Archiwa tagu: demon

Groovy? [„Bloody Muscle Body Builder in Hell”, 2012]

     „Hollywoodzkie dziwki uzbrojone w piły łańcuchowe”, „Barbarzyńska nimfomanka w piekle dinozaurów”, „Nazistowscy surferzy muszą umrzeć”… Twórcy kina klasy „Z” od zawsze wiedzieli, jak przykuć uwagę widza już samym tytułem. Kiedy parę lat temu dowiedziałem się o istnieniu komedio-horroru „The Incredibly Strange Creatures Who Stopped Living and Became Mixed-Up Zombies!!?” (nie, nie wymyśliłem tej pozycji na poczekaniu), nie sądziłem, że może istnieć bardzo groteskowy tytuł filmowy. I tkwiłem w tym naiwnym przekonaniu aż do momentu, gdy głośno zrobiło się o japońskim „klasyku”, „Bloody Muscle Body Builder in Hell”.

BMBBiH02.jpg

     Reżysera i odtwórcę roli tytułowej, Shinichiego Fukazawę, nie interesuje gołosłowie: bohaterem jego filmu jest pseudokulturysta, którego od podnoszenia grubej sztangi odrywa była dziewczyna – reporterka mająca zbadać sprawę rzekomo nawiedzonego domu. W towarzystwie medium duet wybiera się w miejsce, które stanowi niejako portal do piekła. Tam też zostają skąpani w hektolitrach posoki, a właściwie w półprodukcie przypominającym purée pomidorowe. „Bloody Muscle Body Builder in Hell” to najszlachetniejszy gorefest, regularnie i efektywnie przyprawiający o ostre mdłości. Jest też rasowym lo-fi movie, a więc produkcją nad wyraz amatorską, powstałą przy dużych ograniczeniach finansowych. Wiele filmów fanowskich prezentuje wyższą jakość techniczną niż dzieło Fukazawy. Jednak nie bez powodu.

Czytaj dalej Groovy? [„Bloody Muscle Body Builder in Hell”, 2012]

Krótka piłka: „Baba Jaga” [2016]

     Gdyby poplątać odrobinę tropy fabularne w nowym filmie Caradoga Jamesa, „Don’t Knock Twice”, można by uformować horror premierowo pokazywany już rok czy dwa lata temu. Szykowana do wydania w polskich kinach „Baba Jaga” (nim poczniecie narzekać na tłumaczenie tytułu, obejrzyjcie, proszę, sam film) tematycznie związania jest ze świetnymi „Under the Shadow” i „Babadookiem” oraz mniej udanym „The Monster” Bryana Bertino. Rys scenariusza do złudzenia przypomina historie przedstawione w pozycjach wyżej wymienionych: zdana tylko na siebie matka cierpliwie stara się odbudować więź w wyalienowanym (tu: niegdyś porzuconym) dzieckiem. Zaletą wszystkich z podanych filmów pozostaje przekonujące aktorstwo. Katee Sackhoff i Lucy Boynton nie tworzą w „Don’t Knock Twice” ról życia, lecz grają całym sercem, emanują nieoczywistym, nieprzesłodzonym urokiem, jakiego brak wielu ekranowym duetom matka-córka. Poza aktorską chemią projekt Jamesa oferuje niewiele. „Baba Jaga” wyewoluowała na kanwie skryptu tak pospolitego, że przyprawiającego o ból zębów. Twist towarzyszący scenie finałowej może niektórych widzów poruszyć, lecz bynajmniej nikim nie wstrząśnie; przede wszystkim okazuje się jedynym pamiętnym momentem 95-minutowego materiału. Choć „Don’t Knock Twice” przeciągany bywa niemiłosiernie, nadal ma w ofercie kilka przyprawiających o dreszcze niespodzianek, takich jak choćby sekwencja objawienia się Baby Jagi na komisariacie. Pytanie tylko, czy warto zaprzątać sobie nimi głowę, gdy na horyzoncie pojawia się coraz więcej lepszych, oryginalniejszych straszaków.

babajaga2

4 i pol

Krótka piłka: „Obecność 2” [2016]

     Przez kilkanaście dobrych minut wierzyłem, że „Obecność 2” to usprawniona kontynuacja dochodowego blockbustera sprzed lat trzech – jeden z tych horrorowych sequeli (wcale nie tak nielicznych), które okazują się lepsze niż ich poprzednicy. Moje uznanie kulminację osiągnęło podczas sceny z udziałem Very Farmigi, gdy Lorraine Warren „mierzy się” z przerażającym malowidłem. Szybko jednak wróciłem na właściwe sobie tory percepcyjne, a finalną oceną, jaką filmowi przyznałem, okazało się sześć i pół punktu na dziesięć możliwych. Drugą „Obecność” postrzegam tak samo, jak niemal wszystkie straszaki Jamesa Wana – jako rozrywkę na wysokim poziomie, ale nie mistrzostwo w swoim gatunku, obraz udany bardziej niż nieudany, za to gorliwie obstający przy dolegliwej sztampie. Doceniam umiejętność reżysera do rozpalenia w dziecięcych aktorach ogniska żarliwej ekspresji, doceniam jego oko do szczegółów – w „Obecności 2” każdy najdrobniejszy rekwizyt scenograficzny zdaje się być tchnięty jakąś nieziemską siłą. Mimo wszystko nadal nie stawiam Wana pośród królów horroru; widzę w nim zdolnego rzemieślnika. Sequel „Obecności” straszy, gdy powinien, lecz jest też wyrazem niedojrzałego samouwielbienia. Ponad dwie godziny spędzone z jump scare’ami potrafią najzwyczajniej w świecie zmęczyć.

     O „Obecności 2”, jak i dziesiątkach innych tegorocznych horrorów więcej przeczytacie już za dwa tygodnie: na blogu pojawi się wtedy, tradycyjnie, wyczerpujące podsumowanie roku pod kątem kina gatunkowego. Bądźcie czujni!

conj2-2

6 i pol

Rozmiar ma znaczenie. [„SiREN”, 2016]

     „Żaden facet nie potrafi jej się oprzeć. Każdy powinien”. Slogan reklamujący nowy horror Gregga Bishopa, „SiREN”, wyraźnie daje widzom znać, że obejrzą film o naturze feministycznej. Lilith (Hannah Fierman), przedwieczna demonica uwodząca mężczyzn i wyżerająca z nich życie, to postać silna, zaskakująco nakreślona. Scena gwałtu z jej udziałem przybiera nieoczekiwany obrót; dowodzi wyobraźni, spaczonemu poczuciu humoru, a nawet otwartości umysłowej duetu fabularzystów. Niedaleko jednak ponoszą twórców „SiREN” skrzydła fantazji – głównie dlatego, że ogranicza ich materiał wyjściowy, a więc składający się na antologię „V/H/S” (2012) segment „Amateur Night”, na którym pełny metraż oparto.

siren01.jpg

     Bishop i członkowie jego brygady nie trzymają się oryginału zbyt kurczowo: ich reboot to projekt równie dynamiczny jak kultowy już short, choć znacznie mniej lapidarny. „SiREN”, ponieważ jest filmem-odwołaniem, pozostaje horrorem przewidywalnym. Jego finał odgadnie każdy, kto uważnie obejrzał „V/H/S”. Ujawnia się tu efemeryczny czar nowelki „Amateur Night”, która – bardzo kolokwialne rzecz ujmując – zrobiła swoje i pozamiatała konkurencję, zapewniła oglądającemu mindfuck czachy, zostawiając go z mózgiem wypływającym przez ucho. Filmowi Gregga Bishopa nie zapewniono przyciągającej osobliwości. Już na etapie zarodkowym odebrano mu szansę na sukces, kręcąc go jako nudniejszą, rozwleczoną wersję krótkometrażowego oryginału.

Czytaj dalej Rozmiar ma znaczenie. [„SiREN”, 2016]

Taki diabeł straszny. [„The Possession Experiment”, 2016]

     Brandon Jensen (Chris Minor), student prestiżowej uczelni, pisze pracę magisterską na temat przypadków opętań. By nadać krwawicy ostateczne szlify, młody mężczyzna postanawia zbadać sprawę domu, w którym przed laty przeprowadzono makabryczny w skutkach egzorcyzm. Opuszczona, stojąca na odludziu posiadłość emanuje energią nie z tego świata. Brandon chce, by skrywające się w zgliszczach demony przeprowadziły się do jego ciała.

possexp2

     Nie odpowiem Wam na pytanie, dlaczego „The Possession Experiment” nawiedza właśnie nadwiślane sale kinowe, podczas gdy pozycje jak „Southbound” czy „They Look Like People” pozostają polskiemu widzowi praktycznie nieznane. Nie odpowiem, dlaczego facebookowy fan page tak miernego filmidła wysępił trzydzieści tysięcy polubień internautów. Wiem jedno: trzecia fabuła Scotta B. Hansena powstała za przysłowiowe grosze i tyle też na siebie zarobi. Parę tygodni temu „Experiment” pokazany został w Polsce przedpremierowo i wśród tych, którzy go widzieli, zaskarbił sobie tytuł diabelskiej padaki.

Czytaj dalej Taki diabeł straszny. [„The Possession Experiment”, 2016]

Krótka piłka: „Lament” [2016]

     Od momentu swojej premiery na festiwalu w Cannes „Lament” w reżyserii Hong-jin Na zbiera znakomite recenzje. Prosta, wydawałoby się, historia południowokoreańskiego miasteczka, którego mieszkańcy zapadają na tajemniczą chorobę, tak naprawdę stanowi plątaninę wątków i zagadek – czerpie z horrorów religijnych oraz kryminalnych dreszczowców, jawi się jako bipolarna. W euforii zachwytów porównano już „Lament” do klasyków Williama Friedkina czy Davida Finchera. I choć pochodzący z Seulu Na daje nam powody, by podziwiać jego warsztat reżyserski, nie jest „Gokseong” kinem zasługującym na pełnię uznania. Scenariusz filmu wyznacza zbyt szerokie pole do interpretacji. Twórca „Morza Żółtego” stawia na przesyt: wprowadza i porzuca kolejne postaci, w jednej chwili nasyła na nie ciągnącego za sobą nogę nieumarłego, by chwilę potem odprawić orientalne egzorcyzmy (obłędne sceny rytuałów to niemniej najlepsze momenty filmu). Na finał projektu zdaje się mieć kilka pomysłów. Słowem: mąci w głowach. Nie oznacza to, że tytuł jest tu adekwatny do uczuć, jakie „Lament” wzbudza; urzekają w produkcji Hong-jin Na choćby realistyczne efekty gore oraz biegły, ekspresywny montaż. Śladowy dynamizm „Gokseong” oraz rozległy czas trwania niezbyt dobrze współgrają jednak z lichej próby scenariuszem i niezłą, w najlepszym wypadku, kreacją centralną. Do-Won Kwak bardziej aktorzy niż gra na serio; znacznie lepiej odnajduje się przed kamerą czternastoletnia Hwan-hee Kim.

lament1

05