Archiwa tagu: gore

Nonsense nuns. [„Herezja”, 2018]

     Jeżeli film dłuży się i przeciąga przy zaledwie osiemdziesięciu minutach, można śmiało mówić o porażce reżysera. Czasem zdarza się, że reżyser stawiający pierwsze kroki w swoim fachu kręci straszliwego gniota, a potem odbudowuje swój wizerunek w oczach widzów. U Paula Hyetta sprawa wygląda trochę inaczej: jego poprzedni horror, „Howl”, okazał się całkiem strawny, a nowsza „Herezja” wywołuję masę negatywnych odczuć. Warto przy tym wspomnieć, że począwszy od drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych pracuje Hyett jako charakteryzator i specjalista od FX. Branżowe doświadczenie nie nauczyło go chyba zbyt wiele: „Herezja” to film nieudolny, amatorski i ślamazarny, a przy tym okraszony chyba najszpetniejszymi efektami specjalnymi, jakie dane mi było zobaczyć od kilku dobrych miesięcy.

Herezja4

     Akcja „Herezji” toczy się w siedemnastowiecznej Anglii. Podejrzana o kontakt z diabłem Persefona (Hannah Arterton) ma zostać stracona na stosie, ale zostaje zbawiona przez tajemniczą Matkę Przełożoną (Clare Higgins). Ta zabiera dziewczynę do swego zakonu i zapoznaje ją z grupą upadłych grzesznic. Mniszki mają na nowo odnaleźć w sobie sprzymierzenie z Bogiem, co wcale nie jest łatwe: ich wybawicielka wykazuje skłonność do sadyzmu. Persefonie zaczyna objawiać się tragicznie zmarła matka. Czy w kamiennym klasztorze kryją się demony?

Czytaj dalej Nonsense nuns. [„Herezja”, 2018]

Reklamy

Miau-miau, kot na schwał. [„Cat Sick Blues”, 2015]

     W okresie żałoby ludzie radzą sobie z bólem na różne sposoby. Rzadko jednak zdarza się, by przywdziewali maskę obłąkanego zabójcy i karali innych za ich szczęście. To metoda terapii, na jaką zdobywa się Ted Henson (Matthew C. Vaughan) − bohater australijskiego shockera „Cat Sick Blues”, opartego na krótkim metrażu z 2013 roku. Mężczyzna traci nie tylko ukochanego kota, ale też rozum. Wierzy, że pupil odżyje, gdy tylko poświęconych zostanie mu dziewięć niewinnych ofiar. Rozpoczyna się krwawe polowanie.

CatSickBlues2

     Pochodzący z Melbourne reżyser Dave Jackson przygląda się w swym filmie bardzo specyficznej psychozie. Ted to bowiem facet, który głęboko wierzy we wszystkie absurdy, jakie roją się w jego głowie. Zabija wyłącznie kobiety, niekiedy w erotycznych okolicznościach, ale nie widzi w sobie perwersyjnego zboczeńca. Jest święcie przekonany, że siejąc postrach w kociej, lateksowej masce da swemu zwierzakowi „dziesiąte życie”. Dłoń przystraja w wykonaną na zamówienie rękawicę, imitującą szpony, a biodra oplata pasem z doczepionym, zaostrzonym na obrzeżach dildo. Gdy zakrada się do mieszkań swoich ofiar, pojękuje i mruczy w felinicznym języku. To obsesyjno-kompulsywny morderca, zdominowany przez natręctwa seksualne, przypominający na równi Normana Batesa oraz Franka Zito z pamiętnie plugawego horroru „Maniak”. Trudno o bardziej przerażającego kociarza − chyba tylko pan Prezes przerasta Hensona w tej rywalizacji.

Czytaj dalej Miau-miau, kot na schwał. [„Cat Sick Blues”, 2015]

Gorefest dla koneserów. [„Monster Party”, 2018]

     Trzej młodzi kryminaliści szukają okazji do szybkiego zarobku. Casper (Sam Strike) musi spłacić dług u niebezpiecznego gangstera, a Iris i Dodge (Virginia Gardner, Brandon Michael Hall) spodziewają się potomka. Gdy pojawia się perspektywa pracy u bogatej rodziny z Malibu, młodzi nie zastanawiają się ani przez chwilę i w mig planują rabunek. Dawsonowie urządzają luksusowe przyjęcie, na którym pojawi się grupa dobrze sytuowanych przyjaciół domu. Do obsługi przyda się każda dodatkowa ręka, a że w toku kolejnych zdarzeń może ona zostać ucięta – to już inna sprawa.

Monster Party 01

     Heistowy horror „Monster Party” miał premierę na jesieni ubiegłego roku, ale przez kina i serwisy VOD przemknął raczej niezauważony. Być może stoi za tym fakt, że film nakręcił niejaki Chris von Hoffmann – czyli koleś, który parę lat temu wydał na świat beznadziejny postapo-splatter „Drifter”. Był to groteskowy rip-off znacznie lepszych tytułów, do tego nudny, co okazało się niedopuszczalnym błędem, bo korzystał reżyser ze stylistyki grindhouse’u. Von Hoffmann dojrzał jako reżyser, a na polu kina niezależnego zyskał mocną pozycję. „Monster Party” jest bowiem solidnym lo-fi movie: niedostatki budżetowe obracającym w złoto, samoświadomym i autoreferencyjnym. Jeśli potraficie obejrzeć tani horror bez spiny, a w obciętej dłoni ze sklepu z halloweenowym badziewiem umiecie dostrzec święty ornament, śmiało możecie wbijać na tę imprezę.

Czytaj dalej Gorefest dla koneserów. [„Monster Party”, 2018]

„The land is sour”. [„Smętarz dla zwierzaków”, 2019]

     W fikcyjnym świecie Stephena Kinga rodzina niemal zawsze wystawiana jest na straszliwą próbę − wystarczy wspomnieć „Lśnienie” i pchniętego prosto w objęcia obłędu Jacka Torrance’a. Przetestowane zostają też więzi łączące Creedów − bohaterów klasycznej powieści „Smętarz dla zwierzaków”, zekranizowanej już zresztą trzydzieści lat temu. Pierwsza adaptacja ogniskowała się wokół takich tematów, jak żałoba i wewnętrzne spustoszenie, nie szczędząc przy tym widoku rozlanej krwi. Gdy pojawiły się informacje, że historię odświeży duet Kevin Kölsch-Dennis Widmyer, fani horroru mogli odetchnąć z ulgą: ich opus magnum „Starry Eyes” to przecież hołd dla Lyncha i Polańskiego, dzieło posiłkujące się najlepszymi wzorcami. „Gwiazdy w oczach” były filmem głębszym, a na pewno osobistym − nowy „Smętarz…” ma urok hollywoodzkiego bestselleru, a w głosie jego reżyserów pobrzmiewa niezadowolony ton. Wolałbym obejrzeć „Pet Sematary” jako produkcję offową, bez znanych nazwisk, niekreśloną od przysłowiowej linijki. Z wersji, jaką otrzymaliśmy, nie jestem szczególnie zadowolony.

Smetarz2019-1

     Nowa adaptacja jest zbyt dosłowna, jak brzytwy chwyta się słów z książkowego pierwowzoru. Po wyprowadzce z Bostonu doktor Louis Creed (Jason Clarke) robi, co w jego mocy, by spędzić więcej czasu ze swoją rodziną. Gdy jej członkowie zaczynają ginąć lub gasnąć pod ciężarem osobistych tragedii, mężczyzna naciska dalej: wykopuje zwłoki córki i przywraca im życie przy pomocy antycznej klątwy, konfrontuje pogrążoną w bólu małżonkę z demonicznym zombie… Decyzje Louisa są krótkowzroczne, mają świadczyć o niepohamowanym egoizmie. To już drugi raz, kiedy główny bohater przedstawiony zostaje w „Smętarzu dla zwierzaków” negatywnie. W ekranizacji z 1989 roku był nieco oschłym ojcem, a w tej nowszej pozuje na desperata, którego głupocie trudno przyklaskiwać. W niczym nie pomaga kreacja Clarke’a − jeszcze bardziej bezpłciowa niż ta Dale’a Midkiffa sprzed trzydziestu lat.

Czytaj dalej „The land is sour”. [„Smętarz dla zwierzaków”, 2019]

Cmentarz pogrzebanych nadziei. [„Smętarz dla zwierzaków II”, 1992]

     Witajcie w świecie, w którym bohaterowie bez zastanowienia mijają tabliczki z napisem wstęp wzbroniony i szlajają się po najupiorniejszych zakamarkach miasta, jakby nigdy nic – widzimy się w nim już po raz drugi. Po zaskakującym sukcesie „Smętarza dla zwierzaków” Paramount zlecił realizację sequela. Na stanowisko reżyserskie powróciła Mary Lambert, ale efekt jej pracy okazał się mniej zadowalający – do tego stopnia, że Stephen King całkowicie odciął się od filmu i nie chciał być z nim wiązany. Tam, gdzie pierwszy „Smętarz…” miał straszyć i niepokoić, kontynuacja próbuje obrzydzać. „Dwójka” z reguły bywa słabsza od oryginału i w tym przypadku schemat się sprawdza: to horror pełen przemocy, za to pozbawiony poezji.

PetSematary2-01

     Rolę przodującą powierzono nastoletniemu Edwardowi Furlongowi, który dopiero co debiutował w „Terminatorze 2: Dniu sądu”. Jego Jeff Matthews przenosi się ze słonecznego L.A. do skąpanego w smutku Ludlow – oczywiście w stanie Maine. Matka bohatera, popularna aktorka, zginęła na planie zdjęciowym nowego filmu grozy i Matthewsowie próbują rozpocząć wszystko od nowa. Ojciec-weterynarz otwiera klinikę dla czworonogów, a Jeff musi odpierać ataki szkolnych oprychów. Kiedy dowiaduje się o indiańskim cmentarzysku, gdzie pochowane ciała wracają do życia, w jego głowie roi się rozpaczliwy plan.

Czytaj dalej Cmentarz pogrzebanych nadziei. [„Smętarz dla zwierzaków II”, 1992]

Little pigs, little pigs. [„The Haunting of Sharon Tate”, 2019]

     W rozmowie z dziennikarzem Dickiem Kleinerem aktorka Sharon Tate miała opowiadać o niepokojącym śnie, który wzburzył jej wewnętrzny spokój. Nie były to zwykłe nocne fantazje, a krwawy koszmar, w którym do domu kobiety wkracza nieproszony gość, by potem poderżnąć gardło jej i Jayowi Sebringowi. Przez lata spekulowano, czy wywiad był sfabrykowany. Jeśli jednak nie jest tylko miejską legendą, aż ciarki przechodzą po plecach. Historia brutalnego morderstwa z 1969 roku znana jest chyba wszystkim. Proroczy sen Tate zaintrygował Daniela Farrandsa − scenarzystę „Halloween 6: Przekleństwa Michaela Myersa”, reżysera między innymi „The Amityville Murders”. Jego nowa fabuła, „The Haunting of Sharon Tate”, może nie zasili grona najbardziej taktownych filmów w historii, ale wzbudza silne emocje, a niekiedy wręcz szokuje.

Tate4

     „The Haunting…” niewiele ma wspólnego z kinem biograficznym − to obraz w znacznej mierze fikcyjny, co podpowiada już sam tytuł. Sharon Tate grana jest przez Hilary Duff, w przeszłości silnie związaną z fabryką Disneya. Przyglądaliśmy się już podobnym metamorfozom: Zac Efron wcielił się w Teda Bundy’ego w „Podłym, okrutnym, złym”, a Ross Lynch wystąpił w „Moim przyjacielu Dahmerze”. Duff nie tylko dobrze odczytuje emocje Tate, ale też bardzo ją przypomina. Jej kreacja jest pełna pasji i charakterystycznego dla zmarłej gwiazdy glamouru. Wiarygodnie wypada Duff w starciu z obezwładniającą paranoją: w historii Farrandsa Tate co noc śni o spotkaniu z Charlesem Mansonem i członkami jego sekty. Bliscy podejrzewają, że kobieta popadła w obłęd, ona zaś wierzy, że knują coś przeciw niej, czyhają na jej życie. W „The Haunting of Sharon Tate” tytułowa protagonistka staje się nieomal bohaterką „Dziecka Rosemary” lub „Wstrętu”, przeniesioną w świat rzeczywisty.

Czytaj dalej Little pigs, little pigs. [„The Haunting of Sharon Tate”, 2019]