Archiwa tagu: Euro horror

They made their bed… Now they have to die in it. [„B&B”, 2017]

     Dwaj geje z Londynu (Tom Bateman i Sean Teale) przybywają do wiejskiego pensjonatu, by upokorzyć jego ekstremalnie homofobicznego właściciela (Paul McGann). Najbliższa noc przyniesie tragiczne skutki – dla obu stron. W ustronnym przybytku dojdzie do bezwzględnego starcia męskich chromosomów. Zamieszani w całą aferę zostaną też syn hotelarza (Callum Woodhouse) oraz tajemniczy Rosjanin (James Tratas) – który wydaje się nie znosić gejów, ale w gruncie rzeczy jest zafascynowany ich seksualnością…

BAndB2

     Niechęć do homoseksualizmu – własnego, jak i cudzego, myślenie stereotypami, wszechstronna dyskryminacja. Między innymi tym tematom poświęcił uwagę Joe Ahearne w swoim nowym dreszczowcu, „B&B”. Potencjalnie jest więc „B&B” filmem o fobiach społecznych – zresztą, biorąc pod uwagę miejsce akcji i fasadę intrygi, przejawiającym hitchcockowskie zacięcie. W praktyce okazuje się jednak thrillerem o walorach produkcji telewizyjnej, w którym fałszywych tropów i labiryntowych komplikacji jest tak dużo, że ciężko się przez nie przebić. Ahearne nie ma nic ciekawego do powiedzenia ani o życiu gejów pośród bigoterii, ani o zmianach socjalnych, sprawiających, że skostniałych uprzedzeń coraz częściej należy się wstydzić. Scenariusz filmu jest powierzchowny i eksploatacyjny, brakuje w nim bohatera, który nie ziałby antypatią. Do około czterdziestej piątej minuty historia wciąga – choć i tak nie bez reszty. Później „B&B” zaczyna drażnić chaotycznością.

Czytaj dalej They made their bed… Now they have to die in it. [„B&B”, 2017]

Reklamy

„Everything tastes gray”. [„Selfie from Hell”, 2018]

     Niemiecka vlogerka Julia (Meelah Adams) przybywa do Stanów Zjednoczonych, by spotkać się z dawno niewidzianą kuzynką. Skrywa jednak zabójczy sekret, a bardziej niż na pogaduchach z sympatyczną Hannah (Alyson Walker) zależy jej na rozwikłaniu pewnej mrocznej zagadki. Wkrótce po przyjeździe internetowa gwiazdorka zapada na dziwną chorobę. Hannah odkrywa, że może to być wina… telefonu i duchów z tak zwanej „ukrytej” części internetu.

SfH2

     „Selfie from Hell” to film, w którym lekarz zaleca pacjentce zażywać specjalistyczne tabletki, ale nie wydaje jej żadnej recepty, bo jest bohaterem epizodycznym i musi prędko zniknąć z ekranu. To film, którego antybohaterowie noszą takie imiona, jak Selfieman czy F34R-3473R. Jest to film, w którym wszelkie widniejące w sieci informacje należy czytać na głos, a wiedzę, w jaki sposób dostać się do darknetu, pozyskuje się – no wiecie – googlując hasło „jak dostać się do darknetu”… Lepszym cyber horrorem okazał się nawet „Friend Request” z Alycią Debnam-Carey jako nastolatką nawiedzaną przez Facebooka, a warto nadmienić, że nie stanowił on dzieła udanego. Twórcy „Selfie from Hell” mentalnie zatrzymali się chyba na etapie lat dziewięćdziesiątych; ich projekt usłany jest przestarzałymi stereotypami na temat internetu. Nawet tytułowe selfie zyskuje dzięki scenarzyście nową definicję: może nim być nie tylko fotografia autoportretowa, ale też zdjęcie, które wykonuje za nas ktoś inny…

Czytaj dalej „Everything tastes gray”. [„Selfie from Hell”, 2018]

Klucz do koszmaru. [„Ghost Stories”, 2017]

     „Dlaczego zawsze to ostatni klucz otwiera wszelkie zamki?” – pyta Mike Priddle, bohater filmu „Ghost Stories”, grany przez Martina Freemana. Jego pytanie ma wydźwięk i dosłowny, i metaforyczny, a przede wszystkim okazuje się początkiem szokującego epilogu. Obraz, reżyserowany przez duet Jeremy Dyson-Andy Nyman, ma w ofercie naprawdę przysadzisty plot twist, który bynajmniej nie powinien być spoilowany. W kluczowym dla filmu finale otwarte zostają wrota prawdziwej inwencji, a mnożące się enigmy narracyjne sprawiają, że widz – który dotąd wcale nie musiał piać z zachwytu – spogląda na całość pod innym kątem. „Ghost Stories” jest jak układanka; jak celuloidowe puzzle. To film świetnie opowiedziany, a przy tym imponujący od strony wizualnej.

GhostStories2

     Podbudową znakomitego finału są trzy kolejne historie, które bynajmniej nie powinny nikogo znużyć. Profesor Goodman (Nyman) ma rozwiązać kilka tajemniczych spraw, które w świetle nauki wydają się wręcz niepojęte. Spotyka trójkę mężczyzn, którzy w przeszłości byli uczestnikami wydarzeń paranormalnych. Prawda, kryjąca się za tymi incydentami, jest absolutnie porażająca. Goodman ma za sobą przytłaczające, nieszczęśliwe dzieciństwo – demony, z którymi walczy, nie są wymyślone. Jako chłopiec doświadczył też traumy, która odcisnęła trwałe piętno na jego życiu. Sytuacja sprzed lat – przez Goodmana zatrzaśnięta za tysiącami drzwi – dla fabuły filmu ma kategoryczne znaczenie.

Czytaj dalej Klucz do koszmaru. [„Ghost Stories”, 2017]

Diabelska zabawa. [„Verónica”, 2017]

     „Verónica” – okultystyczny horror, inspirowany prawdziwymi wydarzeniami, do jakich doszło w Hiszpanii dwadzieścia siedem lat temu – jest filmem tyleż sztampowym, co eleganckim i przewrotnym. Jego tytułowa bohaterka otwiera drzwi do świata demonów, korzystając z planszy Ouija. Przedmioty w domu Veróniki zaczynają więc żyć własnym życiem, w lustrach pojawiają się odbicia nie z tego świata, a po ścianach posępnie tułają się cienie jak z „Nosferatu – symfonii grozy”. W filmie znalazło się miejsce dla co najmniej kilku jump scare’owych sekwencji, ale reżyser Paco Plaza („[REC]”) postanowił skorzystać z jump scare’ów lepszego sortu. „Verónica”, choć nie urasta do rangi najbardziej przerażającego straszaka wszech czasów (a w taki sposób ją hype’owano), u niejednego widza wywoła szybszą akcję serca. Kluczem Plazy do sukcesy okazują się jednak nie podręcznikowe metody straszenia, a oryginalna stylizacja.

Verónica2

     Szereg osobliwych działań plastyczno-scenograficznych, na jakie zdobył się Plaza, pozwala „Verónice” osiągnąć status dzieła ekstrawaganckiego, chwilami śmiało awangardowego. Wtórnej i prostej historii demonicznego opętania nadał reżyser zacięcie artystyczne. Wszystko za sprawą precyzyjnego sterowania kamerą, abstrakcyjnego kadrowania obrazu i surrealistycznego w swej formie montażu. „Verónica” to film, w którym ważniejsze od kartek scenariusza są ilustracje: tekst wyraźnie wspierany jest tu obrazem, który ma znaczenie kardynalne. Nadworny kompan Plazy, Martí Roca, montując projekt, zastosował ciekawe manewry edytorskie. W jednej ze scen obserwujemy, jak zawieszona między dwoma światami bohaterka kroczy po Madrycie i gorączkowo szuka rozwiązania swych problemów. Bruk pod jej nogami nie bez powodu zmienia się w wertowaną książkę – kilka minut wcześniej powiedziano Verónice, że odpowiedzi na dręczące ją pytania ukryte są w literaturze ezoterycznej. Inne ujęcie pokazuje Verónikę, która uparcie idzie przed siebie, choć cały świat chodzi wspak (ciekawe, czy nawiązanie do „Przygody człowieka poczciwego” to wypadkowa podobieństwa fabularnego czy może zabieg celowy). Plaza i Roca z dużą wprawą operują też dźwiękiem. W jednej z sekwencji nocnych old-schoolowe materiały muzyczne, dobiegające z telewizora, nakładają się na narrację pierwszoplanową. W efekcie rodzina Veróniki przeżywa chwile grozy w rytm klasycznego horroru Narciso Ibáñeza Serradora, „Czy zabiłbyś dziecko?”.

Czytaj dalej Diabelska zabawa. [„Verónica”, 2017]

Bogini seksu. [„Szamanka”, 1996]

     Zwierzęcość i duchowość przeplatają się w „Szamance” w sposób niemal perwersyjny. Kultowy film, choć powstał ponad dwadzieścia lat temu, w Polsce wciąż owiany jest najgorszą sławą i stale pada ofiarą kpin ze strony widzów. W latach 90. obraz wywołał oburzenie za sprawą nagromadzenia scen erotycznych, które – choć dosadne – nie szokowały eksplicytną nagością i zbliżeniami na organy płciowe. Andrzej Żuławski epatował w „Szamance” seksem, ale nie przeciągał struny bardziej niż robił to Bertolucci w „Ostatnim tangu”. W późniejszym wywiadzie powiedział reżyser, że „Polska utknęła na etapie średniowiecza”. Nie sposób nie zgodzić się z tym twierdzeniem: grzmiący z ambony księża mieli ponoć sprawić, że „Szamanka” zostanie pogrzebana żywcem.

Szamanka2

     …I udało im się to. Film Żuławskiego został doceniony za granicą, ale nad Wisłą wciąż uchodzi za synonim tandety i złego smaku. Znajdziemy w „Szamance” gorszące sceny, poznamy język jak z rynsztoka. Mimo to, projekt stanowi bezkompromisowy, antyugodowy traktat o seksie, co z miejsca stawia go w pozycji jednego z bardziej unikatowych dokonań rodzimych. W czasach, gdy polskie kino kojarzone było w znacznej mierze z kinem sensacyjnym, Żuławski wprowadził na ekrany dramat psychologiczny o poetyce cielesności – utopiony w głębokim nihilizmie, gwałcący tematy tabu. „Szamanka” jest film gniewnym, którego brutalność posunięta bywa do sadomasochistycznych granic. Zderzają się w nim dwie odmienne siły (pamiętny duet Iwona Petry-Bogusław Linda), kopulują ze sobą różnoimienne bieguny. „Włoszka” manifestuje sobą pierwotność; już w pierwszych scenach budzi się w niej nieokiełznana bestia. Spotkanie z Michałem – człowiekiem nauki, targanym impulsami – będzie dla niej chwilą seksualnego przebudzenia. Seks ukazany zostaje w „Szamance” jak narkotyk, który czyni z bohaterów marionetki własnego nałogu.

Czytaj dalej Bogini seksu. [„Szamanka”, 1996]

W ciemnym lesie, późną nocą. [„Rytuał”, 2017]

     Czworo przyjaciół wyrusza do Szwecji, by spędzić spokojny weekend na łonie natury. Wyjazd ma być dla nich okazją do refleksji i porzucenia imprezowych nawyków: ostatni wypad na miasto skończył się bowiem śmiercią Roba, dobrego kumpla całej grupy. Mężczyźni nie wiedzą jeszcze, że spotka ich coś znacznie gorszego niż tragiczny wypadek. W górzystym regionie Norrbotten dochodzi do niewytłumaczalnych zjawisk – tutejsze lasy wydają się skrywać jakąś nieziemską tajemnicę. Phil, Hutch, Dom i Luke mogą już nigdy nie wrócić do swoich domów.

rytual2

     Mgliste kłęby martwej materii, kolczaste drzewa, gęste, niemal namacalne powietrze o dżdżystej objętości. Europa to kontynent nie tylko stary, ale też, z przyrodniczego punktu widzenia, nad wyraz piękny. Elementy świata przedstawionego zostają w „Rytuale” uwznioślone: stanowią część nietkniętej od tysięcy lat natury, z którą lepiej nie igrać, która była niegdyś domem dla bogów. A może nadal nim jest? Film nie został nakręcony w Szwecji, a w Południowych Karpatach, na terenie Rumunii. Dzikość bezkresnego, górskiego masywu nadaje „Rytuałowi” wyjątkową perspektywę: fauna i flora wygląda tu inaczej niż w większości horrorów głównego nurtu (tj. w produkcjach amerykańskich). W górach Bucegi – lub, jeśli wolicie na nawiedzonej północy Europy – wieczoru nie chciałby spędzić nawet największy śmiałek. Film ma w zanadrzu kilka niespodzianek i zaskakujących zwrotów akcji; przez straszliwy w swej dziczy las wiedzie nas krętymi ścieżkami. Wielu widzów dostrzeże w nim inspiracje kultowym „Blair Witch Project” – ze względu na wszechobecne, pogańskie symbole, którymi straszy bohaterów niewidoczny byt. O kultowym horrorze found footage przypominają również sceny toczące się wewnątrz pewnej opuszczonej chaty, leżącej w samym sercu kniei. Reżyser David Bruckner szuka inspiracji w dobrych, bo upiornych miejscach, a historia zatacza przy jego dziele koło: „BWP” inspirował się „Cannibal Holocaustem”, a teraz to „Rytuał” zainspirowany został jego legendą. Być może za piętnaście lat kolejny zapaleniec odwoła się do „Rytuału”, tworząc swoją pierwocinę.

Czytaj dalej W ciemnym lesie, późną nocą. [„Rytuał”, 2017]