Archiwa tagu: kanibalizm

Dom tysiąca rewelacji

            Czas pędzi jak oszalały. Równo dekadę temu amerykańskiemu reżyserowi i muzykowi metalowemu Robowi Zombie dane było zadebiutować w przemyśle filmowym. Debiutancki produkt przyszłej ikony kina grozy, „House of 1000 Corpses”, podzielił odbiorców na dwa obozy, a Zombie chwalony był za biegłość w tworzeniu jednostkowego, wyzywającego i obłąkanego klimatu, choć zarazem krytykowany za obcesowe natchnienie duchem kina exploitation. Oglądając „Dom…” z perspektywy dziesięciu lat, dostrzeżemy, że jest to film torujący Zombie’mu drogę do dalszej kariery, podobny do kolejnych dzieł kontrowersyjnego reżysera. Co najistotniejsze – to nieodparcie dobry horror, pełen zalet i rewelacji.

     Halloween. Podróżujący po obrzeżach Teksasu studenci zapoznają się z „wiejskimi legendami”, licząc na dreszcz emocji. W muzeum niejakiego Kapitana Spauldinga zainspirowani zostają historią sadystycznego mordercy, Doktora Satana. Przypowieść dotycząca szaleńca okazuje się bardziej niż prawdziwa, gdy młodzi zawierają znajomość z ekstrawagancką rodziną Firefly’ów – mieszkających w okolicy kanibalów, polujących na naiwnych wędrowców.

Czytaj dalej Dom tysiąca rewelacji

Nie ma Cronenberga nad Cronenberga

          Najpierw entuzjazmowałem się szykowanym do wydania filmem Cronenberga. Moja ekscytacja wzrosła, gdy publikę zaskoczono, że projekt firmowany jest imieniem Brandona – syna słynnego, choć mało wziętego ostatnimi laty Davida. Aż do momentu projekcji, niewzruszony, przeświadczony byłem o nadchodzącym geniuszu młodego Cronenberga. „Antiviral” po trosze zawiódł moje oczekiwania. Czy zdolność kreacji nie jest zapisana w DNA?

     Wiele wskazuje na to, że jest. Inwencji twórczej, mimo wszystko, nie brak Brandonowi. Jego debiutancki film to przynajmniej w jednej drugiej dzieło skrojone na miarę wczesnych obrazów Davida Cronenberga. Jednocześnie przepaść między ojcem a synem jest okazała.

Czytaj dalej Nie ma Cronenberga nad Cronenberga

Zły skręt. Prosimy o powrót!

     O „Drodze bez powrotu 5” nie można napisać wiele dobrego. Ba, o tym filmie w ogóle ciężko się rozpisać. Najnowszy obraz Declana O’Briena nie jest kreatywny i uparcie podąża tropem wcześniejszych dokonań reżysera, a więc trzeciej i czwartej odsłony popularnej sagi. Powraca lichej próby gore i wyolbrzymiona do potęgi głupota. Profanacja trwa w najlepsze…

     Całą żółć, która psuła radość z projekcji ostatnich sequeli oryginalnego „Wrong Turn”, znajdziecie tutaj. Jeśli bardzo udana „Droga bez powrotu 2” podniosła serii poprzeczkę, „trójka” tylko ją pogrążyła. „Wrong Turn 5” natomiast zdaje się powielać wszystkie wady swoich poprzedników i lepi z nich coś na oślep. Powstaje bardzo niekształtna horrorowa masa; jeśli ciasto, to tylko zakalec.

Czytaj dalej Zły skręt. Prosimy o powrót!

Z sercem do bebechów

     Zaczęło się w połowie lat dziewięćdziesiątych. Krzyk  Wesa Cravena wyraźnie inspirowany był popularnymi slasherami sprzed dekady. Początek nowego milenium spłynął falą ponownego natchnienia wśród adeptów filmowej grozy, którzy tchnęli w gatunek horroru nowe życie. Za wzorzec posłużyły uznane w latach 70. splattery i projekty z nurtu exploitation. Pomiędzy wieloma lepszymi i gorszymi remake’ami (Teksańska masakra piłą mechaniczną, Wzgórza mają oczy) ukazały się liczne produkcje oryginalne, w tym Droga bez powrotu  Roba Schmidta – dość mierne filmidło na jeden seans, regularnie i zasłużenie pomiatane przez krytykę jako niezborna kombinacja dwóch wymienionych powyżej tytułów. Śmieszne wydawały się informacje o realizacji sequela tego straszaka, które pojawiły się na kilka lat po jego premierze, tym bardziej, że kontynuację szykowano wyłącznie na rynek DVD. Jesienią 2007 roku Droga bez powrotu 2 okazała się przyjemną niespodzianką.

     W zastępstwie za nijakich bohaterów prequelu, którzy dokonując tytułowego złego skrętu zboczyli z zakorkowanej drogi i skazali się na śmierć z rąk zmutowanych genetycznie kanibali okupujących lasy Zachodniej Wirginii, mamy tu ekipę telewizyjną kręcącą program typu reality show na wzór kultowego Survivor. Zadaniem jej członków jest przetrwać w dziczy za wszelką cenę. Gdy już okazuje się, że są oni narażeni nie tylko na jedzenie robaków i mniejszych zwierząt przed kamerą, ale też sami stają się obiektem łowów, mało kto wykazuje wystarczająco wysoką wolę przetrwania, a wegetarianka ze skłonnością do autoagresji i melancholii (w tej roli Erica Leerhsen) okazuje się twardsza niż krzykliwy eks-komandos (Henry Rollins). Ironia sama w sobie.

Czytaj dalej Z sercem do bebechów