Archiwa tagu: gore

Dobre złego początki, czyli geneza przekleństwa Tobe’a Hoopera

     „Zjedzeni żywcem” to film nieszczęsny. Zaledwie drugi w dorobku twórczym niemniej feralnego Tobe’a Hoopera, nie miał szans na zyskanie takiego poklasku jak młodszy o trzy lata kinowy debiut reżysera, „Teksańska masakra piłą mechaniczną”. Oba te tytuły są jak niebo i ziemia – masakra w Teksasie wznosiła się na nieznane dotąd widzom terytoria orzeźwienia i pierwszorzędnej grozy, od lat niespotykanych w gatunku horroru, natomiast kolejną swoją fabułą Hooper wykazał się przyziemnością i wątpliwym zasobem ambicji. Na całe szczęście nie można uznać „Zjedzonych żywcem” za tani straszak i beznadziejny gniot; jest to całkiem przystępne rzemiosło.

     Początek filmu wzbudza oczywiste skojarzenia z hitchcockowską „Psychozą, chociaż nie przyprawia o ten sam mroźny dreszcz emocji, co klasyczny thriller. Atrakcyjna i strudzona życiem młoda prostytutka zostaje wyrzucona z domu uciech cielesnych, gwarantującym jej dach nad głową. Trafiwszy do obskurnego, otoczonego lasem hoteliku na bagnach, nawet nie spodziewa się, że będzie musiała skonfrontować się z jego właścicielem-mordercą. W pensjonacie mizerniejszej wersji Normana Batesa zjawia się szereg innych gości. Wszyscy, bez wyjątku, przerysowani są bardziej niż przyjaciele gospodyń domowych z ulubionych soap oper. Najbardziej bawią jednak intencje psychopatycznego hotelarza, który prowadzi swój bagienny interes, by… dokarmiać pupila w postaci krokodyla nilowego.

Czytaj dalej Dobre złego początki, czyli geneza przekleństwa Tobe’a Hoopera

Piekielnie typowy sequel

     Clive’a Barkera nigdy za wiele – jak się okazuje, w każdej postaci. Pisarz grozy, po którego literaturę sięgają fani makabry dookoła świata, udowodnił, że jest równie utalentowanym autorem, co i sprawnym filmowcem, a nawet game designerem. Artysta fantastyczny, w każdym znaczeniu. Funkcja Anglika przy realizacji „Wysłannika piekieł 2” jest mocno zawężona (powierzono mu produkcję wykonawczą); wielka to szkoda, że współczesny mistrz horroru zaledwie maczał przy tym sequelu palce.

     Obraz zaczyna najlepsze ujęcie z oryginału „Hellraisera”, właśnie reżyserowanego przez Clive’a Barkera: częściowo porozrywany hakami, zawieszony na łańcuchach mężczyzna w ekstazie oblizuje zdeformowane usta i jęczy „Jesus wept” (Jezus zapłakał). Tony Randel przywraca w „Wysłaniku piekieł 2” tę straszliwą poezję, ale tylko częściowo. Na pewno zaś nie podołał uczynieniu z drugiej części cyklu o Cenobitach dzieła równie harmonijnego jak barkerowski klasyk.

Czytaj dalej Piekielnie typowy sequel

Z sercem do bebechów

     Zaczęło się w połowie lat dziewięćdziesiątych. Krzyk  Wesa Cravena wyraźnie inspirowany był popularnymi slasherami sprzed dekady. Początek nowego milenium spłynął falą ponownego natchnienia wśród adeptów filmowej grozy, którzy tchnęli w gatunek horroru nowe życie. Za wzorzec posłużyły uznane w latach 70. splattery i projekty z nurtu exploitation. Pomiędzy wieloma lepszymi i gorszymi remake’ami (Teksańska masakra piłą mechaniczną, Wzgórza mają oczy) ukazały się liczne produkcje oryginalne, w tym Droga bez powrotu  Roba Schmidta – dość mierne filmidło na jeden seans, regularnie i zasłużenie pomiatane przez krytykę jako niezborna kombinacja dwóch wymienionych powyżej tytułów. Śmieszne wydawały się informacje o realizacji sequela tego straszaka, które pojawiły się na kilka lat po jego premierze, tym bardziej, że kontynuację szykowano wyłącznie na rynek DVD. Jesienią 2007 roku Droga bez powrotu 2 okazała się przyjemną niespodzianką.

     W zastępstwie za nijakich bohaterów prequelu, którzy dokonując tytułowego złego skrętu zboczyli z zakorkowanej drogi i skazali się na śmierć z rąk zmutowanych genetycznie kanibali okupujących lasy Zachodniej Wirginii, mamy tu ekipę telewizyjną kręcącą program typu reality show na wzór kultowego Survivor. Zadaniem jej członków jest przetrwać w dziczy za wszelką cenę. Gdy już okazuje się, że są oni narażeni nie tylko na jedzenie robaków i mniejszych zwierząt przed kamerą, ale też sami stają się obiektem łowów, mało kto wykazuje wystarczająco wysoką wolę przetrwania, a wegetarianka ze skłonnością do autoagresji i melancholii (w tej roli Erica Leerhsen) okazuje się twardsza niż krzykliwy eks-komandos (Henry Rollins). Ironia sama w sobie.

Czytaj dalej Z sercem do bebechów

Półtorej godziny piekielnej gehenny

     W sztuce filmowej tandeta przewija się regularnie i obficie. Stany Zjednoczone wydały Eda Wooda i jego latające na sznurkach talerze, Niemcy – Uwe „Nie jestem, @#!%$, debilem” Bolla, z zamiłowaniem brukającego gry komputerowe swoimi ekranizacjami i zbierającego Złotego Maliny. To Włochy są jednak kolebką kiczu i złego smaku. Żadna nacja nie może „pochwalić się” przynależnością etniczną tylu beznadziejnych filmowców. Choć niezrównany w swojej okropności pozostaje Bruno Mattei (Szczury: Noc grozy , Strike Commando), bliski uzyskania tytułu twórcy fatalnego jest także Lucio Fulci.

     Fulci, zwany często „ojcem chrzestnym gore”, zaliczany jest w poczet wpływowych i prominentnych reżyserów włoskich, kreatorów klasycznych horrorów. Stawiany obok błyskotliwego artysty jak Dario Argento czy pojętnego rzemieślnika Mario Bavy, wypada jednak niezmiernie słabo, jako że jego projektom brakuje wszystkiego tego, z czego słyną horrory wyżej wymienionych, przede wszystkim minimum konotacji.

Czytaj dalej Półtorej godziny piekielnej gehenny

Ale to już było…

     Kiedy film rozpoczynają przydługie ujęcia ogromnych leśnych obszarów, istnieją spore szanse, że oglądamy obraz z nurtu „backwoods horror” – opowieść grozy (choć to często zbyt duże słowo), rozgrywającą się w lesistych ostępach, z dala od cywilizacji. Trzy dekady temu powstawały ambitniejsze pozycje z tego rozkwitającego wówczas podgatunku, dziś slasher w głuszy najczęściej oznacza kino najniższych lotów. Żałuję, że majestatyczne kadry prowincji australijskiej Wiktorii, którymi zainicjował swój film Jamie Blanks, nie wznieciły we mnie takich przewidywań w ciągu pierwszych minut Przed burzą.

     Bohaterami filmu są europejscy yuppies, zwiedzający Australię według bardzo dziwnego przewodnika turystycznego. Wziętego adwokata i subtelną artystkę poznajemy, gdy wybierają się w podróż niewielką łódką. Zaskoczeni przez morską burzę, dryfują aż na odludną wyspę, gdzie są świadkami pobicia i potencjalnego zabójstwa. W poszukiwaniu pomocy, z trudem udaje im się odnaleźć zapuszczone gospodarstwo, w którym nie spotykają jednak mieszkańców. Ci jednak, niestety, spotykają po pewnym czasie intruzów.

Czytaj dalej Ale to już było…

Są dni warte zapomnienia…

     Hordy zombie z typową dla siebie niezgrabnością i otępieniem przemierzają już wszelkie zakątki świata. Glob zdaje się należeć do nich, lecz grupy ocalałych ludzi nadal ukrywają się, gdzie tylko mogą. Naukowcy i członkowie wojsk, chroniąc się w przebudowanej kopalni na Florydzie, próbują znaleźć metodę na powstrzymanie inwazji nieumarłych. W tym celu eksperymentują także na schwytanych żywych trupach. Czy można uniknąć całkowitego spustoszenia?

     Po nocy przychodzi poranek, po poranku – dzień. Niezłomne prawo chronologii. W świecie filmu jest już trudniej. Rewelacyjna „Noc żywych trupów” pociągnęła za sobą wprawdzie popisową kontynuację w postaci Świtu żywych trupów”, jednak już drugi jej sequel okazał się niemiłą niespodzianką. Winą na pewno nie obarczymy za to zawsze świetnego i rzetelnego George’a A. Romero.

Czytaj dalej Są dni warte zapomnienia…