Archiwa tagu: found footage

Haunt-tech, vol. 2. [„Unfriended: Dark Web”, 2018]

     W pierwszym „Unfriended” reżyser gruzińskiego pochodzenia, Levan Gabriadze, zmierzył się z toksycznością mediów społecznościowych. Swoją historię przedstawił za pomocą laptopów, a jej bohaterów poznaliśmy dzięki Skype’owi. Był to film interesujący koncepcyjnie i imponująco skomponowany, ale pozostawał jedynie ciekawostką technologiczną. High-conceptową opowiastkę udało się przekuć na sukces komercyjny i w rezultacie powstał sequel: „Unfriended: Dark Web”. W kontynuacji uwagę poświęcono fenomenom kultury internetowej − zarówno tym niegroźnym, jak i ciut bardziej problematycznym (przez scenariusz przewijają się odwołania do bitcoinów czy zjawiska swattingu). Intryga jest tu zawiła i zwyczajnie ciekawsza niż w prequelu, choć całość bezwstydnie rip-offuje „The Den” Zachary’ego Donohue.

Unfriended2-2

     Matias (Colin Woodell) odpala nowy komputer. Czyści go i dostosowuje do swoich potrzeb. Usuwając ślady po poprzednim użytkowniku, trafia na podejrzane konto facebookowe. Były właściciel laptopa nawiązywał kontakty z wieloma pięknymi dziewczętami i miał więcej niż kilku szemranych klientów, którzy płacili mu grube pieniądze za bliżej nieokreślone usługi. Okazuje się, że komputer połączony jest z deep webem. Matias trafia na folder z niepokojącymi treściami wideo…

Czytaj dalej Haunt-tech, vol. 2. [„Unfriended: Dark Web”, 2018]

Reklamy

Krótka piłka: „Never Hike Alone” [2017]

     „Never Hike Alone” to średniometrażowy spin-off „Piątku, trzynastego”. Reżyser Vincente DiSanti wziął zakurzoną serię na celownik i dzięki pomocy Kickstartera nakręcił fanowski, 50-minutowy slasher. Dobór słów (Kickstarter, film fanowski) mógłby sugerować, że nie warto poświęcić DiSantiemu cennego czasu. Nic bardziej mylnego. W „Never…” nasz stary przyjaciel, Jason Voorhees, wymachuje siekierą z gracją godną 30-paroletniego Kane’a Hoddera. W ostatnim akcie mierzy się nawet z jednym z głównych bohaterów oryginalnego cyklu. Imienia postaci nie wyjawię; napiszę tylko, że DiSantiemu udało się nawiązać współpracę z aktorem, który lata temu brylował w pewnym bardzo lubianym sequelu. „Never Hike Alone” wygląda jak wysokobudżetowy film studyjny, choć w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach kręcony był w lesie przez grupę zapalonych amatorów. Pojawiają się tu odwołania do pierwszych „Piątków”, chwilami pięknie leje się krew, a przede wszystkim sam Jason sprawia wrażenie, jakby dopiero co obudził się z długiej hibernacji. Od DiSantiego, który zagrał zamaskowanego antybohatera, nie da się oderwać oczu. Minusy: „niepełne” i pośpieszne zakończenie, wkurzająco hipsterski protagonista, który przez czterdzieści minut jest w zasadzie jedyną postacią filmu.

     „Never Hike Alone” stanowi odtrutkę na metafikcyjne, kręcone tylko dla zgrywy slashery, jakich wcale ostatnio nie brakuje (I’m lookin’ at you, „Victor Crowley”). Jest w średniometrażówce DiSantiego coś zaskakująco dostojnego. Film był częścią obszernego omówienia ubiegłorocznych horrorów, na jakie zdobyłem się kilka tygodni temu.

     Albert Nowicki – dziennikarz, tłumacz i copywriter, miłośnik kina, zwłaszcza filmowego horroru. Jego teksty pojawiały się między innymi na łamach serwisów Filmweb oraz Movies Room. Blog His Name Is Death prowadzi nieprzerwanie od 2012 roku.

NeverHikeAlone2

06

Hipokryzja w 2D. [„Found Footage 3D”, 2016]

     Grupa filmowców-amatorów realizuje horror utrzymany w stylistyce found footage. Ma on być jednocześnie pierwszym tego typu filmem grozy nakręconym w technice trójwymiarowej. Pomysł, choć pozbawiony sensu, nie jest tak niedorzeczny, jak decyzja o uczynieniu z nawiedzonego domu planu zdjęciowego. Z upływem kolejnych dni absurdy piętrzą się coraz bardziej. Wreszcie członkowie ekipy realizacyjnej zdają sobie sprawę, że sami stali się bohaterami horroru – i to jak najbardziej rzeczywistego.

ff3d 2

     Niektórzy recenzenci chwalą „Found Footage 3D” za umiejętną żonglerkę metafikcją oraz grozą skrytą pod prześmiewczym płaszczykiem, ale prawda jest taka, że autoironia ma tu jedynie przykryć powierzchowny scenariusz, miałką akcję i bezpłciowość postaci. Fabularzysta-debiutant Steven DeGennaro ewidentnie nie umie pisać historii – ciekawych, a nawet jakkolwiek składnych – ale i tak nie jest to najgorszy zarzut, jaki można mu postawić. Przede wszystkim okazuje się DeGennaro wstrętnym hipokrytą. W wywiadzie dla serwisu HorrorNews.net miał powiedzieć, że nadał swojej pierwocinie aspekt trójwymiarowy dla dobra przedstawionej opowieści, a nie marketingu. To wierutna bzdura: bohaterowie filmu już we wstępie deklarują, że „pierwszy found footage 3D” (sic!) nakręcą tylko po to, by skupić na sobie uwagę mediów. Dokładnie to samo zrobił DeGennaro, choć brakuje mu jaj, by przyznać to wprost.

Czytaj dalej Hipokryzja w 2D. [„Found Footage 3D”, 2016]

More trick than treat. [„The Houses October Built 2”, 2017]

     Parę lat temu, finalizując recenzję offowego horroru „The Houses October Built”, pisałem: „Droga do mety sprawia więcej radości niż sam finał filmu, jest doskonale rozplanowana w czasie, zręcznie wyreżyserowana.” Bohaterów swojego debiutu fabularnego reżyser Bobby Roe najpierw przeprawił przez złowieszcze Domy Strachu, a potem, w wielkim finale – UWAGA, SPOILER! – postanowił ich ukatrupić. Zakończenie jeżyło włos na głowie, bo dowodziło tezie, że ciekawość, faktycznie, bywa pierwszym stopniem do piekła. Zaskakiwał jednak fakt, że to tournée po upiornych lunaparkach najbardziej działało na korzyść filmu. W „The Houses October Built” Roe opiewał uroki jesieni, wraz z jej chłodem i pewnym niewymownym zasępieniem. Nie nakręcił arcydzieła, ale horror bystry, odpowiednio mroczny, dyplomatycznie karmiący widzów strachem.

TheHousesOctoberBuilt2-2017-05

     Jakież było moje rozczarowanie, kiedy parę miesięcy temu ogłoszono, że bohaterowie tego nienagannego horroru przywróceni zostaną do życia w sequelu. Roe wykoncypował sobie, że Brandy, Zack i ich towarzysze raz jeszcze wyruszą w trasę po Ameryce – tym razem jako „zmartwychwstali” celebryci. Ich śmierć w pierwszym „The Houses October Built” była upozorowana, a oni sami, dzięki kamerom, które towarzyszyły im w trumnach, stali się gwiazdami YouTube’a. W skrócie: mrożący krew w żyłach finał „Houses…” okazał się bujdą na resorach.

Czytaj dalej More trick than treat. [„The Houses October Built 2”, 2017]

PhoeniX-Files. [„Phoenix Forgotten”, 2017]

     13 marca 1997 roku mieszkańcy Phoenix w Arizonie byli świadkami niewytłumaczalnego zjawiska: niebo zasłonięte zostało przez olbrzymich rozmiarów obiekt latający, równie ciemny jak noc, tlący się błyskiem kilku symetrycznie wobec siebie położonych, nieruchomych świateł. Sceptycy wykluczyli, jakoby nad arizońskimi terenami przelatywał pojazd istot nie z tego świata: źródłem iluminacji mogły być w końcu wojskowe rakiety sygnalizacyjne, a gwiazdy mogły przykryć kłęby chmur. Nastoletni Josh Bishop (Luke Spencer Roberts) jest jedną z tysięcy osób, które gardzą racjonalnymi wyjaśnieniami lokalnych władz. Uzbrojony w kamerę i zdeterminowany, by poznać prawdę na temat sensacyjnego wydarzenia, chłopak postanawia nakręcić amatorski film dokumentalny. Wraz z dwójką towarzyszy wyrusza w głąb pustyni; wierzy, że na górzystych, skalistych powierzchniach uda mu się uchwycić tajemnicze światła, a może nawet dowiedzieć się, czym są.

phoenixforgotten2

     Josh i członkowie jego ekipy nie wracają, oczywiście, z wyprawy na pustkowia, a nagrania przedstawiające ostatnie chwile ich życia po latach odkryte zostają gdzieś w zakurzonym magazynie. Reżyser Justin Barber otwarcie przyznaje, że „Phoenix Forgotten” to horror zrealizowany w tradycji klasycznego „Blair Witch Project”. Gdy wiedźma z Blair straszyła widzów kinowych blisko dwie dekady temu, Barber był jeszcze chłystkiem. Dziś jest doświadczonym twórcą efektów specjalnych, grafikiem, operatorem zdjęć oraz mistrzem oświetlenia. Powstały w konwencji znalezionych taśm „Phoenix Forgotten” stanowi właściwy debiut reżyserski artysty z Arizony i od razu ściąga na niego uwagę. Film Barbera nie rewitalizuje w pełni podgatunku found footage – zdaniem mas chylącego się już ku upadkowi, choć i bez tego atutu zasługuje na pochwałę. Wszystko za sprawą spielbergowskiego podejścia Barbera do obowiązków reżysera.

Czytaj dalej PhoeniX-Files. [„Phoenix Forgotten”, 2017]

Dwója! Lufa! Zero! [„The Final Project”, 2016]

     W niewielkiej mieścinie na krańcu Luizjany znajduje się rzekomo nawiedzony dom, słynny na cały stan. Posiadłość stoi na gruncie dawnej plantacji, która – według legend – była milczącym świadkiem okrucieństw wojny secesyjnej. Posępna atmosfera miejsca budzącego postrach wśród okolicznych wieśniaczków ucieszy szóstkę irytujących studentów. Młodzi, by zdać zajęcia filmowe, muszą nakręcić inspirujący dokument. W domu, w którym przed laty brutalnie wymordowano ponoć oddział konfederatów, bohaterowie widzą plan zdjęciowy.

thefinalproject1

     „The Final Project” – jeszcze jeden rip-off kultowego „Blair Witch Project” – powstał z inicjatywy byłego korposzczura. Pochodzący z Church Point Taylor Ri’chard nie powinien nazywać się reżyserem, choć porzucił pracę w korporacji, by dogonić marzenia o błysku fleszy i powszechnym uznaniu. Ani popularność, ani tym bardziej sukces artystyczny mu nie grożą: jego debiutancki film niepowszechnie uchodzi za jeden z największych gniotów dobiegającego końca roku.

Czytaj dalej Dwója! Lufa! Zero! [„The Final Project”, 2016]