Archiwa tagu: kino włoskie

Un bellissimo ritorno al passato! [„Francesca”, 2015]

     „Francesca”, drugi projekt w karierze Luciano Onettiego, zapowiadany był kilka miesięcy temu jako przełomowy horror produkcji argentyńskiej. Latynoamerykańskich filmów grozy nie powstaje zbyt wiele, a już na pewno – odliczając debiut Onettiego, „Sonno Profondo” – rzadko uprawia się w Ameryce Południowej neo giallo. Dziwi więc fakt kompletnego zaniedbania światowych dystrybutorów, którzy zapomnieli, zdaje się, o bajecznym zwiastunie „Franceski”, opublikowanym ubiegłego lata przez Guante Negro Films. „Francesca” to produkcja urzekająca i osobliwie oryginalna.

Francesca-2

     Początek filmu zapowiada mistrzowskie dzieło. Młoda kobieta kołysze niemowlę w rękach, słodko mu przy tym śpiewając. Nie dostrzega drugiego ze swych dzieci – kilkuletniej Franceski, która z chorą przyjemnością dźga zmaltretowane truchło ptaka. Scena zaserwowana zostaje w akompaniamencie górnolotnej muzyki, a przerywana jest przez ujęcia wspomnianej, turkusowej ptaszyny, skłonnej jeszcze do majestatycznego trzepotania skrzydłami. Gdy na ekranie pojawia się nazwisko reżysera, niczemu nie winien noworodek obrywa szpikulcem w oko. Po latach, w deszczowy dzień, odziana w skórzaną kurtkę i czerwone rękawiczki postać przygrywa na fortepianie. Mrocznym dźwiękom klawiszy towarzyszy desperacki okrzyk. W mieszkaniu znajduje się związana kobieta, czekająca na wyrok śmierci. Zabije ją Francesca? Jej okrutnie okaleczony brat? A może ktoś zupełnie inny?

Czytaj dalej Un bellissimo ritorno al passato! [„Francesca”, 2015]

Hrabia sfatygowany. [„Drakula 3D”, 2012]

         Włochy były swego czasu sercem europejskiego kina, a w gatunku filmu grozy – jego wizytówką. Rozmiłowani w horrorze maniacy na nowe produkcje Mario Bavy czy Lucio Fulciego wyczekiwali z wypiekami na twarzy. Emocje większe niż wymienieni artyści wzbudzał już tylko Dario Argento, twórca tak kultowych pozycji jak „Suspiria” czy „Głęboka czerwień”. W najpłodniejszym dla siebie okresie kinematografia włoska płodziła po czterysta filmów rocznie. Sam ojciec chrzestny giallo, jak zwykło się określać Argento, tylko w 1971 wydał dwa pełne metraże. Dziś tytułów made in Italy powstaje w ciągu roku kilkunastokrotnie mniej, a reżyserzy jak Lamberto Bava i Luigi Cozzi lamentują, że ciężko jest Włochom kręcić horrory. W przypadku Argento – którego ostatni film, „Drakula 3D”, będzie obiektem niniejszej recenzji – sytuacja się komplikuje. Włochowi, owszem, tworzy się niełatwo, bo na realizację jego projektów przeznacza się od ponad dekady przysłowiowe grosze. Druga strona medalu jest taka, że Argento – niegdyś gatunkowy tytan, obecnie reżyser sfatygowany – marnotrawi nawet najniższe budżety.

dracula3d

     Historię Drakuli zna każdy. Wschodnioeuropejskiego arystokratę odwiedza Jonathan Harker, młody notariusz, narzeczony pięknej Miny. Hrabia, będący wampirem i postrachem okolicznej wioski, postanawia zdobyć dziewczynę, jako że przypomina mu zmarłą wieki temu żonę. Argento, obstając przy klasycznym szkielecie fabularnym, nadaje opowieści inny niż można by się spodziewać ton. Jego filmu nie porównamy do horrorów ze stajni Hammera. Bliżej mu do „Krwi dla Draculi”, wyprodukowanego przez Andy’ego Warhola pastiszu kina wampirycznego, który ociekał tandetą i seksem, a jednocześnie zachwycał wysublimowaną formą. Bliżej, lecz nie całkiem blisko. „Drakuli 3D” brakuje warholowskiego, kiczowato-artystycznego kroju. W filmie roi się od golizny i przemocy, całość jednak jarmarcznie wykrzyczano, nie nadając jej jarmarcznej poezji. Patową sytuację ratuje poniekąd obsadzony w roli tytułowej Thomas Kretschmann, którego kuriozalna, wymruczana kreacja – mimo że drętwawa – może być uznana za najmocniejszy punkt projektu. Kretschmann, kiedy tylko kusząco nie pomrukuje, niezbyt pokaźny czas ekranowy spędza na objawianiu grymasów, sugerujących osiąganie mikroorgazmów. Dla takiego krwiopijcy warto zostawić uchylone okno.

Czytaj dalej Hrabia sfatygowany. [„Drakula 3D”, 2012]

Sandały, półnagie ciała i starogreckie roboty. [„Przygody Herkulesa”, 1983]

              Jeśli nie jesteście w stanie dostrzec walorów kina (nad wyraz) niskobudżetowego, urok co bardziej kiczowatych pozycji z lat 80. spływa po Was jak po kaczce, a pojęcie kampu jest Wam obce, odpuście lekturę niniejszej recenzji. Darować możecie sobie prawdopodobnie też seans „Przygód Herkulesa” Luigiego Cozziego, jako że stanowią one kwintesencję tandety. W roku 1982, gdy powstawały „Przygody…”, Cozzi miał już na swoim reżyserskim koncie kilka niewypałów – w tym „Starcrash”, niefortunną kopię „Gwiezdnych wojen”. Filmowa interpretacja mitu o Heraklesie udała się Włochowi ciut bardziej, choć także uchodzi za niewydarzoną kalkę.

hercules1983robot

     Cozzi kalkuje w „Przygodach…” estetykę gatunku peplum, a częściowo nawet cechy typowe dla kina science-fiction doby lat 50. Jakim cudem film o Herkulesie czerpie z fantastyki naukowej? Otóż tytułowy siłacz toczy w jednej ze scen bitwę z czarnoksiężnikiem Minosem, który włada zdobyczami techniki (!) i przy ich użyciu planuje przejąć władzę nad Ziemią. Ale po kolei… Po śmierci rodziców młody heros próbuje znaleźć swoje miejsce w świecie; wyrusza więc w podróż. W drodze spotyka wiele osób: niektóre jawią się jako sprzymierzeńcy, inne jako wrogowie, wszystkie są półnagimi kobietami, chcącymi przespać się z mierzącym dwa metry dryblasem. Herkules zakochuje się w jednej z towarzyszek wyprawy, a gdy ta zostaje porwana, rusza jej na ratunek. Nim ponownie weźmie lubą w ramiona, będzie musiał zmierzyć się z antycznymi robotami…

Czytaj dalej Sandały, półnagie ciała i starogreckie roboty. [„Przygody Herkulesa”, 1983]

Fear will eat you alive. [„The Green Inferno”, 2013]

             Jeśli pamiętacie jeszcze Eliego Rotha, wiecie, czego oczekiwać po jego nowym, całkiem głośnym filmie. „The Green Inferno”, podobnie jak „Hostel” czy „Śmiertelna gorączka”, to paradny festiwal groteskowej brutalności i rozlewu krwi. Od czasu premiery swojego ostatniego horroru (a ta miała miejsce osiem lat temu) Roth wydoroślał jednak jako reżyser; lub inaczej – w mniejszym lub większym stopniu porzucił chłopięcy infantylizm. „Green Inferno” to nie tylko film gore, ale też głos w dyskusji nad gorączkowym, snobistycznym aktywizmem politycznym. Głos dość cichy i nieśmiały, lecz uchwytny.

hnid01

     Nowy Jork. Justine (Lorenza Izzo), której ojciec pracuje dla Organizacji Narodów Zjednoczonych, jest studentką prestiżowego college’u. Zszokowana wykładem na temat barbarzyńskich praktyk obrzezania kobiet, dziewczyna angażuje się w ruch studenckich aktywistów. Bardzo szybko ulega wpływom przystojnego Alejandro (Ariel Levy), planującego wystąpić z protestem przeciw wycinaniu peruwiańskich lasów deszczowych. Zorganizowana zostaje ekspedycja, w której udział bierze blisko tuzin osób, wśród nich Justine. Strajk nowojorskich uczniaków ma zostać sfilmowany i puszczony w świat za pośrednictwem mediów społecznościowych. Młodzi ideowcy nie przewidują jednak najbardziej oczywistego: niecywilizowani, tubylczy mieszkańcy Amazonii wcale nie muszą uznać ich działań za pokojowe…

Czytaj dalej Fear will eat you alive. [„The Green Inferno”, 2013]

Checking in – recenzja pierwszego odcinka „American Horror Story: Hotel”

           Gwałcące demony, krwawe orgietki, kuriozalne metody tortur. Wszystkiego tego i nie tylko Ryan Murphy dostarczy nam w piątym już sezonie swojej kultowej antologii grozy, „American Horror Story”. „Hotel”, bo takim podtytułem ów sezon opatrzono, znacznie różni się od innego bieżącego projektu Murphy’ego, „Scream Queens” – będącego lekką (i przekomiczną) autoparodią. Nie kontrastuje natomiast szczególnie z poprzednimi odsłonami „AHS”, wbrew opinii wielu niezadowolonych fanów serii. Pierwszy odcinek „Hotelu”, nawet jeśli kulał momentami fabularnie, charakteryzował się typowymi dla serialu nihilizmem oraz – co tu dużo mówić – grozą.

AHSh-paulson

     Akcja serialu startuje w momencie, w którym w tytułowym hotelu zjawiają się dwie szwedzkie przyjaciółki. Kolejne niepokojące sytuacje zwiastują kłopoty, dziewczęta przymykają jednak na nie oko. Prowadzi je to do zguby, a właściwie do pokoju #64, który – jak twierdzi recepcjonistka (przewrotna Kathy Bates) – będzie dla nich schronieniem przed ewentualnym zagrożeniem. Właśnie w tym pomieszczeniu turystki zostają zaatakowane przez parę upiornych, żądnych krwi dzieci…

Czytaj dalej Checking in – recenzja pierwszego odcinka „American Horror Story: Hotel”

Wieszczowie horroru wciąż są pomiędzy nami

        Schyłek lat 70. Małżeństwo w średnim wieku sprowadza się do domu na peryferiach małej mieściny. Ona (Barbara Crampton) gromadzi w sobie siły po utracie syna, on (Andrew Sensenig) próbuje pozbierać codzienność obu do kupy. Posiadłość, w której zamieszkują, zdaje się żyć własnym życiem: skrzypią jej podłogi, a spomiędzy ścian dobiegają tajemnicze szmery. Państwo Sacchetti stają się w swoim nowym domu gośćmi – nie do końca nieproszonymi…

wash2

     „We Are Still Here” jest filmem znacznie mniej zagadkowym niż powyższy opis fabuły mógłby sugerować. Nie oznacza to jednak, że nie potrafi widza zaskoczyć. W swym pełnometrażowym debiucie Ted Geoghegan postawił na suspens i powściągliwość, nie na tanie efekciarstwo. Jego projekt nosi pewne cechy typowe dla współczesnych horrorów, ale z gracją omija wszelkie wiążące się z nimi pułapki. Gdy przywala po oczach i uszach gromkim jump scare’m, robi to z diabelskim wyczuciem czasu oraz nastroju oglądającego, który to podskakuje w fotelu. Nie inaczej sprawa ma się w przypadku inspiracji kinem minionej epoki – która dla twórców bieżącego kina grozy stała się jakby obowiązkiem. „We Are Still Here” nie szasta gatunkowymi nawiązaniami na prawo i lewo. Z umiarem korzysta z plonów duchowego spadkobrania, cytując głównie jednego tylko reżysera.

Czytaj dalej Wieszczowie horroru wciąż są pomiędzy nami