Archiwa tagu: exploitation

Cały ten chory fandom. [„The Fanatic”, 2019]

     John Travolta coraz częściej przyciąga do siebie projekty, które kończą jako box-office’owe fiaska. Po „Dolinie przemocy” i „Gottim” kolejną pozycją w filmografii aktora został „The Fanatic” – dreszczowiec Freda Dursta, który tłoczył się w jego głowie od przeszło piętnastu lat, a kiedy już powstał, ściągnął na siebie mnóstwo złej prasy. I choć hasło „thriller reżyserowany przez frontmana Limp Bizkit” nie zapowiada dzieła z wyższej półki, porażka filmu jest miażdżąca. W tydzień po premierze kinowej „The Fanatic” zainkasował trzy tysiące dolarów.

Fanatic3

     „Hollywood Reporter” uznał, że dzięki współpracy z Durstem Travolta sięgnął „nowego dna”. To opinia szorstka i bezwzględna, ale „Fanatic” – pomimo wielu swych ułomności – nie jest projektem całkowicie pozbawionym wartości. Jedynie zbyt dosłownym, kręconym na jedno kopyto. Przypomina piosenki LB, które pozbawione były głębi i wszystkie brzmiały właściwie tak samo. Travolta gra tu Moose’a – faceta w średnim wieku i zagorzałego miłośnika kina grozy, który prawdopodobnie zmaga się z autyzmem. Pracuje on na Hollywood Boulevard, gdzie wskakuje w kostium XIX-wiecznego, londyńskiego policjanta i „bawi” przechodniów głupkowatym akcentem. Nikt nie zatrzymuje się, by zrobić sobie z Moosem zdjęcia – nie, kiedy otaczają go charyzmatyczni magicy i imitatorki Marilyn Monroe. Bohater ma jedno marzenie: chce poznać swego idola, Huntera Dunbara (Devon Sawa). Wydaje więc ostatnie oszczędności, by kupić jego kamizelkę z filmu sci-fi. Chce zaprzyjaźnić się z ulubieńcem, przypodobać mu się, odwiedzać go w domu. Nie rozumie słów: „zostaw mnie, świrze!”

Czytaj dalej Cały ten chory fandom. [„The Fanatic”, 2019]

Reklamy

Jaki film śni się po nocach Joelowi Coenowi i Tomowi Saviniemu? [„Koszmar”, 1981]

     „Gdyby nowojorska policja chciała zgarnąć grasujących po mieście psycholi i degeneratów, podejrzewam, że znalazłaby ich wszystkich na nocnym pokazie «Koszmaru»”. Takie komplementy prawił Romano Scavoliniemu i jego filmowi jeden z dziennikarzy „New York Postu” jesienią 1981 roku. Na ekranach wybranych kin amerykańskich ukazał się wówczas horror „Nightmare” – alternatywnie znany jako „Nightmares in a Damaged Brain” – i natychmiast ściągnął na siebie złość krytyków. To historia obłąkanego mężczyzny (Baird Stafford), który poddany zostaje prototypowej metodzie leczenia. Wskutek nie do końca bezpiecznej terapii jego paranoja tylko się nasila i wreszcie „bohater” chwyta za nóż. Postanawia złożyć wizytę byłej żonie, która znalazła pocieszenie w ramionach innego faceta.

Nightmare-1981-2

     „Koszmar” owiany jest wyjątkowo złą sławą: w Wielkiej Brytanii zasilił nawet listę tak zwanych „video nasties”, a swemu dystrybutorowi przysporzył kłopotów natury prawnej. Odpowiedzialny za rozpowszechnianie filmu wydawca trafił do więzienia na kilka miesięcy, bo nie chciał ukrócić materiału o garstkę, nomen omen, koszmarnych scen. Tak narodziła się legenda horroru, który legendarny chyba wcale nie miał być, bo powstał za przysłowiowe grosze, a w kinach zadebiutował dość pośpiesznie – goniąc za sukcesem „Piątku, trzynastego” i innych dziełek typu slash-and-hack. Zarzucić można filmowi mizoginiczne traktowanie postaci kobiecych, celebrację dosadnej przemocy, fatalne aktorstwo. Ustępują z ust odtwórców – zwłaszcza epizodystów – śmiesznie dukane dialogi, które są poniżej wszelkiej krytyki („now he’s on the loose and killing people – and we can’t have that!”). Do tego kolejne akty oddzielane są za pomocą teatralnych plansz ze wskazówkami jak np. „Dzień pierwszy”, „Dzień ostatni”. Nad efektami specjalnymi „Koszmaru” pracował domniemanie wielce ceniony charakteryzator Tom Savini. Później wielokrotnie zaprzeczał swemu udziałowi w procesie twórczym, a gotowy projekt porównał nawet do… fekaliów. Jego zapewnieniom przeczą zdjęcia z planu, przedstawiające osobniczego wąsacza tuż obok realistycznie ludzkiej kukły.

Czytaj dalej Jaki film śni się po nocach Joelowi Coenowi i Tomowi Saviniemu? [„Koszmar”, 1981]

Miau-miau, kot na schwał. [„Cat Sick Blues”, 2015]

     W okresie żałoby ludzie radzą sobie z bólem na różne sposoby. Rzadko jednak zdarza się, by przywdziewali maskę obłąkanego zabójcy i karali innych za ich szczęście. To metoda terapii, na jaką zdobywa się Ted Henson (Matthew C. Vaughan) − bohater australijskiego shockera „Cat Sick Blues”, opartego na krótkim metrażu z 2013 roku. Mężczyzna traci nie tylko ukochanego kota, ale też rozum. Wierzy, że pupil odżyje, gdy tylko poświęconych zostanie mu dziewięć niewinnych ofiar. Rozpoczyna się krwawe polowanie.

CatSickBlues2

     Pochodzący z Melbourne reżyser Dave Jackson przygląda się w swym filmie bardzo specyficznej psychozie. Ted to bowiem facet, który głęboko wierzy we wszystkie absurdy, jakie roją się w jego głowie. Zabija wyłącznie kobiety, niekiedy w erotycznych okolicznościach, ale nie widzi w sobie perwersyjnego zboczeńca. Jest święcie przekonany, że siejąc postrach w kociej, lateksowej masce da swemu zwierzakowi „dziesiąte życie”. Dłoń przystraja w wykonaną na zamówienie rękawicę, imitującą szpony, a biodra oplata pasem z doczepionym, zaostrzonym na obrzeżach dildo. Gdy zakrada się do mieszkań swoich ofiar, pojękuje i mruczy w felinicznym języku. To obsesyjno-kompulsywny morderca, zdominowany przez natręctwa seksualne, przypominający na równi Normana Batesa oraz Franka Zito z pamiętnie plugawego horroru „Maniak”. Trudno o bardziej przerażającego kociarza − chyba tylko pan Prezes przerasta Hensona w tej rywalizacji.

Czytaj dalej Miau-miau, kot na schwał. [„Cat Sick Blues”, 2015]

When a man kills a woman. [„Nowojorski rozpruwacz”, 1982]

     Kiedy w 1982 roku Lucio Fulci powrócił ze swoim nowym filmem, natychmiast został on owiany złą sławą. „Nowojorski rozpruwacz” debiutował na ekranach w atmosferze skandalu, zresztą uzasadnionego. To kolejny horror, w którym maestro złego smaku używa sobie na bezbronnych kobietach. W filmie pod nóż tytułowego oprawcy trafiają wyłącznie atrakcyjne blondynki. Żadna z nich nie ginie szybko i bezboleśnie, bo nie w tym tkwi, według Fulciego, zabawa.

NYRipper-1

     „Nowojorski rozpruwacz” to horror o wyjątkowo slasherowej estetyce, stworzony jakby na eksport, z myślą o amerykańskiej widowni. Nie brak tu jednak charakterystycznego dla reżysera upodobania do sadyzmu – którego w takim „Halloween” na przykład nie uświadczymy. To, oczywiście, dwie różne produkcje, a i Fulciego nijak nie da się porównać z Johnem Carpenterem – skarbem narodowym USA. W Nowym Jorku grasuje wyjątkowo bezlitosny zabójca, który rozpruwa swoje ofiary przy użyciu noża kuchennego. Jego zbrodnie ściągają sen z powiek zmęczonemu życiem detektywowi Williamsowi: tak porywistej rzezi miasto nie doświadczyło od dawna. By powstrzymać impulsywnego psychopatę, porucznik nawiązuje współpracę z doskonale wykwalifikowanym psychoanalitykiem.

Czytaj dalej When a man kills a woman. [„Nowojorski rozpruwacz”, 1982]

Różaniec potworności. [„Zakon Świętej Agaty”, 2018]

     Mary (Sabrina Kern) − młoda kobieta wyklęta przez apodyktycznego ojca − nie może znaleźć swojego miejsca w prowincjonalnej społeczności: są lata pięćdziesiąte i małe miasteczko w Georgii nie daje jej wielu perspektyw. Bohaterka postanawia wstąpić do zakonu, by pod opieką sióstr odnaleźć siebie samą. Jej nowe towarzyszki okazują się jednak nie tyle bogobojne, co bezduszne i pełne jadu. Mary staje się ich zakładniczką, a każda próba ucieczki kończy się surową karą. Zakonnice najbardziej zainteresowane są nienarodzonym dzieckiem, które rośnie pod sercem dziewczyny. Naiwna młódka z dnia na dzień staje się ofiarą bezlitosnej sekty.

StAgatha2

     Przysięgam, że gdy tylko zobaczyłem plakat „Zakonu Świętej Agaty”, pomyślałem: „no tak, kolejne jump-scare’owe łubu du dla mas”. Ponieważ nie jestem fanem Jamesa Wana, do filmu podszedłem raczej z poczucia dziennikarskiego obowiązku niż dla przyjemności. Pomimo swojego tytułu, „St. Agatha” nie przypomina jednak ubiegłorocznej „Zakonnicy”. To horror ciut ambitniejszy, dość umiejętnie obnażający hipokryzję religii oraz cynizm zdewociałych fanatyków. Nie wydam mu pozytywnej recenzji (dlaczego − o tym za chwilę), choć wierzę, że znajdzie swoich amatorów. W pewnym sensie jest to bowiem różaniec upleciony ze znanych i lubianych motywów filmowych. Prawie dla każdego znajdzie się tu coś… obrzydliwego.

Czytaj dalej Różaniec potworności. [„Zakon Świętej Agaty”, 2018]

Blood is in my eyes and nothing is rhyming. [„Mandy”, 2018]

     Podobnie jak w „The Wicker Man”, Nicolasowi Cage’owi znów przyszło zmagać się z morderczym kultem. Jego bohater dostaje w kość, ale tym razem nie pozostaje nikomu dłużny. Red Miller to bowiem mężczyzna o dzikich popędach i pierwotnym instynkcie, który za zabójstwo ukochanej odegra się nawet osławionym brutalom. Po drodze sporo wycierpi, ale osiągnie swój cel i rozpęta piekło na ziemi. Dźwignią, która wprawi w ruch jatkę, całą machinę szaleństwa, będzie energia id Reda − jego impulsywność, chęć natychmiastowego zaspokojenia animalnych potrzeb… „Mandy” przystrojona została po królewsku − czemu zawdzięczamy poetycką formę jej realizacji − ale przede wszystkim jest to film o przekraczaniu granic zwierzęcości, które tkwią w każdym z nas. Ten prymitywny pierwiastek odkrywa w sobie protagonista grany przez Cage’a − aktora głęboko wierzącego, że to w amoku tkwi metoda na sukces. Panos Cosmatos znów stworzył kawał obłędnego kina niezależnego i uwierzcie − chcecie się z nim zmierzyć.

Mandy2

     Warto zaznaczyć, że „Mandy” nie sprosta wszystkim gustom: przede wszystkim ma łechtać upodobania miłośników groteski. Film miesza ze sobą art house i grindhouse, jednak nawet średnio przytomny widz zauważy, jak bliskie są Cosmatosowi midnight movies. To właśnie pociąg do brutalności, typowej kinu exploitation, odcisnął na „Mandy” wyraźniejsze piętno. Tytułowa bohaterka ginie spalona żywcem, a Red musi się temu przyglądać. Przeprowadzona zostaje specyficzna forma gwałtu. Mężczyzna, jak w horrorach rape and revenge, odnajduje w sobie siłę i wyrusza na polowanie. Kulminacją jego bezkompromisowych łowów będzie walka na piły mechaniczne, a później − mord przy użyciu gołych rąk. „Mandy” to projekt przejaskrawiony, napędzany zarówno patosem, jak i chorym dowcipem. Zajmujący jest absurd, którym Cosmatos operuje z dużą wprawą. Nie tylko utrata wybranki prowokuje w Redzie agresję: błędnie pozostawiony przy życiu brodacz dokonuje też pomsty za ulubioną koszulkę, która w toku gwałtu została porwana. By zwiększyć swoje szanse na efektywną rzeź, samodzielnie odlewa wielki, metalowy topór. „Mandy” to gorączkowy sen każdego fana „seansów o północy”, a zarazem solidne kino autorskie.

Czytaj dalej Blood is in my eyes and nothing is rhyming. [„Mandy”, 2018]