Archiwa tagu: home invasion

Have yourself a bloody little Christmas. [„Czarne święta”, 1974]

     Wśród bożonarodzeniowych horrorów nie znajdziemy wielu perełek. Po latach wciąż trzyma w napięciu segment „…And All Through the House” w „Opowieściach z krypty” Freddiego Francisa; dobrze ogląda się też „Krampusa. Ducha Świąt”. Na każdy solidny film przypada jednak dziesięć „Jacków Frostów”. Nim wigilijne kino grozy stało się synonimem groteski i kiczu, powstała produkcja, która do dziś spędza widzom świąteczny sen z powiek, a niektórych przeraża bez reszty. „Czarne święta”, bo o nich mowa, to świetnie zrealizowany, ponadczasowy horror, który czterdzieści pięć lat po swojej premierze nie zestarzał się prawie w ogóle.

BlackChristmas1974-2

     Siłą „Czarnych świąt” są tradycyjne wartości reżysera Boba Clarka. Ceni on sobie suspens w starym wydaniu, a krzykliwego szastania efektami gore unika jak ognia. Poznajemy grupę zżytych ze sobą studentek, które mieszkają razem w żeńskim akademiku. Już w pierwszej scenie wprowadzeni zostajemy w sam środek upiornej intrygi: ktoś obserwuje dziewczęta zza okna, dyszy głęboko i obsesyjnie, wreszcie zakrada się do jednej z sypialni. Uczennice z siostrzanego stowarzyszenia otrzymują obsceniczne telefony od nieznanego mężczyzny. Nie wiedzą, że na ich strychu ukrywa się maniakalny morderca.

Czytaj dalej Have yourself a bloody little Christmas. [„Czarne święta”, 1974]

Z wódką we krwi. [„Zdychaj, tatulku!”, 2018]

     Petersburg. Matwiej (Aleksandr Kuźniecow) puka do drzwi szanowanego detektywa. Za plecami chowa młotek, ale nie jest pewnym siebie zbirem – potwornie zżera go stres, ma wątpliwości natury moralnej. Ukochana zleciła mu zabójstwo własnego ojca, który miał molestować ją za młodu. Andriej (Witalij Chajew) wpuszcza chłopaka córki do środka, a jego żona oferuje młodemu kawę. Intencje Matwieja szybko wychodzą na jaw. Okazuje się, że policjant jest przygotowany na wizytę oprycha dużo bardziej, niż ten mógłby zakładać.

ZTatulku3

     W „Zdychaj, tatulku!” – pełnometrażowym debiucie Kiriłła Sokołowa – mieszają się ze sobą kiczowaty slapstick oraz krwawa stylistyka splattera. Z minuty na minutę do ekstremum nakręca się spirala przemocy, czego przypieczętowaniem może być scena, w której bohaterowi wypadają z jamy brzusznej jelita. Może, ale nie musi – „Zdychaj, tatulku!” to ciąg drastycznie brutalnych scen, powiązanych ze sobą cienką nicią fabuły. Każdy znajdzie tu coś obrzydliwego. Sokołow wprowadza do scenariusza galerię postaci drugoplanowych, a większość z nich to niezgrabne karykatury, których jedynym celem istnienia jest efektowny skon. Gdy któryś z uczestników akcji ginie, reżyser nie pozostawia reszcie ani chwili na zbędne sentymenty – masakra toczy się dalej.

Czytaj dalej Z wódką we krwi. [„Zdychaj, tatulku!”, 2018]

Cały ten chory fandom. [„The Fanatic”, 2019]

     John Travolta coraz częściej przyciąga do siebie projekty, które kończą jako box-office’owe fiaska. Po „Dolinie przemocy” i „Gottim” kolejną pozycją w filmografii aktora został „The Fanatic” – dreszczowiec Freda Dursta, który tłoczył się w jego głowie od przeszło piętnastu lat, a kiedy już powstał, ściągnął na siebie mnóstwo złej prasy. I choć hasło „thriller reżyserowany przez frontmana Limp Bizkit” nie zapowiada dzieła z wyższej półki, porażka filmu jest miażdżąca. W tydzień po premierze kinowej „The Fanatic” zainkasował trzy tysiące dolarów.

Fanatic3

     „Hollywood Reporter” uznał, że dzięki współpracy z Durstem Travolta sięgnął „nowego dna”. To opinia szorstka i bezwzględna, ale „Fanatic” – pomimo wielu swych ułomności – nie jest projektem całkowicie pozbawionym wartości. Jedynie zbyt dosłownym, kręconym na jedno kopyto. Przypomina piosenki LB, które pozbawione były głębi i wszystkie brzmiały właściwie tak samo. Travolta gra tu Moose’a – faceta w średnim wieku i zagorzałego miłośnika kina grozy, który prawdopodobnie zmaga się z autyzmem. Pracuje on na Hollywood Boulevard, gdzie wskakuje w kostium XIX-wiecznego, londyńskiego policjanta i „bawi” przechodniów głupkowatym akcentem. Nikt nie zatrzymuje się, by zrobić sobie z Moosem zdjęcia – nie, kiedy otaczają go charyzmatyczni magicy i imitatorki Marilyn Monroe. Bohater ma jedno marzenie: chce poznać swego idola, Huntera Dunbara (Devon Sawa). Wydaje więc ostatnie oszczędności, by kupić jego kamizelkę z filmu sci-fi. Chce zaprzyjaźnić się z ulubieńcem, przypodobać mu się, odwiedzać go w domu. Nie rozumie słów: „zostaw mnie, świrze!”

Czytaj dalej Cały ten chory fandom. [„The Fanatic”, 2019]

„Fuckin’ millennials!” [„Tone-Deaf”, 2019]

     Richard Bates Jr. powrócił z nowym filmem i chociaż poziomem odrobinę odstaje on od poprzedniego („Trash Fire”), możecie nastawiać się na kino zadziorne, zrealizowane z pazurem – bynajmniej nie spiłowanym. Narracja prowadzona jest w „Tone-Deaf” w stylu charakterystycznym dla reżysera: opiera się na przebłyskach wspomnień i surrealnych wizjach, zmierzając zarazem w kierunku nieuchronnej katastrofy. Pokręcony storytelling przysporzył Batesowi Jr. grupę wiernych fanów i zapewne ucieszy ich fakt, że czwarta fabuła Amerykanina posługuje się tym samym ciętym, kąśliwym jęzorem, co produkcje wcześniejsze.

Tone-Deaf-4

     „Tone-Deaf” ma stanowić komediowe spojrzenie na nastrój społeczno-polityczny, panujący obecnie w Stanach Zjednoczonych. Poznajemy Harveya (Robert Patrick), podstarzałego prowincjusza i wdowca, który mieszka w stylowym domu pośród pól. Mężczyzna kieruje się dewizą, wedle której życie opiera się wyłącznie na wysiłkowej pracy i poświęceniach. Deprymuje go modernizacja, rozwój społeczny stanowi dla Harveya tak dalece posunięty problem, że wreszcie wpada on w sidła szaleństwa. Mężczyzna zamieszcza w internecie ogłoszenie o wynajmie domu na weekend. Odpowiada na nie dwudziestokilkulatka w wielkich okularach i z telefonem przyklejonym do ręki. Dziewczyna ma zupełnie inne wartości i priorytety niż on, gdy był w jej wieku. Nie może wiedzieć, że wpadła w pułapkę bez wyjścia. Rozpoczyna się polowanie na millenialsa.

Czytaj dalej „Fuckin’ millennials!” [„Tone-Deaf”, 2019]

Finding the right home can be murder. [„Wymarzone mieszkanie”, 2010]

     Dawno nie widziałem azjatyckiego horroru, ale o „Wymarzonym mieszkaniu” (aka „Dream Home”) słyszałem wiele dobrego, więc postanowiłem nadrobić zaległości. Film znalazł się na kilku listach najlepszych slasherów ostatnich lat, choć warto zaznaczyć, że kinem typu slash-and-hack jest zaledwie w jednej trzeciej. Pomyślano „Dream Home” jako miks horroru i dramatu społecznego, w którym bohaterka zmaga się z przeciwnościami losu – chorobą ojca, rosnącymi kosztami utrzymania w Hongkongu – i w końcu pęka. A przez „pęka” mam na myśli, że chwyta za ostre narzędzie i zaczyna mordować mieszkańców drogiego apartamentowca – bo nie było ją stać, by w nim zamieszkać. Sheung (Josie Ho) pracuje na dwa etaty, ale coraz wyższe ceny mieszań oddalają ją od marzenia o wprowadzeniu się do prestiżowego lokum z widokiem na miasto. Do tego nie może opłacić operacji swemu tacie, a przyjaciele nie rozumieją jej problemów.

DreamHome2

     Reżyser Ho-Cheung Pang przygląda się dwóm klasom społeczności hongkońskiej: biedniejszej średniej i tej wyższej. Bohaterka z oddaniem walczy o swój własny, wymarzony kąt, zupełnie tracąc kontakt z rzeczywistością. Morduje ludzi dalekich od perfekcji (np. potencjalnych gwałcicieli), ale w gruncie rzeczy niewinnych. Wątek socjologiczny jest w „Dream Home” prowadzony na pierwszym planie, a sceny gore to jedynie urozmaicenie – przynajmniej w teorii, według zamysłu reżysera. W istocie dramat społeczny mniej intryguje – chwilami wręcz nuży – a jatka to najlepsze, co ma Pang w ofercie. Dawno nie zostałem uderzony po oczach tak obrazową, dosadną przemocą. Sheung nie uśmierca swoich ofiar „byle jak”: każde morderstwo jest spektakularne, zaskakujące i wyjątkowo brutalne. To orgia terroru i agresji: chłopak zostaje rozpruty do tego stopnia, że prawie wszystkie jego wnętrzności lądują na podłodze, a ciężarna kobieta zostaje powoli uduszona odkurzaczem i w międzyczasie dochodzi do poronienia. Sceny zabójstw są abstrakcyjne i mało realistyczne, ale przerażają, bo przemoc wydaje się niczym nieuzasadniona. Koniec końców Sheung nie przejmuje mieszkań swych ofiar; zabija je jakby dlatego, że żyje im się lepiej, na wyższym poziomie.

Czytaj dalej Finding the right home can be murder. [„Wymarzone mieszkanie”, 2010]

Para mieszczuchów kontra obłąkany wieśniak Dennis Quaid. [„The Intruder”, 2019]

     Dennis Quaid powoli staje się drugim Nicolasem Cagem. Dawno nie zagrał w naprawdę dobrej produkcji – jeśli już to w guilty pleasures – a jego kolejne role stają się coraz bardziej przerysowane. W „Intruderze” grany przez Quaida bohater sprawia wrażenie nieślubnego dziecka Jacka Torrance’a oraz Brenta Ryana z „Mamy i taty”. Poznajemy go, gdy próbuje sprzedać sąsiadującą z lasem posiadłość. Problem w tym, że Charlie nie ma zamiaru opuścić swego domu – nawet po przybyciu nowych lokatorów.

TheIntruder2

     „The Intruder” wyreżyserowany został przez Deona Taylora – twórcę wielu kiepsko przyjętych horrorów, a także parodii „Meet the Blacks”, która starała się obśmiać rasizm, ale ostatecznie sama wrzała od uprzedzeń i szkodliwych stereotypów. Nowy projekt Taylora ma nad poprzednimi tę przewagę, że na jego realizację wyłożono odrobinę więcej budżetu, przez co całość – nawet jeśli odbiega od filmowej klasy „A” – z powodzeniem mogła wybić się z rynku direct-to-VOD. Film wygląda nieźle, bo producentom udało się znaleźć imponującą, śródleśną lokalizację, z ponad stuletnią willą na czele. Ogląda się go – podobnie – nie najgorzej, głównie dzięki przegiętej roli Quaida i wybuchom jego obłędu. Jeśli rekomendacja rzędu: „oglądalny” dużo dla Was znaczy, dajcie „Intruderowi” szansę. Wiedzcie tylko, że to historia oparta na sprawdzonych schematach i podczas seansu może towarzyszyć Wam poczucie déjà vu.

Czytaj dalej Para mieszczuchów kontra obłąkany wieśniak Dennis Quaid. [„The Intruder”, 2019]