Archiwa tagu: holiday horror

Pomieszanie z poplątaniem. [„Wyspa Fantazji”, 2020]

     Tegoroczne horrory ze stycznia i lutego naprawdę dorastają do swojej niechlubnej reputacji. „The Grudge”, „The Turning”, „Underwater” − każdy z tych tytułów był wielkim rozczarowaniem. Ale jednocześnie każdy stanowił, faktycznie, pewną formę kina grozy, czego nie można powiedzieć o „Wyspie Fantazji” Jeffa Wadlowa. Film ten uśmiercony został przez chybiony marketing, niefortunnie przydzieloną kategorię wiekową i stertę naprawdę źle przemyślanych plot twistów.

FantasyIsland3

     Najłatwiej podsumować „Wyspę Fantazji” jako pomieszanie z poplątaniem. Tonalnie film sprawia wrażenie nieopanowanego, dawkującego na wyrywki kuriozalny horror, komedię, akcję z udziałem zombie, torture-pornowe zabawy w piwnicy, hallmarkową dramę. Chwilami wydaje się, że scenariusz to efekt burzy mózgów dziesięciu fabularzystów − za dużo tu pomysłów, które nie zostają potem rozwinięte w satysfakcjonujący sposób. Wątki paranormalne, zamiast straszyć, żenują, a podróże w czasie nie mają żadnego sensu − zwłaszcza w epilogu, który łączy kinową „Wyspę…” z oryginalnym serialem telewizyjnym. W niczym nie pomaga restrykcja PG-13, a oczywista dla takiej historii brutalność wydaje się chwilami niepotrzebnie tłamszona; nijak nie wykorzystuje też Wadlow talentów swojej obsady. Kim Coates znów drapie po uszach twardym akcentem (tym razem rosyjskim), a Ryan Hansen po raz enty wciska nam, że jest 20-letnim frat boyem. Ładne zdjęcia i malownicze tereny Fidżi na niewiele się zdają. „Wyspa Fantazji” to dużo słabsza produkcja Blumhouse’a niż chociażby „Prawda czy wyzwanie”. Co ciekawe, w obu filmach wystąpiła Lucy Hale; w obu bohaterowie wybierają się na wakacje z piekła rodem, które będą miały dla nich okropne konsekwencje.

Czytaj dalej Pomieszanie z poplątaniem. [„Wyspa Fantazji”, 2020]

Zaliczona masakra na pięć. [„Cupid”, 2020]

     Z racji, że wczoraj obchodziliśmy prima aprilis, dziś podzielę się z Wami recenzją… walentynkowego slashera. Nie będzie to ani klasyk George’a Mihalki (o nim pisałem dwa miesiące temu), ani Jamiego Blanksa diabelski pomiot z 2001 roku. „Cupid” to konwencjonalny horror stalk n’ slash, w którym nastolatki zostają zamknięte w szkole po zmroku i muszą odpierać ataki uzbrojonego w ostre narzędzia zabójcy. Z jednej strony sztampa, z drugiej zaś – a no właśnie – wyróżnia się sam killer. Zgodnie z tytułem jest nim morderczy Kupidyn, który nie spocznie, póki nie da próżnym małolatom nauczki. W te walentynki wszyscy chłopcy i dziewczęta skończą ze złamanym sercem. Dosłownie.

cupid-2

     Za dobrze bawiłem się na filmie Scotta Jeffreya, by wydać mu negatywną opinię, choć przyznać trzeba, że nie jest on idealny. Daleko mu do perfekcji, a w sieci spotkacie wiele chłodnych ocen, jakie mu przyznano. Napiszę tak: jeśli poznaliście inne pozycje z katalogu Uncork’d Entertainment, wiecie, na co liczyć. „Cupid” jest horrorem tak niskobudżetowym, że na IMDb nie podano jego budżetu. Praca charakteryzatorów w wielu scenach może budzić pewne wątpliwości (lub zażenowanie), ale to, co ratuje sceny uśmierceń, to ich czarny humor. W jednej ze scen licealistka zostaje udławiona bukietem kolczastych róż i efekt robi solidne wrażenie – to jeden z tych momentów, gdy udało się twórcom wypracować fajną, praktyczną stylizację. Nasz Amor skomercjalizowanym, kojarzonym z walentynkową tandetą rekwizytom nadaje zupełnie nowe, piekielne przeznaczenie. Pęczek kwiatów to więc instrument zbrodni, a kupidynowy łuk bynajmniej nie napawa ludzkich serc miłością. Nie dostaniecie od „Cupid” cukrzycy – co najwyżej napadów śmiechu.

Czytaj dalej Zaliczona masakra na pięć. [„Cupid”, 2020]

Serce się kraje. [„Moja krwawa walentynka”, 1981]

     Jest rok 1981. Po utopionym we krwi halloween i morderczo pechowym piątku, trzynastego przyszła pora na horror z udziałem miłosnych liścików i bombonierek. Tak jakby. W „Mojej krwawej walentynce” na czerwonych karteczkach zapisywane są nie wyznania miłosne, a groźby śmierci, natomiast w romantycznych pudełkach, zamiast czekoladek, można znaleźć wyrwane z piersi serca. Film powstał na fali popularności kina stalk n’ slash, w złotej erze horroru spod znaku maski i piły łańcuchowej. Dzięki świetnej jakości wykonawczej oraz nietypowej scenerii (akcję osadzono na kanadyjskiej prowincji) „Moja krwawa walentynka” z łatwością podbiła serca maniaków gore’u. Dziś film uchodzi za kultowy, choć dwanaście lat temu nie był nawet dostępny w wersji reżyserskiej, która tchnęła weń nowe życie.

MyBloodyValentine3

     Górnicze miasteczko Valentine Bluffs szykuje się do pierwszej od dwóch dekad potańcówki z okazji święta zakochanych. Huczne obchody walentynek były przez lata zakazane, bo przesądni mieszkańcy obawiali się powrotu Harry’ego Wardena. Pracownik kopalniany, który wskutek nieuwagi zwierzchników został uwięziony pod ziemią wraz z kilkoma innymi mężczyznami, a przetrwał w akcie kanibalizmu, od lat nie był widziany przez żywą duszę. Jednak jego imię co roku spędza sen z powiek każdej kochającej się parze, a starszyzna wierzy wręcz, że Warden spaceruje ciemnymi uliczkami z nieodłącznym kilofem w dłoni – to klasyczna legenda miejska. Dla grupy zaprzyjaźnionych dwudziestolatków troska starszych znaczy tyle, co nic. Młodzi chcą się wyszumieć i organizują na terenie kopalni zamknięte przyjęcie. Dla tych, którzy przeżyją imprezę, 14 lutego już na zawsze pozostanie najbardziej pamiętną datą w kalendarzu.

Czytaj dalej Serce się kraje. [„Moja krwawa walentynka”, 1981]

Gdzie jest Billy, gdy go potrzebujemy? [„Czarne święta”, 2019]

     Remake „Czarnych świąt” od początku wzbudzał gorące emocje, a kiedy okazało się, że MPAA przyznało mu kategorię wiekową PG-13, w internecie wręcz zawrzało. W niczym nie pomogły tłumaczenia reżyserki, Sophii Takal, twierdzącej, że dzięki okrojonej przemocy film trafi do szerszej grupy demograficznej. Nie, bo „Czarne święta” od początku pomyślane były jako slasher, a w swojej odświeżonej wersji przypisane zostały również do nurtu rape and revenge. Czy horror powstały na kanwie grindhouse’owej eksploatacji można opowiedzieć bez przelania kropelki krwi na ekranie? Tak, ale dużo on na tym straci.

BlackChristmas3

     Ponad dziesięć lat temu z podobnym dylematem zmierzyli się twórcy „Balu maturalnego”: też chcieli zaprezentować swój slasher jak największej ilości widzów, więc poszli w stronę „młodzieżowej” grozy rodem z ramówki MTV. Film poniósł klęskę i nie spodobał się praktycznie nikomu. „Czarne święta” to stalk n’ slash lepszy, ale nieznacznie. Takal chciała zadowolić wszystkich, a ostatecznie wielu widzów jedynie wkurzyła. Nakręciła horror–opowieść ku przestrodze, wierząc, że trafi w gusta młodocianej publiczności. Z tego powodu wycięto z „Czarnych świąt” większość krwawych scen. Twórcy zapomnieli, że w 2019 roku brutalny content znajduje się na wyciągnięcie ręki każdego trzynastolatka ze smartfonem (czyli po prostu każdego 13-latka).

Czytaj dalej Gdzie jest Billy, gdy go potrzebujemy? [„Czarne święta”, 2019]

Have yourself a bloody little Christmas. [„Czarne święta”, 1974]

     Wśród bożonarodzeniowych horrorów nie znajdziemy wielu perełek. Po latach wciąż trzyma w napięciu segment „…And All Through the House” w „Opowieściach z krypty” Freddiego Francisa; dobrze ogląda się też „Krampusa. Ducha Świąt”. Na każdy solidny film przypada jednak dziesięć „Jacków Frostów”. Nim wigilijne kino grozy stało się synonimem groteski i kiczu, powstała produkcja, która do dziś spędza widzom świąteczny sen z powiek, a niektórych przeraża bez reszty. „Czarne święta”, bo o nich mowa, to świetnie zrealizowany, ponadczasowy horror, który czterdzieści pięć lat po swojej premierze nie zestarzał się prawie w ogóle.

BlackChristmas1974-2

     Siłą „Czarnych świąt” są tradycyjne wartości reżysera Boba Clarka. Ceni on sobie suspens w starym wydaniu, a krzykliwego szastania efektami gore unika jak ognia. Poznajemy grupę zżytych ze sobą studentek, które mieszkają razem w żeńskim akademiku. Już w pierwszej scenie wprowadzeni zostajemy w sam środek upiornej intrygi: ktoś obserwuje dziewczęta zza okna, dyszy głęboko i obsesyjnie, wreszcie zakrada się do jednej z sypialni. Uczennice z siostrzanego stowarzyszenia otrzymują obsceniczne telefony od nieznanego mężczyzny. Nie wiedzą, że na ich strychu ukrywa się maniakalny morderca.

Czytaj dalej Have yourself a bloody little Christmas. [„Czarne święta”, 1974]

Kolejna wpadka Lussiera. [„Trick”, 2019]

     Patrick Lussier to jeden z największych pechowców świata horroru. Tuż przed rozpoczęciem nowego milenium, po owocnej karierze montażysty filmowego, zasiadł po raz pierwszy w fotelu reżysera. W odstępie zaledwie kilku miesięcy ukazały się dwa jego projekty: debiutancki, „Armia Boga: Proroctwo”, i kolejny – wysokobudżetowa farsa „Dracula 2000”. Tytuły zdradzają, z jakim kinem mamy do czynienia: marnym i niezbyt rezolutnym. Oba filmy poniosły klęskę finansową, ale Dimension postawił na dalszą współpracę z Lussierem, który na kilka lat stał się ekspertem od nieproszonych cheapqueli. Później obiecano reżyserowi, że zaopiekuje się po Robie Zombiem serią „Halloween”, ale plany spaliły na panewce.

Trick2019-0

     Zła passa Lussiera trwa do dziś. Pięćdziesięciopięciolatek powrócić właśnie z nowym horrorem i jest on słabszy niż cokolwiek, w czym maczał palce niegdyś. W „Trick” (napisanym wraz z Toddem Farmerem) podąża reżyser bezpieczną ścieżką quasi-oldskulowego slashera, w którym gardła niezliczonych ofiar szlachtowane są w rytm zapalczywego, orkiestrowego soundtracku. Takiego rodem z najntisowego teen straszaka. Nie brak tu dramatycznych zwrotów akcji i starć z zamaskowanym geniuszem zbrodni, a jednak elementu zaskoczenia szukać można całkiem na próżno. „Trick” to kompletnie niezajmujący slasherowy revival. Nie udał się po całości, co ciężko zrozumieć: Lussier przez lata montował przecież horrory Wesa Cravena.

Czytaj dalej Kolejna wpadka Lussiera. [„Trick”, 2019]