Archiwa tagu: kanibalizm

Serce się kraje. [„Moja krwawa walentynka”, 1981]

     Jest rok 1981. Po utopionym we krwi halloween i morderczo pechowym piątku, trzynastego przyszła pora na horror z udziałem miłosnych liścików i bombonierek. Tak jakby. W „Mojej krwawej walentynce” na czerwonych karteczkach zapisywane są nie wyznania miłosne, a groźby śmierci, natomiast w romantycznych pudełkach, zamiast czekoladek, można znaleźć wyrwane z piersi serca. Film powstał na fali popularności kina stalk n’ slash, w złotej erze horroru spod znaku maski i piły łańcuchowej. Dzięki świetnej jakości wykonawczej oraz nietypowej scenerii (akcję osadzono na kanadyjskiej prowincji) „Moja krwawa walentynka” z łatwością podbiła serca maniaków gore’u. Dziś film uchodzi za kultowy, choć dwanaście lat temu nie był nawet dostępny w wersji reżyserskiej, która tchnęła weń nowe życie.

MyBloodyValentine3

     Górnicze miasteczko Valentine Bluffs szykuje się do pierwszej od dwóch dekad potańcówki z okazji święta zakochanych. Huczne obchody walentynek były przez lata zakazane, bo przesądni mieszkańcy obawiali się powrotu Harry’ego Wardena. Pracownik kopalniany, który wskutek nieuwagi zwierzchników został uwięziony pod ziemią wraz z kilkoma innymi mężczyznami, a przetrwał w akcie kanibalizmu, od lat nie był widziany przez żywą duszę. Jednak jego imię co roku spędza sen z powiek każdej kochającej się parze, a starszyzna wierzy wręcz, że Warden spaceruje ciemnymi uliczkami z nieodłącznym kilofem w dłoni – to klasyczna legenda miejska. Dla grupy zaprzyjaźnionych dwudziestolatków troska starszych znaczy tyle, co nic. Młodzi chcą się wyszumieć i organizują na terenie kopalni zamknięte przyjęcie. Dla tych, którzy przeżyją imprezę, 14 lutego już na zawsze pozostanie najbardziej pamiętną datą w kalendarzu.

Czytaj dalej Serce się kraje. [„Moja krwawa walentynka”, 1981]

Czarownice kontra świat. [„Małgosia i Jaś”, 2020]

     Szybko zdajemy sobie sprawę, dlaczego tytuł nowego filmu Oza Perkinsa to „Małgosia i Jaś”. W uwspółcześnionej adaptacji baśni Grimmów pierwsze skrzypce gra tylko jedna z postaci tytułowych: kreowana przez Sophię Lillis zaradna szesnastolatka. Jej brat to w zasadzie bohater drugoplanowy, do tego odmłodzony przez reżysera w stosunku do książkowego oryginału, by starsza Małgosia mogła mu matkować. Lillis błyszczy w roli przodującej. Film w znacznej mierze skupia się na drodze Małgosi (lub, jeśli wolicie, Gretel) ku emancypacji; pokazuje, jak dziewczyna usiłuje przejąć kontrolę nad swoim życiem, próbuje wzmocnić swoją pozycję społeczną. Nakręcił Perkins nietypowy coming-of-age movie, w którym nacisk położono na przemianie wystraszonej dziewczynki w silną kobietę.

GretelAndHansel-03

     Pozostaje jednak „Małgosia i Jaś” efektownym horrorem, bo oryginalne opowieści Grimmów były przecież pełne brutalnych metafor, niewypowiedzianego tragizmu i mrocznej symboliki. Jeśli ktoś na obecnej scenie kina grozy miał poradzić sobie z baśniową renarracją, to chyba właśnie Perkins. I zaskoczenia nie ma: film w jego wydaniu stanowi odważną wariację na temat klasycznego utworu, w której germański folklor ludowy przeplata się ze współczesnym wyczuciem gatunku. Mieszkająca w leśnej chacie czarownica to u Perkinsa satanistka o pedofilskich ciągotach, a Małgosia przedstawiona zostaje jako młódka szukająca swojego miejsca w świecie zdominowanym przez mężczyzn. Dziewczyna odkrywa, że czarna magia to w odpowiednich rękach niemal feministyczny oręż.

Czytaj dalej Czarownice kontra świat. [„Małgosia i Jaś”, 2020]

W ciemnej… puszczy. [„The Horde”, 2016]

     Grupa studentów fotografii na wycieczce oświatowej trafia w sam środek piekła, gdy znikąd pojawiają się zmutowani genetycznie agresorzy. Młodzi mieli szlifować swoje umiejętności artystyczne pod czujnym okiem nauczycielki (Tiffany Brouwer), ale ich wyprawa przeobraziła się w scenariusz horroru. Gdy opiekunka zostaje porwana, z odsieczą wyrusza jej bohaterski narzeczony John (Paul Logan) − były członek Navy SEALs.

Horde2

     „The Horde” rozpoczyna się jak archaiczny backwoods slasher, a kończy niczym sieczka z sobotniej ramówki Telewizji Puls. Mieszają się w filmie tropy i konwencje gatunkowe, ale nie jest to raczej zaplanowany manewr: to reżyser i scenarzysta (ponownie Logan) pogubili się w swych inspiracjach. Gdyby „Wzgórza…” miały romans z „Teksańską masakrą…”, a Craven i Hooper nie byliby geniuszami grozy, powstałby straszak podobny do „Horde”. Atakujący protagonistów mordercy przypominają trochę zdeformowanych leśnych dziadków z ostatnich sequeli „Drogi bez powrotu” − nie jest to, oczywiście, komplement.

Czytaj dalej W ciemnej… puszczy. [„The Horde”, 2016]

Masakra po latynosku. [„What the Waters Left Behind” aka „Los olvidados”, 2017]

     Grupa seksownych dokumentalistów wyrusza do Villa Epecuén − zapomnianej przez świat miejscowości na zachodzie Argentyny, która lata temu zatonęła pod hektolitrami podniesionej wody. Dziś jest to teren budzący grozę: zdewastowany i całkowicie opuszczony przez ludzi. Tak przynajmniej wydaje się członkom ekipy filmowej. Bohaterowie − wśród nich Vicky (Paula Sartor) i Diego (Agustin Pardella) − nie zdołają zebrać w Epecuén potrzebnego materiału. Niektórzy nigdy nie wrócą do domu, bo na ich drodze niespodziewanie staną „intruzi”.

what3

     Pamiętacie braci Onettich? Jasne, że tak: parę lat temu ich giallowy throwback, „Francesca”, odbił się szerokim echem wśród fanów horroru. Tegoroczny passion project rodzeństwa, „What the Waters Left Behind” (oryg. „Los olvidados”), odwołuje się do takich klasyków, jak „Teksańska masakra piłą mechaniczną” czy „Wzgórza mają oczy”. Tobe Hooper w swoim opus magnum zmierzył się z powojenną depresją i klimatem politycznym USA lat siedemdziesiątych − pod banalnym tytułem przechwycił głębsze treści. Film Onettich natomiast nie jest zaangażowany socjologicznie: powstał bowiem na bazie zerowego, przesyconego pustym sadyzmem scenariusza, w którym na żadną formę szacunku nie zasłużyli sobie nawet bohaterowie pierwszoplanowi. Ich ciała są masakrowane, ale mało kogo to wzruszy, bo nie łączy nas z postaciami żaden związek.

Czytaj dalej Masakra po latynosku. [„What the Waters Left Behind” aka „Los olvidados”, 2017]

Zawsze niech będzie mama! [„mother!”, 2017]

     W domu pośrodku niczego mieszka para: On (Javier Bardem) i Ona (Jennifer Lawrence). Ich codzienne życie sprawia wrażenia pasma poświęceń, dokonywanych głównie ze strony kobiety. Pełen egzaltacji mężczyzna oddaje się swej pracy – jest poetą, uznanym nie tylko w świecie literatury, ale też popkultury – a jego strudzona partnerka, choć pod sercem nosi serce, o własnych siłach odrestaurowuje spalone niedawno siedlisko. Życie bohaterów tylko z pozoru wygląda na idylliczne – ciąży nad nim kłąb niewypowiedzianych zatargów. Pozostaje jednak uporządkowane, pozbawione perturbacji. Ulegnie to zmianie, gdy do drzwi poety i jego ukochanej zapukają tajemniczy, pełni grzechu małżonkowie (Ed Harris, Michelle Pfeiffer).

mother-review2

     „mother!” – kontrowersyjny, oniryczno-literalny mariaż Darrena Aronofsky’ego – przez niektórych uznany został za metaforę życia artysty, a przez innych czytany był jako alegoria Biblii. Sam reżyser przyznał, że jest jego nowy projekt „dziełem psychotycznym”, którego nie należy nadinterpretować. Wizja Aronofsky’ego tonie w surrealizmie posuniętym chwilami do buñuelowskich granic. Siląc się na mniej lub bardziej wymyślne analizy, na pewno ujrzymy w Javierze Bardemie Boga, mącącego w słabych głowach wszystkim tym, którzy ślepo szukają duchowego i mentalnego dowództwa. Jednak nieopatrzony pretensjonalną symboliką religijną, „mother!” przedstawia się nie mniej intrygująco. To film o najmroczniejszych zaułkach jestestwa, z upływem czasu stający się coraz to ambitniejszym przedsięwzięciem i coraz bardziej niepokojącym doświadczeniem. W swych finalnych stadiach urasta do rangi symfonii apokaliptycznej: spokojny wieczór poety i jego niewiasty w ciągu sekund przeistacza się fantazyjną, prowojenną mszę satanistów.

Czytaj dalej Zawsze niech będzie mama! [„mother!”, 2017]

All that she wants. [„The Bad Batch”, 2016]

     Keanu Reeves jako wąsaty baron narkotykowy, kanibale-kulturyści, kwasowe halucynacje na spalonej słońcem pustyni. Idiosynkatyczny neowestern „The Bad Batch” w reżyserii Any Lily Amirpour uderza nie tyle oryginalną koncepcją, co umiejętną żonglerką kultowymi ikonami. Grana przez Suki Waterhouse Arlen, poddana amputacji nogi i przedramienia przez teksańskich ludożerców, to wykapana Cherry Darling z pamiętnego „Planet Terror”. Jej droga ku zemście równie dobrze mogłaby stanowić oś konstruktywną scenariusza tarantinowskiego. Jednak Arlen nie jest maszyną do zabijana à la Beatrix Kiddo; to valley girl, która znalazła się w złym miejscu, o złej porze. Jej postać skłonna jest tak do brutalnych, ryzykownych posunięć, jak i infantylnych miłostek.

BadBatch2

     W „The Bad Batch” grindhouse’owa eksploatacja i romantyczne uniesienia idą ramię w ramię w gatunkowym marszu. Prędzej niż dzikim, postapokaliptycznym horrorem okazuje się jednak drugi film Amirpour zajmującą historią miłosną, bardziej ekscentryczną niż miałką, bo kreowaną między ciekawymi indywiduami. Ona jest więc zbłąkaną kaleką z sercem wielkim jak dzwon. On (drętwy Jason Momoa) – mięśniakiem o duszy artysty, „ojcem” i „wdowcem”, upodlonym imigrantem. Ona zabiła jego kobietę, członkowie jego szajki pożarli jej kończyny. „Bad Batch” nie jest w pełni udanym studium postaci: Amirpour kwestie jak, przykładowo, ostracyzm czy zaburzenia psychiczne poddaje tylko pobieżnej dyskusji. Tracą na tym barwne postaci drugoplanowe, których potencjał zostaje niewykorzystany (Giovanni Ribisi jako krzyczący wariat, magnetyzujący Jim Carrey jako pustelnik-niemowa). Bohaterowie „Bad Batch” na pewno nie wpiszą się w poczet legendarnych figur kina tak, jak zrobiła to „Dziewczyna, która wraca nocą sama do domu”.

Czytaj dalej All that she wants. [„The Bad Batch”, 2016]