Archiwa tagu: gotyk

„Ciemność, widzę ciemność!”

            Gejowski horror. Dla przeciętnego odbiorcy to temat zupełnie abstrakcyjny lub nawet surrealny, dla widza ciut bardziej doświadczonego – co najmniej kontrowersyjny (toć to nienaturalne, by fallus wyparł cycki!). Mimo głęboko undergroundowego statusu, poruszające tematykę LGBT kino grozy ma się nie najgorzej, a niezwiązani z głównym nurtem filmowym artyści jakoś je przędą. W ciągu ostatniego dziesięciolecia podgatunek queer horroru wyszedł z szafy i zajął ważne miejsce na festiwalach filmu niezależnego. Czy to dobrze? Z punktu widzenia równouprawnienia z pewnością tak. Szkoda jedynie, że niemała ilość kręconych z myślą o homoseksualnej widowni straszaków bardziej niż treścią przeraża jakością wykonania.

kissingdarkness2

     A przecież w zamierzchłych latach 80. lub nawet w ciągu pierwszej dekady bieżącego wieku powstało sporo popisowych projektów podgatunkowych. Wystarczy tu wspomnieć pełne maestrii filmowe poematy, „Zagadkę nieśmiertelności” i „Czwartego człowieka”, czy ujmujący swą osobliwością slasher „Hellbent”. Oglądając komediowo-thrillerowe tutti frutti „Kissing Darkness”, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że reżyser i scenarzysta James Townsend nigdy nie zetknął się z żadnym z wymienionych tytułów.

Czytaj dalej „Ciemność, widzę ciemność!”

Reklamy

„Sure is a funky old house, ain’t it?”

            Stare horrory od zawsze przykuwały uwagę hollywoodzkich wyjadaczy, a nowe wersje znanych filmów grozy kręcono już w latach pięćdziesiątych. Jednak to u progu nowego milenium wybuchł boom na remake’i. Protoplastą znanego dziś aż za dobrze zabiegu adaptowania wizji innych twórców był William Malone, który jesienią 1999 roku wydał swój najpopularniejszy film, „Dom na Przeklętym Wzgórzu”.

hohh

     „Dom…” zapożycza elementy fabuły ze słynnego horroru Williama Castle’a o tym samym tytule, choć cała historia ulega zmianom. Oto ekscentryczny miliarder Steven Price (Geoffrey Rush) decyduje się urządzić przyjęcie-niespodziankę dla swojej kapryśnej małżonki (Famke Janssen). Miejscem imprezy zostaje położony przy nadmorskim wzniesieniu budynek, który siedemdziesiąt lat temu służył za mordownię, pozorowaną na szpital psychiatryczny. Bankiet przewiduje grę o grube pieniądze, w której udział weźmie piątka nieznanych sobie śmiałków – wszystko ku uciesze bogaczy. Radość uczestników przyjęcia trwa do momentu, kiedy okazuje się, że były szpital nawiedzany jest przez niegdyś zakatowanych pacjentów.

Czytaj dalej „Sure is a funky old house, ain’t it?”

W starym domu nadal straszy

          Istniało całkiem duże prawdopodobieństwo, że horror z Danielem Radcliffe’m obsadzonym – tak całkowicie na poważnie – w roli głównej okaże się niegodnym seansu. Niespodziewanie, mimo obecności Harry’ego Pottera na ekranie, ubiegłoroczna „Kobieta w czerni” wprawia w podziw. Kredyty początkowe informują, że obraz zrealizowała wytwórnia Hammer Film Productions – co wzbudza jeszcze większe zdumienie. Film, faktycznie, nakręcony został hammerowską ręką. Budzi nawet roślejszy dreszcz emocji niż wiele z brytyjskich klasyków horroru.

     Arthur Kipps jest owdowiałym londyńskim notariuszem. Przełożony zawiadamia go, że wyjazd na odludną wieś i uporządkowanie spraw spadkowych zmarłej bogaczki mogą uratować jego zachwianą pozycję zawodową. W drodze na dwór Eel Marsh Arthur przekonuje się, że okolicznych mieszkańców przeraża samo imię kobiety – kobiety w czerni, którą bohater zacznie widywać od momentu przekroczenia progu opuszczonej sadyby.

Czytaj dalej W starym domu nadal straszy

Fanfary dla słodkiego

     Zdarza mi się pomiatać latami dziewięćdziesiątymi jako dekadą upadku kina grozy. W końcu przodujące horrory z tego okresu to pastisze lub w najlepszym razie detektywistyczne thrillery – bez wątpienia filmy znamienite, choć jednocześnie odpowiedzialne za odejście co bardziej krwistych i jaskrawych horrorów na regały wypożyczalni kaset wideo. Trafił się jednak w tej dobie wyzbycia i pogardy straszak pełną gębą. Nie stworzył go David Fincher, ani Jonathan Demme. Craven też nie jest jego autorem. „Candymana”, o którym mowa, wyreżyserował Bernard Rose.

     Chicago. Studentka socjologii Helen Lyle (Virginia Madsen) zbiera materiały do pracy doktorskiej na temat miejskich legend. Nasunięty zostaje jej prawdziwy smaczek – poznaje legendę Candymana (Tony Todd). Daniel Robitaille, bo tak brzmi imię mitycznego, był synem czarnoskórego niewolnika. Jako wzięty artysta tworzył portrety dla bogaczy. Świat burżuazji sprzyjał Danielowi tak dalece, że mężczyzna zakochał się w arystokratce. Ojciec panienki wymierzył mu straszliwą karę, a malarz zmarł w bólach. To nieczysta śmierć nadała mu pseudonim. Od dziesięcioleci Candyman, upiór w długim płaszczu, z ciętym hakiem zastępującym dłoń, nawiedza okolice Cabrini Green, slumsów zamieszkałych przez Afroamerykanów. Helen wierzy w naukę, nie w murzyńskie podania, jest nieustraszona. Gdy tylko posuwa się o jeden krok wprzód za dużo, Candyman zaczyna ją nawiedzać.

Czytaj dalej Fanfary dla słodkiego

Gdzie wysłannik piekieł mówi dobranoc

     Rick Bota to facet z urojeniami. Myśli, że straszy, kiedy wzbudza śmiech, sądzi, że buduje napięcie, choć w rzeczywistości przynudza. W dodatku nie zna podstaw reżyserii filmowej, w rezultacie tworząc na wpół amatorskie produkcje. Dlaczego po straszliwie wymęczonej szóstej odsłonie serii „Hellraisera” Dimension zaprosił Botę do pracy przy sequelu o łopatologicznym podtytule „Sekta” – pozostanie zagadką na wieki.

     Twarda, nieustraszona i zaczesana w dwa kucyki dziennikarka Amy Klein przybywa do Bukaresztu. Za zadanie ma spisać materiał dotyczący jednej z podziemnych sekt, której działalność balansuje na pograniczu parapsychologii i nieprzekonujących efektów specjalnych. Wpada na trop Wintera, wyglądającego jak ulepiony z plasteliny Kyle MacLachlan guru lokalnych wyrzutków, który swym podopiecznym oferuje wielkie nic – utratę życia i natychmiastowe zmartwychwstanie, wszystko to przynajmniej w podmokłej, gotyckiej melinie. Amy poznaje wiele innych kuriozalnych i zupełnie nieistotnych dla fabuły postaci, by wreszcie odnaleźć legendarną kostkę-łamigłowkę.

Czytaj dalej Gdzie wysłannik piekieł mówi dobranoc

„What’s your pleasure, sir?”

     W roku 2012 zdawać by się mogło, że twórcy horroru odsłonili przed widownią już wszystkie karty – fakt ten sprawia wrażenie szczególnie oczywistego z punktu widzenia osoby jakieś dwie trzecie życia zaabsorbowanej kinem grozy. Strach, niepokój i wstręt dziesiąta muza przedstawiała już na wszelkie sposoby. Są jednak mniej i mizerniej eksplorowane motywy dla horroru charakterystyczne – jak piekło. Nie ukazano wielu naprawdę przyzwoitych wizji piekła w tym osobliwym gatunku filmu (poniekąd imponują „Ukryty wymiar” czy tajski „Narok”), jest jednak obraz sugestywny i surowy, prawdziwie diabelski. Jego tytuł to „Hellraiser”.

     Clive Barker stworzył horror totalny, który nie postarzał się ani trochę i lata po premierze działa na publikę tak samo jak w 1987. Larry i Julia Cottonowie wprowadzają się do domu na londyńskich przedmieściach. Zakładają, że największym wyzwaniem, jakie postawi przed nimi posiadłość, będzie gruntowny remont. Okazuje się inaczej, a w życie bohaterów wkraczają Cenobici, istoty z piekielnego wymiaru, z lubością zadające ból rasie ludzkiej. Jest też zamieszkujący strych, częściowo martwy Frank – zaginiony przed laty brat Larry’ego, który za pomocą kochanicy Julii usiłuje powrócić do żywych. Dom idealny zamienia się w łzawy przybytek.

Czytaj dalej „What’s your pleasure, sir?”