Archiwa tagu: klaun

„I am here to do the Devil’s work”. [„Bękarty diabła”, 2005]

     „Bękarty diabła” rozpoczynają się wybuchowo – w najdosłowniejszym znaczeniu. Firefly’owie budzą się po nocy pełnej bezeceństw i odkrywają, że ich dom otoczony jest przez oddziały teksańskiej policji. Stróże prawa pikietują na ranczu, w oczekiwaniu na pierwszy krok psychopatycznego klanu – lubującego się w torturach, gwałtach i brutalnych morderstwach. Ekipą dowodzi szeryf Wydell (William Forsythe), szukający zemsty za śmierć brata. Spektakularna strzelanina osłabia Firefly’ów, choć Otisowi (Bill Moseley) i Baby (Sheri Moon Zombie) udaje się uciec przed wymiarem sprawiedliwości. Wydell nie spocznie dopóki tytułowe bękarty znajdują się na wolności.

DevilsRejects3

     W debiutanckim filmie Roba Zombiego, „Domu tysiąca trupów”, dominowała psychodeliczna, dziwnie karnawałowa atmosfera. Reżyser z niebywałą lekkością katował widzów obrazami dalece posuniętej przemocy, choć Firefly’ów przedstawił jako antybohaterów kreskówkowych i dowcipnych. Groteskowy slasher nie zaskarbił sobie pozytywnych recenzji, ale zarobił wystarczająco dużo, by wytwórnia sama zaproponowała Zombiemu dalszą współpracę. Powstały „Bękarty diabła”: horror krwawy i wyzywający, choć tonalnie odbiegający od swego poprzednika. Na plan zdjęciowy wrócili aktorzy z „Domu tysiąca trupów”, a obsadę zasiliło ponadto grono seventisowych ikon: między innymi Ken Foree, P. J. Soles oraz Michael Berryman.

Czytaj dalej „I am here to do the Devil’s work”. [„Bękarty diabła”, 2005]

Krwawy moralitet. [„Dom pani Slater”, 1983]

     Słynne „Widmo”, z Vérą Clouzot i Simone Signoret jako nauczycielkami dręczonymi przez kochanka-tyrana, zainspirowało wiele filmowych dreszczowców. Poza kiepsko przyjętym przez krytykę remakiem, „Diabolique”, powstały też luźno inspirowane francuskim klasykiem odniesienia: między innymi „Gry” Curtisa Harringtona czy „Niech bestia zdycha”. Henri-Georges Clouzot miał też wywrzeć wpływ na Marka Rosmana, którego „The House on Sorority Row” (tytuł polski „Dom pani Slater”) przyjmuje postawę moralizującą. Oto bowiem w ejtisowym slasherze piękne studentki giną nie dlatego, że uwziął się na nie bezmyślny zabójca, a z racji bezmyślnie popełnionej zbrodni.

houseonsororityrow2

     W scenie początkowej tytułowa Dorothy Slater – wynajmująca swoją willę studentkom – rodzi bękarta. Poród odbiera tajemniczy doktor, który na widok malca rzuca z rozczarowaniem: „toż to kolejna porażka!”. Dlaczego dziecko urodziło się nieudane – nikt tego nie wyjaśnia… Po latach schorowana Slater pada ofiarą dowcipu, który wymknął się spod kontroli. Członkinie siostrzanego stowarzyszenia wystrzeliły do zrzędliwej staruszki, nie mając pojęcia, że pistolet był naładowany. Po północy dziewczęta pożałują swej głupoty. Na ich imprezę wkradnie się bowiem uzbrojony intruz, który spocznie dopiero, gdy każda z panien zapłaci za swój błąd.

Czytaj dalej Krwawy moralitet. [„Dom pani Slater”, 1983]

Upiorny klaun powraca. [„Terrifier”, 2017]

     Gdy w 2013 roku w serwisach VOD zadebiutowała horrorowa antologia „All Hallows’ Eve”, krytycy zgodnie przyznali, że najciekawszą jej odsłoną jest nowela o tytule „Terrifier”. Dwudziestominutowy segment o zabójczych podbojach przerażającego klauna nakręcony został w zgodzie z grindhouse’ową estetyką i uczynił ze swojego antybohatera ikonę grozy w toku tłoczenia. Po pięciu latach „Terrifier” powrócił w wersji pełnometrażowej. Czy jest to udany comeback?

Terrifier4

     Noc halloween. Dawn (Catherine Corcoran) i Tara (Jenna Kanell, „Bye Bye Man”) próbują dostać się do domu, ale są zbyt pijane, by siadać za kierownicą. Udają się więc do opustoszałej pizzerii, w której przebywa jedynie mężczyzna w stroju klauna (David Howard Thornton). Groteskowy makijaż przebierańca budzi w Tarze niepokój, a jego martwe spojrzenie zdaje się ją wręcz plądrować. Wystraszone, dziewczęta czym prędzej gnają w stronę samochodu, który – jak się okazuje – ma przebite opony. Bohaterki wpadają w wir przerażających wydarzeń. Ten wieczór zostanie naznaczony krwawym piętnem.

Czytaj dalej Upiorny klaun powraca. [„Terrifier”, 2017]

„Take the boat, Georgie!” [„To”, 2017]

     Październik 1988 roku. Miasteczko Derry w stanie Maine. Bill (Jaeden Lieberher) wręcza swojemu młodszemu bratu statek wykonany z tektury. Panuje burza, a sroga ulewa daje siedmiolatkowi perspektywę wspaniałej zabawy. Chłopiec z radością obserwuje, jak łódka płynie w dół zalanej deszczem ulicy. Papierowy okręt zatrzymuje się przy wlocie burzowca, gdzie malec poznaje Pennywise’a (Bill Skarsgård), samozwańczego tańczącego klauna. Umalowany na biało mężczyzna o wielkich, zwodniczych oczach kryje się w kanałach ściekowych, co wzbudza niepewność chłopca. Ten niepokój jest w pełni uzasadniony. Już po chwili uśmiechnięty klaun odgryza dziecku rękę i wciąga jego wierzgające, okaleczone ciało do rynsztoka… Osiem miesięcy później Bill, zmagający się z poczuciem winy po śmierci brata, staje się uczestnikiem niewytłumaczalnych zdarzeń. Jemu i grupie bliskich mu przyjaciół zaczyna objawiać się Pennywise – zły klaun, który, jak się okazuje, może być odpowiedzialny za częste zniknięcia mieszkających w Derry dzieci. Wizje z udziałem cyrkowego przebierańca są surrealistyczne i oderwane od rzeczywistości, jednak zawsze uderzają w najgorsze lęki nastolatków. Pennywise chce żywić się strachem swoich ofiar – by potem pożreć ich ciała. Bill i jego towarzysze pokonają potwornego klauna tylko wówczas, gdy przeciwstawią się swym wewnętrznym demonom.

It 2017-05

     Niełatwo jest przenieść na duży ekran książkę liczącą ponad tysiąc sto stron. Pochodzący z Argentyny Andrés Muschietti dotychczas znany był jako reżyser jednego tylko filmu („Mama”, 2013). Adaptując powieść Stephena Kinga, „To”, Muschietti porwał się trochę z motyką na słońce. Sugerowały tak niezliczone głosy kinomanów, a ja sam wtórowałem im za każdym razem, gdy serwisy internetowe donosiły o postępujących pracach nad ekranizacją. „Mama” stanowiła przegląd najprostszych horrorowych motywów; była historią wyjącego z żalu ducha, nawiedzającego parę upiornych dzieci. Gdy parę dni temu wreszcie dorwałem się do „Tego”, Muschietti odbudował się w moim oczach – choć tylko po części. W swoim nowym filmie reżyser stawia na czytelność przekazu wizualnego, którym podkręca tylko karuzelę dreszczy i upiorności. Jego Pennywise to ikona grozy w toku tłoczenia: postać ekspresywna, charyzmatyczna i stylowa. Gdyby Muschietti sprzedawał strach równie rezolutnie, jak obmyśla koncepcje estetyczne, „To” uznałbym prawdopodobnie za horror roku.

Czytaj dalej „Take the boat, Georgie!” [„To”, 2017]

Carnival fun. [„The Funhouse Massacre”, 2015]

     W wesołym miasteczku, przebudowanym z okazji przedednia Wszystkich Świętych na Dom Strachu, dochodzi do koszmarnych zbrodni. Stoi za nimi szóstka psychopatów, którzy pod osłoną nocy zbiegli z okolicznego wariatkowa. Goście halloweenowego przybytku nie zdają sobie sprawy, że uczestniczą w rzezi: krwawe zabójstwa, którym się przyglądają, to w ich oczach nic więcej niż szalenie realistyczne efekty specjalne. Gdy mordercy zostają zdemaskowani, zabawa przemienia się w masakrę. Dowodzący grupie maniaków Mental Manny nikogo nie wypuści na wolność.

fhm2

     „The Funhouse Massacre” urasta do swojego tytułu: to slasher zarówno zabawny, jak i odpowiednio krwisty. Po kulawym, z lekka tandetnym prologu, w którym naczelnik szpitala psychiatrycznego (Robert Englund w przeciętnej roli epizodycznej) przedstawia nam obłąkanych bohaterów, film ulega uefektywnieniu. Wielką jego zaletą staje się humor. Dowcipnym dialogom towarzyszy sytuacyjny komizm: do łez bawi choćby scena suczego pojedynku w damskiej toalecie, w której wylaszczona panna podtapia uradowaną psychopatkę za zrujnowanie jej make-upu (a przy okazji pokiereszowanie lica). Współmierny okazuje się też urok zgromadzonych na planie aktorów. Szczególną charyzmą biją role Matta Angela i Bena Begleya. Angel, jako Morgan, panikuje ilekroć na horyzoncie pojawi się klaun, truposz lub nawet ucharakteryzowany manekin. Gdy do akcji wkracza wataha Mental Manny’ego, chłopaczek gubi swój hipsterski kapelusz w popłochu. Begley wciela się w postać policjanta-żółtodzioba, a jednocześnie skrytego miłośnika Pegasusa.

Czytaj dalej Carnival fun. [„The Funhouse Massacre”, 2015]

Dom tysiąca rewelacji

            Czas pędzi jak oszalały. Równo dekadę temu amerykańskiemu reżyserowi i muzykowi metalowemu Robowi Zombie dane było zadebiutować w przemyśle filmowym. Debiutancki produkt przyszłej ikony kina grozy, „House of 1000 Corpses”, podzielił odbiorców na dwa obozy, a Zombie chwalony był za biegłość w tworzeniu jednostkowego, wyzywającego i obłąkanego klimatu, choć zarazem krytykowany za obcesowe natchnienie duchem kina exploitation. Oglądając „Dom…” z perspektywy dziesięciu lat, dostrzeżemy, że jest to film torujący Zombie’mu drogę do dalszej kariery, podobny do kolejnych dzieł kontrowersyjnego reżysera. Co najistotniejsze – to nieodparcie dobry horror, pełen zalet i rewelacji.

     Halloween. Podróżujący po obrzeżach Teksasu studenci zapoznają się z „wiejskimi legendami”, licząc na dreszcz emocji. W muzeum niejakiego Kapitana Spauldinga zainspirowani zostają historią sadystycznego mordercy, Doktora Satana. Przypowieść dotycząca szaleńca okazuje się bardziej niż prawdziwa, gdy młodzi zawierają znajomość z ekstrawagancką rodziną Firefly’ów – mieszkających w okolicy kanibalów, polujących na naiwnych wędrowców.

Czytaj dalej Dom tysiąca rewelacji