuje wyższą jakość techniczną niż dzieło Fukazawy. Jednak nie bez powodu.

Czytaj dalej Groovy? [„Bloody Muscle Body Builder in Hell”, 2012]

Krótka piłka: „Baba Jaga” [2016]

     Gdyby poplątać odrobinę tropy fabularne w nowym filmie Caradoga Jamesa, „Don’t Knock Twice”, można by uformować horror premierowo pokazywany już rok czy dwa lata temu. Szykowana do wydania w polskich kinach „Baba Jaga” (nim poczniecie narzekać na tłumaczenie tytułu, obejrzyjcie, proszę, sam film) tematycznie związana jest ze świetnymi „Under the Shadow” i „Babadookiem” oraz mniej udanym „The Monster” Bryana Bertino. Rys scenariusza do złudzenia przypomina historie przedstawione w pozycjach wyżej wymienionych: zdana tylko na siebie matka cierpliwie stara się odbudować więź w wyalienowanym (tu: niegdyś porzuconym) dzieckiem. Zaletą wszystkich z podanych filmów pozostaje przekonujące aktorstwo. Katee Sackhoff i Lucy Boynton nie tworzą w „Don’t Knock Twice” ról życia, lecz grają całym sercem, emanują nieoczywistym, nieprzesłodzonym urokiem, jakiego brak wielu ekranowym duetom matka-córka. Poza aktorską chemią projekt Jamesa oferuje niewiele. „Baba Jaga” wyewoluowała na kanwie skryptu tak pospolitego, że przyprawiającego o ból zębów. Twist towarzyszący scenie finałowej może niektórych widzów poruszyć, lecz bynajmniej nikim nie wstrząśnie; przede wszystkim okazuje się jedynym pamiętnym momentem 95-minutowego materiału. Choć „Don’t Knock Twice” przeciągany bywa niemiłosiernie, nadal ma w ofercie kilka przyprawiających o dreszcze niespodzianek, takich jak choćby sekwencja objawienia się Baby Jagi na komisariacie. Pytanie tylko, czy warto zaprzątać sobie nimi głowę, gdy na horyzoncie pojawia się coraz więcej lepszych, oryginalniejszych straszaków.

babajaga2

4 i pol

Krótka piłka: „Obecność 2” [2016]

     Przez kilkanaście dobrych minut wierzyłem, że „Obecność 2” to usprawniona kontynuacja dochodowego blockbustera sprzed lat trzech – jeden z tych horrorowych sequeli (wcale nie tak nielicznych), które okazują się lepsze niż ich poprzednicy. Moje uznanie kulminację osiągnęło podczas sceny z udziałem Very Farmigi, gdy Lorraine Warren „mierzy się” z przerażającym malowidłem. Szybko jednak wróciłem na właściwe sobie tory percepcyjne, a finalną oceną, jaką filmowi przyznałem, okazało się sześć i pół punktu na dziesięć możliwych. Drugą „Obecność” postrzegam tak samo, jak niemal wszystkie straszaki Jamesa Wana – jako rozrywkę na wysokim poziomie, ale nie mistrzostwo w swoim gatunku, obraz udany bardziej niż nieudany, za to gorliwie obstający przy dolegliwej sztampie. Doceniam umiejętność reżysera do rozpalenia w dziecięcych aktorach ogniska żarliwej ekspresji, doceniam jego oko do szczegółów – w „Obecności 2” każdy najdrobniejszy rekwizyt scenograficzny zdaje się być tchnięty jakąś nieziemską siłą. Mimo wszystko nadal nie stawiam Wana pośród królów horroru; widzę w nim zdolnego rzemieślnika. Sequel „Obecności” straszy, gdy powinien, lecz jest też wyrazem niedojrzałego samouwielbienia. Ponad dwie godziny spędzone z jump scare’ami potrafią najzwyczajniej w świecie zmęczyć.

     O „Obecności 2”, jak i dziesiątkach innych tegorocznych horrorów więcej przeczytacie już za dwa tygodnie: na blogu pojawi się wtedy, tradycyjnie, wyczerpujące podsumowanie roku pod kątem kina gatunkowego. Bądźcie czujni!

conj2-2

6 i pol

Rozmiar ma znaczenie. [„SiREN”, 2016]

     „Żaden facet nie potrafi jej się oprzeć. Każdy powinien”. Slogan reklamujący nowy horror Gregga Bishopa, „SiREN”, wyraźnie daje widzom znać, że obejrzą film o naturze feministycznej. Lilith (Hannah Fierman), przedwieczna demonica uwodząca mężczyzn i wyżerająca z nich życie, to postać silna, zaskakująco nakreślona. Scena gwałtu z jej udziałem przybiera nieoczekiwany obrót; dowodzi wyobraźni, spaczonemu poczuciu humoru, a nawet otwartości umysłowej duetu fabularzystów. Niedaleko jednak ponoszą twórców „SiREN” skrzydła fantazji – głównie dlatego, że ogranicza ich materiał wyjściowy, a więc składający się na antologię „V/H/S” (2012) segment „Amateur Night”, na którym pełny metraż oparto.

siren01.jpg

     Bishop i członkowie jego brygady nie trzymają się oryginału zbyt kurczowo: ich reboot to projekt równie dynamiczny jak kultowy już short, choć znacznie mniej lapidarny. „SiREN”, ponieważ jest filmem-odwołaniem, pozostaje horrorem przewidywalnym. Jego finał odgadnie każdy, kto uważnie obejrzał „V/H/S”. Ujawnia się tu efemeryczny czar nowelki „Amateur Night”, która – bardzo kolokwialne rzecz ujmując – zrobiła swoje i pozamiatała konkurencję, zapewniła oglądającemu mindfuck czachy, zostawiając go z mózgiem wypływającym przez ucho. Filmowi Gregga Bishopa nie zapewniono przyciągającej osobliwości. Już na etapie zarodkowym odebrano mu szansę na sukces, kręcąc go jako nudniejszą, rozwleczoną wersję krótkometrażowego oryginału.

Czytaj dalej Rozmiar ma znaczenie. [„SiREN”, 2016]