Archiwa tagu: home invasion

Miau-miau, kot na schwał. [„Cat Sick Blues”, 2015]

     W okresie żałoby ludzie radzą sobie z bólem na różne sposoby. Rzadko jednak zdarza się, by przywdziewali maskę obłąkanego zabójcy i karali innych za ich szczęście. To metoda terapii, na jaką zdobywa się Ted Henson (Matthew C. Vaughan) − bohater australijskiego shockera „Cat Sick Blues”, opartego na krótkim metrażu z 2013 roku. Mężczyzna traci nie tylko ukochanego kota, ale też rozum. Wierzy, że pupil odżyje, gdy tylko poświęconych zostanie mu dziewięć niewinnych ofiar. Rozpoczyna się krwawe polowanie.

CatSickBlues2

     Pochodzący z Melbourne reżyser Dave Jackson przygląda się w swym filmie bardzo specyficznej psychozie. Ted to bowiem facet, który głęboko wierzy we wszystkie absurdy, jakie roją się w jego głowie. Zabija wyłącznie kobiety, niekiedy w erotycznych okolicznościach, ale nie widzi w sobie perwersyjnego zboczeńca. Jest święcie przekonany, że siejąc postrach w kociej, lateksowej masce da swemu zwierzakowi „dziesiąte życie”. Dłoń przystraja w wykonaną na zamówienie rękawicę, imitującą szpony, a biodra oplata pasem z doczepionym, zaostrzonym na obrzeżach dildo. Gdy zakrada się do mieszkań swoich ofiar, pojękuje i mruczy w felinicznym języku. To obsesyjno-kompulsywny morderca, zdominowany przez natręctwa seksualne, przypominający na równi Normana Batesa oraz Franka Zito z pamiętnie plugawego horroru „Maniak”. Trudno o bardziej przerażającego kociarza − chyba tylko pan Prezes przerasta Hensona w tej rywalizacji.

Czytaj dalej Miau-miau, kot na schwał. [„Cat Sick Blues”, 2015]

Reklamy

Little pigs, little pigs. [„The Haunting of Sharon Tate”, 2019]

     W rozmowie z dziennikarzem Dickiem Kleinerem aktorka Sharon Tate miała opowiadać o niepokojącym śnie, który wzburzył jej wewnętrzny spokój. Nie były to zwykłe nocne fantazje, a krwawy koszmar, w którym do domu kobiety wkracza nieproszony gość, by potem poderżnąć gardło jej i Jayowi Sebringowi. Przez lata spekulowano, czy wywiad był sfabrykowany. Jeśli jednak nie jest tylko miejską legendą, aż ciarki przechodzą po plecach. Historia brutalnego morderstwa z 1969 roku znana jest chyba wszystkim. Proroczy sen Tate zaintrygował Daniela Farrandsa − scenarzystę „Halloween 6: Przekleństwa Michaela Myersa”, reżysera między innymi „The Amityville Murders”. Jego nowa fabuła, „The Haunting of Sharon Tate”, może nie zasili grona najbardziej taktownych filmów w historii, ale wzbudza silne emocje, a niekiedy wręcz szokuje.

Tate4

     „The Haunting…” niewiele ma wspólnego z kinem biograficznym − to obraz w znacznej mierze fikcyjny, co podpowiada już sam tytuł. Sharon Tate grana jest przez Hilary Duff, w przeszłości silnie związaną z fabryką Disneya. Przyglądaliśmy się już podobnym metamorfozom: Zac Efron wcielił się w Teda Bundy’ego w „Podłym, okrutnym, złym”, a Ross Lynch wystąpił w „Moim przyjacielu Dahmerze”. Duff nie tylko dobrze odczytuje emocje Tate, ale też bardzo ją przypomina. Jej kreacja jest pełna pasji i charakterystycznego dla zmarłej gwiazdy glamouru. Wiarygodnie wypada Duff w starciu z obezwładniającą paranoją: w historii Farrandsa Tate co noc śni o spotkaniu z Charlesem Mansonem i członkami jego sekty. Bliscy podejrzewają, że kobieta popadła w obłęd, ona zaś wierzy, że knują coś przeciw niej, czyhają na jej życie. W „The Haunting of Sharon Tate” tytułowa protagonistka staje się nieomal bohaterką „Dziecka Rosemary” lub „Wstrętu”, przeniesioną w świat rzeczywisty.

Czytaj dalej Little pigs, little pigs. [„The Haunting of Sharon Tate”, 2019]

Twarz w lustrze. [„To my”, 2019]

     Obraz „La reproduction interdite” belgijskiego surrealisty René Magritte’a przedstawia ciemnowłosego mężczyznę, który, stojąc przed lustrem, przygląda się odwróconemu brunetowi. W szklanej tafli nie ma jego odzwierciedlenia: czai się w niej zupełnie obca, choć cieleśnie łudząco podobna osoba. W porównywalnej sytuacji postawiona zostaje Adelaide Wilson − mała dziewczynka, która gubi się w lunaparku i trafia na rówieśnicę, stanowiącą żywy obraz siebie samej. Od tego momentu jej życie naznaczone będzie niezatartą klątwą. Adelaide każdego dnia budzi się z traumą uciskającą serce; po latach wciąż obawia się, że wróci po nią „zła bliźniaczka”. Uczucie lęku jest jak najbardziej podstawne, a dzień ponownego spotkania nadchodzi wielkimi krokami.

Us-01

     Jordan Peele rozpoczyna swój nowy film zbliżeniem na złowieszczo czerwone, królicze oko. Zającowata, spłoszona kulka trzymana jest w przyciasnej klatce, bo i „Us” (tytuł polski „To my”) uznać można za horror zniewalający. Motyw gryzonia rozwiązany zostanie dopiero w finalnych minutach, jednak do wykopanej przez Peele’a „nory” warto wskoczyć dużo wcześniej. Reżyser przenosi nas w fantasmagoryczny świat, gdzie straszne nie są wcale potwory o nadludzkich mocach − to my jesteśmy straszni. Już w swojej pierwszej fabule pokazał Peele, do czego zdolny jest człowiek, zwłaszcza ten, który zupełnie próżne wartości przedkłada ponad godność i dobro drugiej osoby. „Uciekaj!” okazało się inteligentną satyrą, pogrążoną jednak przez banalne rozwiązanie akcji. W „Us” nie ma miejsca na błędy i nieścisłości − to projekt, który z terminem „sophomore slump” nie jest w żaden sposób związany.

Czytaj dalej Twarz w lustrze. [„To my”, 2019]

„Discretion is the name of the game”. [„13 kamer”, 2015]

          Premiera kinowa: 28 grudnia.

     Gerald (Neville Archambault) − mężczyzna o martwym spojrzeniu i wiecznie rozdziawionej gębie − zajmuje się wynajmem nieruchomości. Właśnie znalazł parę nowych klientów. Claire i Ryan (Brianne Moncrief, PJ McCabe) spodziewają się potomka, a w domu na przedmieściach próbują przygotować się do rodzicielstwa. Ciężarna kobieta nie podejrzewa, że mąż-krawaciarz zdradza ją ze swoją asystentką. To jednak najmniejszy z problemów, jakie powinny niepokoić małżonków. Niepozorny i małomówny Gerald jest tak naprawdę maniakiem seksualnym, a całe mieszkanie naszpikował ukrytymi kamerami, by przyglądać się codziennym poczynaniom swoich najemców. Gdy Ryan i Claire opuszczają gniazdo, dochodzi w nim do obleśnych rytuałów.

13-kamer2

     „13 kamer” to film o dość wątłym scenariuszu i mało efektownym finale, ale jego pierwszy akt jest o tyle ciekawy, że przyciąga uwagę jednocześnie nas odstręczając. Duża w tym zasługa głównego antagonisty, granego przez Archambaulta. Jego karykaturalny manieryzm pomylić można z zaburzeniem psychoruchowym: widzimy mężczyznę, który ciągnie za sobą nogi niczym zombie i przemawia głosem truposza, martwego od dobrych kilku lat. Gdy Gerald przygląda się półnagiej Claire na trzynastu monitorach, siedząc w swojej przyciemnionej melinie, jego zwilżone śliną usta przybierają kształt perfekcyjnego okręgu. Powiekami nie mruga ani razu, bo hipnotyzuje go skóra lokatorki. Gerald to skończony creep, a po scenie lizania przez niego szczoteczki do zębów (nie swojej, rzecz jasna) już nigdy nie będziecie tacy sami.

Czytaj dalej „Discretion is the name of the game”. [„13 kamer”, 2015]

Blood is in my eyes and nothing is rhyming. [„Mandy”, 2018]

     Podobnie jak w „The Wicker Man”, Nicolasowi Cage’owi znów przyszło zmagać się z morderczym kultem. Jego bohater dostaje w kość, ale tym razem nie pozostaje nikomu dłużny. Red Miller to bowiem mężczyzna o dzikich popędach i pierwotnym instynkcie, który za zabójstwo ukochanej odegra się nawet osławionym brutalom. Po drodze sporo wycierpi, ale osiągnie swój cel i rozpęta piekło na ziemi. Dźwignią, która wprawi w ruch jatkę, całą machinę szaleństwa, będzie energia id Reda − jego impulsywność, chęć natychmiastowego zaspokojenia animalnych potrzeb… „Mandy” przystrojona została po królewsku − czemu zawdzięczamy poetycką formę jej realizacji − ale przede wszystkim jest to film o przekraczaniu granic zwierzęcości, które tkwią w każdym z nas. Ten prymitywny pierwiastek odkrywa w sobie protagonista grany przez Cage’a − aktora głęboko wierzącego, że to w amoku tkwi metoda na sukces. Panos Cosmatos znów stworzył kawał obłędnego kina niezależnego i uwierzcie − chcecie się z nim zmierzyć.

Mandy2

     Warto zaznaczyć, że „Mandy” nie sprosta wszystkim gustom: przede wszystkim ma łechtać upodobania miłośników groteski. Film miesza ze sobą art house i grindhouse, jednak nawet średnio przytomny widz zauważy, jak bliskie są Cosmatosowi midnight movies. To właśnie pociąg do brutalności, typowej kinu exploitation, odcisnął na „Mandy” wyraźniejsze piętno. Tytułowa bohaterka ginie spalona żywcem, a Red musi się temu przyglądać. Przeprowadzona zostaje specyficzna forma gwałtu. Mężczyzna, jak w horrorach rape and revenge, odnajduje w sobie siłę i wyrusza na polowanie. Kulminacją jego bezkompromisowych łowów będzie walka na piły mechaniczne, a później − mord przy użyciu gołych rąk. „Mandy” to projekt przejaskrawiony, napędzany zarówno patosem, jak i chorym dowcipem. Zajmujący jest absurd, którym Cosmatos operuje z dużą wprawą. Nie tylko utrata wybranki prowokuje w Redzie agresję: błędnie pozostawiony przy życiu brodacz dokonuje też pomsty za ulubioną koszulkę, która w toku gwałtu została porwana. By zwiększyć swoje szanse na efektywną rzeź, samodzielnie odlewa wielki, metalowy topór. „Mandy” to gorączkowy sen każdego fana „seansów o północy”, a zarazem solidne kino autorskie.

Czytaj dalej Blood is in my eyes and nothing is rhyming. [„Mandy”, 2018]

Niewarte ugryzienia. [„Bad Apples”, 2018]

     Halloween. Dwie czternastolatki zakładają na twarze upiorne maski i ruszają w miasto. Już przy narodzinach spotkała je wielka tragedia − ktoś mógłby wręcz powiedzieć, że bliźniaczki od początku dotknięte były jakimś mrocznym piętnem. Znudzone spokojnym życiem u boku wiecznie nieobecnego ojca, bohaterki chwytają za noże. Zamiast wykrajać dynie, będą szlachtowały przypadkowe ofiary.

BadApples2

     Niskobudżetowy slasher „Bad Apples” nawet przy innych niskobudżetowych slasherach prezentuje się dość kulawo. „Hayride” i jego sequel wyglądają przy filmie Bryana Coyne’a jak hollywoodzka pierwsza liga − śmierdzą grubymi pieniędzmi, chociaż powstały za kilkadziesiąt tysięcy dolarów. W „Bad Apples” jedną z bardziej imponujących scen ma być ta, w której Richard Riehle przebity zostaje… jankeską flagą. Nie jest to moment ani szczególnie patriotyczny, ani antyamerykański; nie stanowi komentarza politycznego. Razi za to jakością wykonania, bo pod truchłem Riehle’a zbierają się kałuże ciemnopomarańczowej „krwi”.

Czytaj dalej Niewarte ugryzienia. [„Bad Apples”, 2018]