Archiwa tagu: gotyk

W starym domu nadal straszy

          Istniało całkiem duże prawdopodobieństwo, że horror z Danielem Radcliffe’m obsadzonym – tak całkowicie na poważnie – w roli głównej okaże się niegodnym seansu. Niespodziewanie, mimo obecności Harry’ego Pottera na ekranie, ubiegłoroczna „Kobieta w czerni” wprawia w podziw. Kredyty początkowe informują, że obraz zrealizowała wytwórnia Hammer Film Productions – co wzbudza jeszcze większe zdumienie. Film, faktycznie, nakręcony został hammerowską ręką. Budzi nawet roślejszy dreszcz emocji niż wiele z brytyjskich klasyków horroru.

     Arthur Kipps jest owdowiałym londyńskim notariuszem. Przełożony zawiadamia go, że wyjazd na odludną wieś i uporządkowanie spraw spadkowych zmarłej bogaczki mogą uratować jego zachwianą pozycję zawodową. W drodze na dwór Eel Marsh Arthur przekonuje się, że okolicznych mieszkańców przeraża samo imię kobiety – kobiety w czerni, którą bohater zacznie widywać od momentu przekroczenia progu opuszczonej sadyby.

Czytaj dalej W starym domu nadal straszy

Reklamy

Fanfary dla słodkiego

     Zdarza mi się pomiatać latami dziewięćdziesiątymi jako dekadą upadku kina grozy. W końcu przodujące horrory z tego okresu to pastisze lub w najlepszym razie detektywistyczne thrillery – bez wątpienia filmy znamienite, choć jednocześnie odpowiedzialne za odejście co bardziej krwistych i jaskrawych horrorów na regały wypożyczalni kaset wideo. Trafił się jednak w tej dobie wyzbycia i pogardy straszak pełną gębą. Nie stworzył go David Fincher, ani Jonathan Demme. Craven też nie jest jego autorem. „Candymana”, o którym mowa, wyreżyserował Bernard Rose.

     Chicago. Studentka socjologii Helen Lyle (Virginia Madsen) zbiera materiały do pracy doktorskiej na temat miejskich legend. Nasunięty zostaje jej prawdziwy smaczek – poznaje legendę Candymana (Tony Todd). Daniel Robitaille, bo tak brzmi imię mitycznego, był synem czarnoskórego niewolnika. Jako wzięty artysta tworzył portrety dla bogaczy. Świat burżuazji sprzyjał Danielowi tak dalece, że mężczyzna zakochał się w arystokratce. Ojciec panienki wymierzył mu straszliwą karę, a malarz zmarł w bólach. To nieczysta śmierć nadała mu pseudonim. Od dziesięcioleci Candyman, upiór w długim płaszczu, z ciętym hakiem zastępującym dłoń, nawiedza okolice Cabrini Green, slumsów zamieszkałych przez Afroamerykanów. Helen wierzy w naukę, nie w murzyńskie podania, jest nieustraszona. Gdy tylko posuwa się o jeden krok wprzód za dużo, Candyman zaczyna ją nawiedzać.

Czytaj dalej Fanfary dla słodkiego

Gdzie wysłannik piekieł mówi dobranoc

     Rick Bota to facet z urojeniami. Myśli, że straszy, kiedy wzbudza śmiech, sądzi, że buduje napięcie, choć w rzeczywistości przynudza. W dodatku nie zna podstaw reżyserii filmowej, w rezultacie tworząc na wpół amatorskie produkcje. Dlaczego po straszliwie wymęczonej szóstej odsłonie serii „Hellraisera” Dimension zaprosił Botę do pracy przy sequelu o łopatologicznym podtytule „Sekta” – pozostanie zagadką na wieki.

     Twarda, nieustraszona i zaczesana w dwa kucyki dziennikarka Amy Klein przybywa do Bukaresztu. Za zadanie ma spisać materiał dotyczący jednej z podziemnych sekt, której działalność balansuje na pograniczu parapsychologii i nieprzekonujących efektów specjalnych. Wpada na trop Wintera, wyglądającego jak ulepiony z plasteliny Kyle MacLachlan guru lokalnych wyrzutków, który swym podopiecznym oferuje wielkie nic – utratę życia i natychmiastowe zmartwychwstanie, wszystko to przynajmniej w podmokłej, gotyckiej melinie. Amy poznaje wiele innych kuriozalnych i zupełnie nieistotnych dla fabuły postaci, by wreszcie odnaleźć legendarną kostkę-łamigłowkę.

Czytaj dalej Gdzie wysłannik piekieł mówi dobranoc

„What’s your pleasure, sir?”

     W roku 2012 zdawać by się mogło, że twórcy horroru odsłonili przed widownią już wszystkie karty – fakt ten sprawia wrażenie szczególnie oczywistego z punktu widzenia osoby jakieś dwie trzecie życia zaabsorbowanej kinem grozy. Strach, niepokój i wstręt dziesiąta muza przedstawiała już na wszelkie sposoby. Są jednak mniej i mizerniej eksplorowane motywy dla horroru charakterystyczne – jak piekło. Nie ukazano wielu naprawdę przyzwoitych wizji piekła w tym osobliwym gatunku filmu (poniekąd imponują „Ukryty wymiar” czy tajski „Narok”), jest jednak obraz sugestywny i surowy, prawdziwie diabelski. Jego tytuł to „Hellraiser”.

     Clive Barker stworzył horror totalny, który nie postarzał się ani trochę i lata po premierze działa na publikę tak samo jak w 1987. Larry i Julia Cottonowie wprowadzają się do domu na londyńskich przedmieściach. Zakładają, że największym wyzwaniem, jakie postawi przed nimi posiadłość, będzie gruntowny remont. Okazuje się inaczej, a w życie bohaterów wkraczają Cenobici, istoty z piekielnego wymiaru, z lubością zadające ból rasie ludzkiej. Jest też zamieszkujący strych, częściowo martwy Frank – zaginiony przed laty brat Larry’ego, który za pomocą kochanicy Julii usiłuje powrócić do żywych. Dom idealny zamienia się w łzawy przybytek.

Czytaj dalej „What’s your pleasure, sir?”

Piekielnie typowy sequel

     Clive’a Barkera nigdy za wiele – jak się okazuje, w każdej postaci. Pisarz grozy, po którego literaturę sięgają fani makabry dookoła świata, udowodnił, że jest równie utalentowanym autorem, co i sprawnym filmowcem, a nawet game designerem. Artysta fantastyczny, w każdym znaczeniu. Funkcja Anglika przy realizacji „Wysłannika piekieł 2” jest mocno zawężona (powierzono mu produkcję wykonawczą); wielka to szkoda, że współczesny mistrz horroru zaledwie maczał przy tym sequelu palce.

     Obraz zaczyna najlepsze ujęcie z oryginału „Hellraisera”, właśnie reżyserowanego przez Clive’a Barkera: częściowo porozrywany hakami, zawieszony na łańcuchach mężczyzna w ekstazie oblizuje zdeformowane usta i jęczy „Jesus wept” (Jezus zapłakał). Tony Randel przywraca w „Wysłaniku piekieł 2” tę straszliwą poezję, ale tylko częściowo. Na pewno zaś nie podołał uczynieniu z drugiej części cyklu o Cenobitach dzieła równie harmonijnego jak barkerowski klasyk.

Czytaj dalej Piekielnie typowy sequel

O mrocznej finezji „Zagadki nieśmiertelności”

            Lubimy, kiedy horror łączy się z innymi, wyodrębnionymi i pozornie sprzecznymi gatunkami filmowymi, a już w zupełności z dramatem lub ciężkim kinem psychologicznym. To właśnie wtedy film grozy, przemycając do świata przedstawionego żal, melancholię i prawdziwe życiowe troski, staje się nieodparcie niepokojący i straszny, a nade wszystko – realny. Niewielu twórców z korzystnym dla siebie skutkiem zmierzyło się z tą konwencją. Obok „Nie oglądaj się teraz” Nicolasa Roega czy „Pozwól mi wejść” Tomasa Alfredsona z czystym sumieniem można postawić niniejsze dzieło.

     Wiosną 1983 roku swoją premierę odnotowała „Zagadka nieśmiertelności” – na równi opowieść grozy i kino dramatyczne, bardzo zresztą przytłaczające. Nie można skwitować tego obrazu wprost jako horroru, i nie tylko ze względu na jego specyficzną stronę wizualną, której uwagę poświęcę w dalszej części tekstu. Przede wszystkim jest to wyszukana i skąpa fabularnie historia, pomimo nieobfitej treści bardzo intensywnie przedstawiona – „vampire flick” co najmniej nietypowy.

Czytaj dalej O mrocznej finezji „Zagadki nieśmiertelności”