Archiwa tagu: halloween

Upiorny klaun powraca. [„Terrifier”, 2017]

     Gdy w 2013 roku w serwisach VOD zadebiutowała horrorowa antologia „All Hallows’ Eve”, krytycy zgodnie przyznali, że najciekawszą jej odsłoną jest nowela o tytule „Terrifier”. Dwudziestominutowy segment o zabójczych podbojach przerażającego klauna nakręcony został w zgodzie z grindhouse’ową estetyką i uczynił ze swojego antybohatera ikonę grozy w toku tłoczenia. Po pięciu latach „Terrifier” powrócił w wersji pełnometrażowej. Czy jest to udany comeback?

Terrifier4

     Noc halloween. Dawn (Catherine Corcoran) i Tara (Jenna Kanell, „Bye Bye Man”) próbują dostać się do domu, ale są zbyt pijane, by siadać za kierownicą. Udają się więc do opustoszałej pizzerii, w której przebywa jedynie mężczyzna w stroju klauna (David Howard Thornton). Groteskowy makijaż przebierańca budzi w Tarze niepokój, a jego martwe spojrzenie zdaje się ją wręcz plądrować. Wystraszone, dziewczęta czym prędzej gnają w stronę samochodu, który – jak się okazuje – ma przebite opony. Bohaterki wpadają w wir przerażających wydarzeń. Ten wieczór zostanie naznaczony krwawym piętnem.

Czytaj dalej Upiorny klaun powraca. [„Terrifier”, 2017]

Reklamy

Motocykliści, kajdanki i upiory z szafy. [„Hellbent”, 2004]

     Rok 2004 nie zapisał się w kartach filmowego horroru jako szczególnie pamiętny. Gdzieś pomiędzy „Krwawą masakrą w Hollywood” Tobiego Hoopera a kingowską „Jazdą na kuli” do kin wszedł jednak tytuł, który z perspektywy lat jawi się jako fenomen – przynajmniej we własnej specyfice. Niskobudżetowy „Hellbent” w reżyserii Paula Etheredge’a-Ouztsa dumnie zapowiadany był jako pierwszy slasher o tematyce gejowskiej. To przodownictwo jest kwestią dyskusyjną; choćby „Blady strach” (2003) wyprzedzał wydany przez here! projekt zarówno na gruncie podgatunkowym, jak i tematycznym. Dziś w obrębie queer horroru „Hellbent” pozostaje bodajże najbardziej cenionym dokonaniem. Dr. Claire Sisco King napisała na jego temat 21-stronicową pracę naukową. Etheredge powiedział kiedyś, że „filmy stanowią odzwierciedlenie kultury, w jakiej się je tworzy”. I faktycznie, „Hellbent” przepojony jest kulturą queer – w najlepszym tych słów znaczeniu.

Hellbent01

     Jeszcze przed wejściem na plan zdjęciowy Etheredge zadeklarował, że w jego filmie pojawią się upiory, motocykliści, kajdanki, ostre imprezy i słodki seks. Gdyby akcję „Hellbent” osadzono w Boreville w stanie Nebraska, reżyser mógłby nie sprostać temu zadaniu. Na szczęście bohaterami filmu są mieszkańcy gejowskiej stolicy Los Angeles. W halloweenową noc grupa atrakcyjnych przyjaciół wybiera się do jednego z najgorętszych klubów w West Hollywood. Wszyscy są napaleni, spijają litry alkoholu i bawią się, jakby nie było jutra. Szampańskim swawolom przygląda się Diabeł z gołym torsem, w ręku trzymający piekielnie ostry sierp.

Czytaj dalej Motocykliści, kajdanki i upiory z szafy. [„Hellbent”, 2004]

Główna atrakcja to… Ty. [„Talon Falls”, 2017]

     Anno Domini 2016 nie przyniósł nam wielu horrorów o tematyce halloweenowej. W tym roku sytuacja uległa zmianie, a na platformach VOD zagościło już parę filmów dobrze współgrających z jesienną aurą. Jednym z takich projektów jest „Talon Falls”, drugi pełny metraż reżyserowany przez Josha Shreve’a. To tak naprawdę film ledwo pełnometrażowy, trwający niespełna siedemdziesiąt pięć minut. O dziwo w ciągu godziny Shreve’owi udało się ciekawie zagospodarować przestrzeń kadrową, a nawet zaintrygować widzów niezłą, ekhem, fabułą.

TalonFalls2

     Pod nazwą Talon Falls kryje się potężny kompleks Domów Strachu, w których spragnieni adrenaliny goście mogą oglądać, jak „aktorzy” są mordowani, a przede wszystkim bezlitośnie torturowani. Cudzysłów nie jest tu przypadkowy: grupa porwanych bohaterów – oczywiście nastoletnich – na własnej skórze przekonuje się, że rozlana na ścianach Talon Falls krew bynajmniej nie jest sztuczna. Film nakręcono w prawdziwym screamparku, położonym na zachodzie Kentucky. Shreve operował minimalnym budżetem, ale wrażenie, że oglądamy horror powstały za przysłowiowe grosze udziela się nam rzadko. Ze sporym rozmachem działali założyciele lunaparku i to ten fakt powinien zainteresować widza. Inaczej niż, przykładowo, twórcy „Scare Zone” czy „The Funhouse Massacre”, członkowie ekipy Shreve’a mieli szerokie pole do popisu – pole całkiem dosłowne.

Czytaj dalej Główna atrakcja to… Ty. [„Talon Falls”, 2017]

More trick than treat. [„The Houses October Built 2”, 2017]

     Parę lat temu, finalizując recenzję offowego horroru „The Houses October Built”, pisałem: „Droga do mety sprawia więcej radości niż sam finał filmu, jest doskonale rozplanowana w czasie, zręcznie wyreżyserowana.” Bohaterów swojego debiutu fabularnego reżyser Bobby Roe najpierw przeprawił przez złowieszcze Domy Strachu, a potem, w wielkim finale – UWAGA, SPOILER! – postanowił ich ukatrupić. Zakończenie jeżyło włos na głowie, bo dowodziło tezie, że ciekawość, faktycznie, bywa pierwszym stopniem do piekła. Zaskakiwał jednak fakt, że to tournée po upiornych lunaparkach najbardziej działało na korzyść filmu. W „The Houses October Built” Roe opiewał uroki jesieni, wraz z jej chłodem i pewnym niewymownym zasępieniem. Nie nakręcił arcydzieła, ale horror bystry, odpowiednio mroczny, dyplomatycznie karmiący widzów strachem.

TheHousesOctoberBuilt2-2017-05

     Jakież było moje rozczarowanie, kiedy parę miesięcy temu ogłoszono, że bohaterowie tego nienagannego horroru przywróceni zostaną do życia w sequelu. Roe wykoncypował sobie, że Brandy, Zack i ich towarzysze raz jeszcze wyruszą w trasę po Ameryce – tym razem jako „zmartwychwstali” celebryci. Ich śmierć w pierwszym „The Houses October Built” była upozorowana, a oni sami, dzięki kamerom, które towarzyszyły im w trumnach, stali się gwiazdami YouTube’a. W skrócie: mrożący krew w żyłach finał „Houses…” okazał się bujdą na resorach.

Czytaj dalej More trick than treat. [„The Houses October Built 2”, 2017]

Krótka piłka: „Scary Movie” [1991]

     Halloween. Warren, roztrzęsiony paranoik, udaje się do lokalnego Domu Strachów. Ataki histerii wywołuje w nim widok ogników, tańczących pod wiekiem dyniowego lampionu. Jak zareaguje na wieść o sensacyjnej ucieczce bywalca lokalnego szpitala psychiatrycznego? „Scary Movie” – do niedawna zaginiony projekt Daniela Ericksona z 1991 roku (niemający nic wspólnego z parodią braci Wayans) – dość szybko samookreśla się jako miks horroru i komedii, chętniej dryfujący ku obrębom drugiego z wymienionych gatunków. Towarzyszący sytuacjom ekranowym komizm najczęściej nie śmieszy, choć obłędna, pełna skupienia kreacja młodego Johna Hawkesa, grającego Warrena, wzbudza na ustach uśmiech – głównie stanowiący wyraz uznania dla aktora. Dla widzów szukających halloweenowego dreszczu emocji okaże się „Scary Movie” stratą czasu: to film o ciekawym, ponurym koncepcie, kiepsko, niestety, przelanym w kadr ekranu. Innych sympatyków kina grozy może urzec sposób, w jaki omija Erickson pułapki rutyniarstwa filmowego slashera. Może, lecz nie musi.

     Albert Nowicki – dziennikarz, tłumacz i copywriter, miłośnik kina, zwłaszcza filmowego horroru. Jego teksty pojawiały się między innymi na łamach serwisów Filmweb oraz Movies Room. Blog His Name Is Death prowadzi nieprzerwanie od 2012 roku.

scarym91

4 i pol

„In Hell everybody loves popcorn”. [„31”, 2016]

     W scenie inaugurującej „31” – długo oczekiwany horror od zmartwychwstałego studia Saban Films – poznajemy Doom-Heada (Richard Brake), kościstego mężczyznę o nieprzyjemnym spojrzeniu i wymalowanej, bladej twarzy. Snuje on blisko pięciominutowy monolog, który, jak się okazuje, kierowany jest do spętanego pastora. Łamiąca czwartą ścianę narracja przemienia się w wymianę słów oprawcy i jego świętojebliwej ofiary. Doom-Head, nieczuły na błagania klechy o życie, rąbie jego ciało kiepsko zaostrzoną siekierą, zapewne mając dość płaczów i kwileń. Scena dobiega końca, a w kadrze pojawiają się vintage’owe ujęcia kręcone w formacie 8 mm. Opatrzone zostają napisami: „a Rob Zombie film”.

31-5

     Charakteryzacja Brake’a, prowadzenie postaci, fragmenty dialogowe („w piekle wszyscy uwielbiają popcorn!”) i stylistyka w ogóle od pierwszych sekund podpowiadają, że oglądamy film Roba Zombiego – zdaniem wielu, naczelnego wodza kina niskich lotów. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego facet będący głównym i wspaniałym karmicielem współczesnej sceny horroru ściąga na siebie tak wiele awersji. Na głowę reżysera co rusz wylewa się wiadro gówna. Krytykuje się go za dosadne, soczyste dialogi lub korzystanie ze współpracy aktorów charakterystycznych i zaufanych, co jest przecież modus operandi powszechnie cenionego Quentina Tarantino. Stali malkontenci wciąż nie zwrócili uwagi na fakt, że nie ma poza Zombiem drugiego filmowca tworzącego throwback horrory udane tak estetycznie, jak i merytorycznie. Nie trafiła się, jak dotąd, w filmografii Amerykanina porażka – nie była nią nawet napędzana tanim seksem animacja o przygodach El Superbeasto. „31”, podobnie jak najlepszy projekt Zombiego – „Dom tysiąca trupów”, pozostaje tytułem niezrozumianym, na siłę znienawidzonym.

Czytaj dalej „In Hell everybody loves popcorn”. [„31”, 2016]