Archiwa tagu: Jason Voorhees

Krwawo i autoreferencyjnie. [„Piątek, trzynastego VI: Jason żyje”, 1986]

     Crystal Lake przechrzczono na Forest Green, by na zawsze zapomnieć o Jasonie Voorheesie – zabójcy w hokejowej masce, który przez lata siał w okolicy spustoszenie. Spotkanie z psychopatą wciąż wspomina jednak Tommy Jarvis (Thom Mathews), niepotrafiący uporać się z krwawą przeszłością. Chłopak odwiedza miejsce pochówku Jasona i próbuje unicestwić jego szczątki – raz na zawsze. Gdy przebija zwłoki stalowym prętem, zrywa się burza, a uderzenie pioruna przywraca mordercę do życia. Miejska legenda o nieśmiertelnym siepaczu na nowo staje się prawdziwa.

Friday the 13th 6 car scene

     W „Piątku, trzynastego VI” Jason Voorhees po raz pierwszy zyskuje nadludzką siłę: niebywale atletyczny był w każdym poprzednim prequelu, ale dopiero reżyserowany przez Toma McLoughlina film czyni z niego nieumarłą kreaturę, której nie powstrzyma nikt i nic. Ze swojego plugawego grobu powstaje Jason niczym potwór Frankensteina, a scena wyraźnie nawiązuje do horrorów ze stajni Universal Monsters: nad starym cmentarzyskiem kłębią się opary upiornego, choć niezbyt wiarygodnego dymu, udającego mgłę, „życiodajna” błyskawica jest zaś old-schoolowo rysunkowa. Straszliwe, w duchu gotyckie opary unoszą się też nad samym jeziorem Crystal, które w toku kolejnych zdarzeń zostanie milczącym świadkiem brutalnych zbrodni. „Piątek, trzynastego VI: Jason żyje” z jednej strony posiada cechy klasycyzujące, stawiające film w jednym rzędzie z „Ostatnim rozdziałem” czy „Nowym początkiem”, z innej natomiast perspektywy łamie pewne utarte konwencje, okazuje się horrorem ciekawym, bo burzycielskim. To film-dyskurs, pełen autoreferencyjnych aluzji, ostrym krytykom przypominający, że nade wszystkim ma być slasher dobrą zabawą.

Czytaj dalej Krwawo i autoreferencyjnie. [„Piątek, trzynastego VI: Jason żyje”, 1986]

Reklamy

Krótka piłka: „Never Hike Alone” [2017]

     „Never Hike Alone” to średniometrażowy spin-off „Piątku, trzynastego”. Reżyser Vincente DiSanti wziął zakurzoną serię na celownik i dzięki pomocy Kickstartera nakręcił fanowski, 50-minutowy slasher. Dobór słów (Kickstarter, film fanowski) mógłby sugerować, że nie warto poświęcić DiSantiemu cennego czasu. Nic bardziej mylnego. W „Never…” nasz stary przyjaciel, Jason Voorhees, wymachuje siekierą z gracją godną 30-paroletniego Kane’a Hoddera. W ostatnim akcie mierzy się nawet z jednym z głównych bohaterów oryginalnego cyklu. Imienia postaci nie wyjawię; napiszę tylko, że DiSantiemu udało się nawiązać współpracę z aktorem, który lata temu brylował w pewnym bardzo lubianym sequelu. „Never Hike Alone” wygląda jak wysokobudżetowy film studyjny, choć w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach kręcony był w lesie przez grupę zapalonych amatorów. Pojawiają się tu odwołania do pierwszych „Piątków”, chwilami pięknie leje się krew, a przede wszystkim sam Jason sprawia wrażenie, jakby dopiero co obudził się z długiej hibernacji. Od DiSantiego, który zagrał zamaskowanego antybohatera, nie da się oderwać oczu. Minusy: „niepełne” i pośpieszne zakończenie, wkurzająco hipsterski protagonista, który przez czterdzieści minut jest w zasadzie jedyną postacią filmu.

     „Never Hike Alone” stanowi odtrutkę na metafikcyjne, kręcone tylko dla zgrywy slashery, jakich wcale ostatnio nie brakuje (I’m lookin’ at you, „Victor Crowley”). Jest w średniometrażówce DiSantiego coś zaskakująco dostojnego. Film był częścią obszernego omówienia ubiegłorocznych horrorów, na jakie zdobyłem się kilka tygodni temu.

     Albert Nowicki – dziennikarz, tłumacz i copywriter, miłośnik kina, zwłaszcza filmowego horroru. Jego teksty pojawiały się między innymi na łamach serwisów Filmweb oraz Movies Room. Blog His Name Is Death prowadzi nieprzerwanie od 2012 roku.

NeverHikeAlone2

06

Dwadzieścia trupów w półtorej godziny. [„Piątek, trzynastego V: Nowy początek”, 1985]

     Przed kilkoma laty Tommy Jarvis (John Shepherd) przeżył spotkanie z Jasonem Voorheesem. Mało tego – udało mu się wyrwać z rąk psychopaty maczetę i wymierzyć sprawiedliwość. W rezultacie Jason trafił tam, gdzie jego miejsce: do piachu. Teraz chłopak jest u schyłku swoich nastoletnich lat. Trauma z przeszłości odcisnęła na jego mózgu trwałe piętno. Tommy błąka się między ośrodkami dla trudnej młodzieży, by wreszcie przybyć do śródleśnego zakładu w Pinehurst. Trafia pod opiekę Pam Roberts (Melanie Kinnaman), która zajmuje się resocjalizacją zaburzonych i nieprzystosowanych młodziaków. Gdy jednak Tommy pojawia się w Pinehurst, w okolicy zaczyna dochodzić do brutalnych morderstw. Czyżby stał za nimi legendarny oprawca w masce hokeisty? A może Jarvis śni na jawie i w chorych majakach ukazują mu się zabójstwa upozorowane przez umysł?

Friday the 13th V-Eddie

     Postawmy sprawę jasno i nie owijajmy niczego w spoiler alert(!)y: w „Piątku, trzynastego V: Nowym początku” nie zabija Jason. To fakt powszechnie znany i bardzo często wymierzany w stronę reżysera, Danny’ego Steinmanna, jako zarzut. Jednakże wymierzany niepotrzebnie. Co z tego, że w „piątce” kwiat amerykańskiej młodzieży wybija inny obłąkaniec (mianowicie Roy Burns, mszczący się za śmierć syna niczym Pamela Voorhees)? Duch Jasona był obecny na planie zdjęciowym filmu i jest widny w scenariuszu. W niektórych scenach postaci niemal „zarażane” są typowym dla antybohatera amokiem. Gdy tylko w zwidach Tommy’ego pojawia się Jason, chłopak zaczyna zachowywać się jak czub – wariuje na potęgę i okłada nieprzyjaciół ciosami, jakich nie powstydziłby się zawodowy karateka. Ważniejsze pozostaje, oczywiście, metodyczne podejście Roya do krzywdzenia innych. Facet zna się na rzeczy i ma łeb pełen chorych pomysłów. „Nowy początek” pozostaje więc zharmonizowany z poprzednimi, dużo mniej karconymi „Piątkami”. Nie jest żadną abominacją.

Czytaj dalej Dwadzieścia trupów w półtorej godziny. [„Piątek, trzynastego V: Nowy początek”, 1985]

The body count continues

              Horrorów takich jak „Piątek, trzynastego IV: Ostatni rozdział” nie widuje się dziś prawie w ogóle – produkcja Josepha Zito to relikt czasów przyjaźniejszych bohaterom pokroju Jasona Voorheesa. Wielka to szkoda. O swojej miłości do filmów z lat 80. pisałem już wielokrotnie. „The Final Chapter” może posłużyć tak za czołowego reprezentanta tego okresu, jak i sztandarową odsłonę serii „Friday the 13th”. Dziewięćdziesięciominutowy slasher ma w ofercie wszystko, za co uwielbiamy kino czasów Johna Carpentera czy Wesa Cravena, od wybornych efektów gore zaczynając, a na podskakującej grzywce Crispina Glovera kończąc.

fridaythe13thIV-jimbo

     Po starciu z tyleż rozpieszczoną, co i waleczną Chris Higgins, Jason trafia do szpitala okręgowego w Wessex. Uznany zostaje za martwego, lecz co rusz subtelnie przejawia oznaki życia – czego nie zauważa personel kliniki. Psychopata wydostaje się z kostnicy, z zimną krwią zabija lekarza i pielęgniarkę, a następnie wyrusza w kierunku Crystal Lake. Z maczetą Voorheesa przyjdzie spotkać się grupie ośmiu nastoletnich urlopowiczów oraz mieszkającej na skraju lasu rodzinie Jarvisów.

Czytaj dalej The body count continues

Zwycięski powrót

          „Friday the 13th” to więcej niż saga horrorów. To marka, renoma, producencki geniusz. Krytycy nie zostawiali na filmach z serii suchej nitki, a jednak przebojowa formuła krwawych slasherów przywracała Jasona Voorheesa do kin regularnie co rok. Do roku 2009 płodny cykl doczekał się dwunastu odsłon. Duża w tym zasługa reżysera Steve’a Minera, którego „Piątek, trzynastego II” do dziś pozostaje bardzo udanym sequelem.

friday2machete

     Nieszczęsnej Alice Hardy (Adrienne King), jedynej ocalałej z masakry dokonanej przez Pamelę Voorhees nad jeziorem Crystal, niedługo dane jest cieszyć się z życia. Dziewczyna zostaje zamordowana we własnym domu, zadźgana szpikulcem do lodu. Czy zdeformowany synalek pani Voorhees żyje i łaknie zemsty za śmierć matki? Przekonają się o tym młodzi dydaktycy, przygotowujący otwarcie obozu letniskowego po drugiej stronie kryształowej tafli.

Czytaj dalej Zwycięski powrót

A date to remember

           Gdy w 1980 roku na ekranach kin debiutował pamiętny „Piątek, trzynastego” Seana S. Cunninghama, towarzyszyła mu atmosfera zgorszenia obyczajowego. Film, pełen efektów gore, bez skrępowania epatował obrazami otwartej przemocy. Krytycy nie kryli nienawiści wobec produkcji Cunninghama, a wielu z nich okrzyknęło ją jako sezonowy przebojów – filmidło, które przepadnie bez echa.

kbaconf13

     Jednak „Piątek, trzynastego” nie umarł i w krótkim czasie zainicjował obszerną, wieloletnią serię horrorów. Zgromadził też armię fanów, zarobił krocie oraz wpisał się w księgi historii amerykańskiej popkultury.

Czytaj dalej A date to remember