Archiwa tagu: gore

Jak Feniks z koszmarów. [„Koszmar z ulicy Wiązów 4: Władca snów”, 1988]

     Kristen (Tuesday Knight), Kincaid (Ken Sagoes) i Joey (Rodney Eastman) dokonali niemożliwego: udało im się unicestwić demonicznego Freddy’ego Kruegera (Robert Englund) oraz przywrócić porządek na ulicy Wiązów. Gdy jednak sny zamieszkujących Springwood nastolatków zaczyna nawiedzać upiór w przybrudzonym swetrze i przetartym kapeluszu, heroizm tercetu zostaje poddany w wątpliwość. Kristen i jej koledzy powracają do nie tak starych nawyków: by nie zasnąć, łykają bogate w kofeinę napoje, znajdują nocne hobby. Potęga płonącego w piekle Freddy’ego rośnie jednak wraz z bezsiłą dusz jego ofiar, a tych łajdak zgromadził już wiele. Powrót mordercy ze świata snów inicjuje kolejną rzeź. W niebezpieczeństwie znajduje się grupa licealistów, z przyjaciółką Kristen – Alice (Lisa Wilcox) – na czele.

koszmar4-3-kristen-freddy

     „Koszmar z ulicy Wiązów 4: Władcę snów” wyreżyserowano wówczas, gdy popularność Freddy’ego Kruegera sięgnęła zenitu. Englund, wracając pamięcią do wydarzeń z planu zdjęciowego filmu, wspomina rozgorączkowanych fanów, otaczających jego campera. Na realizację „The Dream Master” studio New Line Cinema wyłożyło większe pieniądze niż rok czy trzy lata wcześniej, kręcąc poprzednie sequele „Koszmaru”. Krueger jawi się w tej wyjątkowej kontynuacji jak superbohater – nawet, jeśli z bohaterstwem nic go nie łączy. Powrót Freda z krótkiego urlopu w piekle to tak naprawdę jego wielkie wejście do panteonu najważniejszych zbrodniarzy kina. Kalecząc i szlachtując małolatów, Krueger wyciął sobie drogę do świątyni filmowych czarnych charakterów.

Czytaj dalej Jak Feniks z koszmarów. [„Koszmar z ulicy Wiązów 4: Władca snów”, 1988]

„Sleep. Those little slices of Death…” [„Koszmar z ulicy Wiązów 3: Wojownicy snów”, 1987]

     Gdy jesienią 1985 roku „Koszmar z ulicy Wiązów 2” zebrał mierne recenzje i podzielił widzów, studio New Line Cinema za cel postawiło sobie opracowanie następnej, lepszej kontynuacji. Freddy Krueger w ekspresowym tempie stał się kultowym antybohaterem, a nawet ikoną popkultury. Pierwszy draft „Koszmaru z ulicy Wiązów 3: Wojowników snów” napisał Wes Craven, ojciec serii. Craven również widział w „dwójce” fiasko, a horrorowy cykl chciał tak naprawdę zamknąć w ramach trylogii – chciał niejako odbudować straty wynikłe z chwiejnej reżyserii poprzedniej odsłony oraz przywrócić dobre imię własnej sadze. Osobiście nie widzę w „Zemście Freddy’ego” tworu tak haniebnego, jakim się go określa; co więcej, dostrzegam w owym projekcie horror koncepcyjnie frapujący. „Wojowników snów” również kręcono w oparciu o interesujące idee, finalnie realizując najbardziej fantazyjny film z serii.

anoes3-2

     Mija sześć lat od wydarzeń przedstawionych w pierwszym „Koszmarze…”. Ofiarą Freddy’ego Kruegera (Robert Englund) – mordercy ze świata snów, mszczącego się za wyrządzone mu krzywdy – padła znakomita większość zamieszkujących ulicę Wiązów nastolatków. Kristen Parker (Patricia Arquette), licealistka z problemami emocjonalnymi, trafia do szpitala psychiatrycznego, gdy jej sen kończy się podcięciem nadgarstków – w istocie realnym atakiem Freddy’ego. W klinice dziewczyna poznaje szóstkę innych małolatów: wszystkim w nocnym majakach objawia się to samo straszydło z wyposażoną w brzytwy rękawicą. Doktor Neil Gordon (Craig Wasson) gorliwe młodzieńcze lęki stara się ugasić przy pomocy grupowej psychoterapii. Gdy jego metody leczenia nie przynoszą rezultatów, z odsieczą przychodzi mu Nancy Thompson (Heather Langenkamp), która nie tak dawno temu sama zmagała się z zaburzeniami snu, a przede wszystkim z nawiedzającym ją nocą upiorem.

Czytaj dalej „Sleep. Those little slices of Death…” [„Koszmar z ulicy Wiązów 3: Wojownicy snów”, 1987]

Nie śpij, walcz! [„Koszmar z ulicy Wiązów”, 1984]

     Choć trudno w to uwierzyć, w pierwszym „Koszmarze z ulicy Wiązów” obdarowano Freddy’ego Kruegera zaledwie siedmioma minutami czasu ekranowego. Jeden z najbardziej przerażających filmowych morderców, a zarazem symbol i chluba amerykańskiego kina grozy w klasyku Wesa Cravena z 1984 roku gra rolę zgoła drugoplanową. Wiąże się z tym kuriozum pewien paradoks, bo, mimo ograniczonego udziału w procesie zajść wewnątrzkadrowych, Krueger wywiera olbrzymi wpływ na całokształt projektu. Bez morderczych mrzonek oraz widma najsłynniejszego upiora X muzy „Koszmar…” mógłby nie nabrać kształtu intrygującej metafory nastoletnich lęków i udręk, a odarty z występu Roberta Englunda mógłby nie urosnąć do rangi horroru wszech czasów. Współpraca Englund-Craven napędza siłę artystyczną projektu.

anoes4

     Piętnastoletnią Tinę Gray (Amanda Wyss) prześladują senne mary. W koszmarach objawia się jej plugawy mężczyzna w czerwono-zielonym swetrze i przybrudzonym kapeluszu, z okropnie poparzoną twarzą. Jego dłoń przyozdabiają piekielnie ostre brzytwy, przytwierdzone niczym szpony do skórzanej rękawicy. Tina opowiada o swych snach grupie bliskich przyjaciół, a kilka godzin później umiera we własnym łóżku, w niejasnych okolicznościach. Zagadka śmierci dziewczyny jeży włos na głowie Nancy (Heather Langenkamp), której w nocnych majakach ukazuje się to samo straszydło. Koszmary Nancy z niepokojących przeobrażają się w niebezpieczne; nabierają nieziemskiego realizmu. By rozwikłać zagadkę wstrząsającego ulicą Wiązów horroru, bohaterka będzie musiała przyzwyczaić się do gorzkiego posmaku ożywiającej kofeiny.

Czytaj dalej Nie śpij, walcz! [„Koszmar z ulicy Wiązów”, 1984]

Wzgórza nie mają polotu. [„Killbillies” aka „Idila”, 2015]

     Z cyklu „film, który chciałbym ocenić wyżej, a nie mogę”: „Killbillies” w reżyserii Tomaža Gorkiča, jeden z pierwszych słoweńskich horrorów. Opowieść o śródleśnej sesji fotograficznej, mającej przeobrazić się w koszmarny sen mieszczucha.

idila03

     Scenariusza praktycznie tu nie ma; odnieść można wrażenie, że Gorkič i członkowie jego ekipy kręcili „Killbillies” w oparciu o umiejętności improwizacyjne. Film uszyto z najbardziej oczywistych klisz, co gorsza takich, które nieznane są naiwnym postaciom. Gdy pośrodku głuszy żwawym krokiem człapią w stronę bohaterów zdeformowane leśne pokraki, u nikogo nie zapala się czerwona lampka ostrzegawcza. W konsekwencji miastowi głupcy trafiają pod ostrze wieśniackiej siekiery. W głowie reżysera świtają dwa hasła: masakra i kanibalizm. Nieszczęsne ofiary, w tym twardzielka Zina (Nina Ivanisin), jakimś cudem nigdy nie widziały jednak klasyków Cravena i Hoopera.

Czytaj dalej Wzgórza nie mają polotu. [„Killbillies” aka „Idila”, 2015]

Rozmiar ma znaczenie. [„SiREN”, 2016]

     „Żaden facet nie potrafi jej się oprzeć. Każdy powinien”. Slogan reklamujący nowy horror Gregga Bishopa, „SiREN”, wyraźnie daje widzom znać, że obejrzą film o naturze feministycznej. Lilith (Hannah Fierman), przedwieczna demonica uwodząca mężczyzn i wyżerająca z nich życie, to postać silna, zaskakująco nakreślona. Scena gwałtu z jej udziałem przybiera nieoczekiwany obrót; dowodzi wyobraźni, spaczonemu poczuciu humoru, a nawet otwartości umysłowej duetu fabularzystów. Niedaleko jednak ponoszą twórców „SiREN” skrzydła fantazji – głównie dlatego, że ogranicza ich materiał wyjściowy, a więc składający się na antologię „V/H/S” (2012) segment „Amateur Night”, na którym pełny metraż oparto.

siren01.jpg

     Bishop i członkowie jego brygady nie trzymają się oryginału zbyt kurczowo: ich reboot to projekt równie dynamiczny jak kultowy już short, choć znacznie mniej lapidarny. „SiREN”, ponieważ jest filmem-odwołaniem, pozostaje horrorem przewidywalnym. Jego finał odgadnie każdy, kto uważnie obejrzał „V/H/S”. Ujawnia się tu efemeryczny czar nowelki „Amateur Night”, która – bardzo kolokwialne rzecz ujmując – zrobiła swoje i pozamiatała konkurencję, zapewniła oglądającemu mindfuck czachy, zostawiając go z mózgiem wypływającym przez ucho. Filmowi Gregga Bishopa nie zapewniono przyciągającej osobliwości. Już na etapie zarodkowym odebrano mu szansę na sukces, kręcąc go jako nudniejszą, rozwleczoną wersję krótkometrażowego oryginału.

Czytaj dalej Rozmiar ma znaczenie. [„SiREN”, 2016]

W prostocie siła [„Fender Bender”, 2016]

     Zbyt wiele współczesnych horrorów kręconych jest w oparciu o scenariusze o charakterze metafikcyjnym. I choć metafikcja potrafi film uskrzydlić (patrz „The Town That Dreaded Sundown”), bywa też solą w oku widza liczącego na kontakt z kinem prostolinijnym i nieskomplikowanym. Takimi były straszaki sprzed trzydziestu lat. „Piątki, trzynastego” czy „Uśpione obozy” miały jasno wyznaczone cele, były do bólu przewidywalne – w najlepszym tych słów ujęciu. Repliką ich uroczego pragmatyzmu postanowiła zająć się stacja Chiller, odpowiedzialna za produkcję zaskakująco dobrego serialu „Slasher”. Wspólnie z reżyserem Markiem Pavią oraz zarządcami firmy Shout! Factory telewizyjni producenci dali życie jednemu z lepszych tegorocznych filmów grozy. „Fender Bender”, o którym mowa, to relikt złotej ery kina spod znaku maski i piły łańcuchowej.

fenderbender3

     Nowy Meksyk. Nastoletnia Hilary (Makenzie Vega) dowiaduje się, że ukochany zdradza ją z przypadkową siksą. Wracając do domu, wzburzona i zdezorientowana ulega wypadkowi samochodowemu. Niegroźna kolizja, choć nie staje się przyczyną uszczerbku na zdrowiu, może ponieść za sobą okropne konsekwencje: stłuczeniu ulega auto należące do matki Hilary, „pożyczone” bez pytania. Dziewczyna nie jest świadoma, że kraksa była z góry zaplanowana, a jej uczestnik to niezrównoważony psychopata (Bill Sage); instynktownie podaje więc nieznajomemu swoje dane kontaktowe, w tym adres zamieszkania. Rodzice uziemiają krnąbrną małolatę na cały weekend, a sami wyjeżdżają poza miasto. Wizytę złoży Hilary nieproszony gość.

Czytaj dalej W prostocie siła [„Fender Bender”, 2016]