Archiwa tagu: Katharine Isabelle

Wiele krzyku o nic? [„The Girl in the Photographs”, 2015]

     Twórcy „The Girl in the Photographs” – horroru hucznie obwołanego jako ostatni film produkowany przez mistrza Wesa Cravena – raz jeszcze zabierają nas na amerykańską prowincję, gdzie zdradliwe, ciche ulice wartko spływają krwią niewinnych. W miasteczku Spearfish grasuje seryjny morderca. Brutalnie pozbawia on życia młode kobiety, a następnie w psychotycznym uniesieniu fotografuje ich zwłoki. Zdjęcia trafiają w ręce zblazowanej Colleen (Claudia Lee), która z przerażeniem przekazuje je policji. Gdy stróże prawa nie okazują jej wsparcia, dziewczyna zdaje sobie sprawę, że jest zdana wyłącznie na siebie. Zabójca ewidentnie czegoś od niej chce. Jej strachu? Jej serca? A może odrobiny uwagi?

hnid-girlphoto1

     „The Girl in the Photographs” to jeden z tych filmów, które zaczynają się przeciętnie, następnie w pocie czoła współtwórców pracują na uznanie widza, a kończą się zaskakująco dobrze. Już prolog podsuwa nam myśl, że coś w reżyserowanym przez Nicka Simona projekcie nie gra: bądź co bądź mrożąca krew w żyłach sekwencja porwania ofiary (Katharine Isabelle, „See No Evil 2”) z jej własnego domu kończy się nieefektownie, nagle i po diable. Miejsce lubianej scream queen szybko zajmują postaci denerwujące, a nawet proszące się o śmierć. Ta, niestety, nie nadchodzi. Simon wyznał, że chciał nakręcić horror, którego główni bohaterowie nie są mięsem armatnim, a wartymi poznania indywiduami. Te ambitne założenia nijak nie przekładają się na finalne przedstawienie protagonistów, których wnętrza zieją pustką: postaci Simona nie obawiają się o własne życia, pozostają niewzruszone otaczającą je makabrą. Z grona aktorów pierwszoplanowych najlepiej wypada przed kamerą Kenny Wormald, źródło naturalnej, pozytywnej energii. Z politowaniem spogląda się natomiast na Kala Penna, którego słowne biegunki drażnią prawie tak bardzo, jak jego hipsterski styl bycia.

Czytaj dalej Wiele krzyku o nic? [„The Girl in the Photographs”, 2015]

Nie ma tego złego…

        Gdy kilka miesięcy temu obwieszczono, że siostry Jen i Sylvia Soska reżyserują sequel wyprodukowanego przez WWE Studios slashera „See No Evil”, zakiełkowało we mnie ziarno niepokoju. „Żegnajcie, bliźniaczki”, pomyślałem. „Miło było Was poznać”. Ostatni projekt kanadyjskich sióstr – głośny, nagradzany horror „American Mary”, swym widzom zapewnił głęboki i zaskakujący seans, a dla reżyserek stał się katapultą do sławy. „See No Evil” natomiast był filmem bezwartościowym – niegodnym uwagi, odmóżdżonym rupieciem. Wrodzony sceptycyzm odpłacił mi się z nawiązką. Kontynuacja przeboju kinowego z 2006 roku jest nie tylko lepsza niż prequel, ale też udana w indywidualnym zakresie.

seenoevil2-1

     Niedoszła studentka medycyny Amy (Danielle Harris) spędza noc w prosektorium. W asyście dwóch towarzyszy ma przeprowadzić pośmiertne badania dostarczonych zwłok. Szpital odwiedzają jednak niespodziewani goście. Są nimi przyjaciele Amy, którzy, nie bacząc na nic poza dobrą zabawą, planują urządzić w lecznicy huczną imprezę – obchodzony jest bowiem dzień urodzin dziewczyny. Pomiędzy łykiem alkoholu a pląsem w rytm głośnej muzyki rodzi się pomysł, by zwiedzić spowitą mrokiem klinikę. Radość bohaterów nie trwa długo. W kostnicy dochodzi do ewenementu, a błędnie zdiagnozowany jako denat mężczyzna powstaje na równe nogi. Zmartwychwstałym okazuje się Jacob Goodnight (Glenn „Kane” Jacobs), nieujarzmiony masowy morderca.

Czytaj dalej Nie ma tego złego…

Więcej znaczy mniej

     Istnieją filmy, które jeszcze na długo przed premierą skazane są na sukces. Wzięty reżyser, aktor na fali – mogą oni być gwarancją sukcesu w przypadku najsłabszych projektów. Jednak częściej do kin przyciąga widzów historia, a dokładnie bohater. W omawianym dziełku spod ręki Ronny’ego Yu (Narzeczona Laleczki Chucky) pojawiają się aż dwie kultowe postacie – i to kultowe w najbardziej dosadnym tego słowa znaczeniu. Freddy Krueger i Jason Voorhees to kluczowe ikony kina, bożyszcza każdego szanującego się fana horroru.

     Podstawowa kwestia, której przed nakręceniem Freddy’ego kontra Jasona ani sekundy nie poświęcili twórcy to, czy po dziesiątkach mniej lub bardziej udanych sequeli widownia obu gigantów kina grozy nadal ma ochotę oglądać swoich pupili. W Freddy’s Dead: The Final Nightmare Kruegerowi zdarzyło się dosiąść miotły w spiczastym kapeluszu, a w jeszcze bardziej szmatławym Jasonie X tytułowy morderca wylądował na statku kosmicznym. Kolejne kontynuacje, choć najczęściej mogły pochwalić się dobrymi wynikami box office’owymi dookoła świata, sięgały wyżyn głupoty. Nie inaczej w przypadku spin-offa obu popularnych serii, scenariusz i prowadzenie fabuły obfituje w niedorzeczność.

Czytaj dalej Więcej znaczy mniej